A może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady…Ile razy słyszeliście to zdanie? Ile osób rzuciło wszystko i pojechało w Bieszczady? Nawet jeśli nie na resztę życia, to na tydzień, weekend, na urlop, wakacje, wycieczkę, krótki reset. Piękne Bieszczady przyciągają ludzi – turystów, którzy chcą je podziwiać i twórców, którzy chcą tam żyć i zarabiać. I trudno się temu dziwić. Trudniej tylko odnaleźć magię jeśli poznało się Bieszczady kilkanaście lat wcześniej. Piękne i popularne szlaki przyciągają tłumy. Cztery lata temu wróciłam w Bieszczady po dziesięciu latach przerwy. Już niedługo będę tam znowu – wiem, w szczycie sezonu – ale jadę sprawdzić szlaki, którymi przed laty mało kto wędrował!

Ten tekst powstał prawie cztery lata temu po moim powrocie w Bieszczady, właśnie po bardzo długiej przerwie. Dziś go przypominam, a niedługo będzie ciąg dalszy 🙂

Powrót w Bieszczady po bardzo długiej przerwie

Dziesięć lat temu w Ustrzykach Górnych nie było kabrioletów. Nie było też parkingów na Przełęczy Wyżniańskiej, pod Połoniną Caryńską czy przy szlaku na Szeroki Wierch. Nie było wybudowanych za unijne pieniądze budek, w których pracownicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego pobierają opłaty za wstęp na szlaki. Ot, samochód zostawiało się na cały dzień na placu obok sklepu w Ustrzykach a bieszczadzkim powietrzem oddychałam za darmo. A trochę go nawdychałam! Przez kilka lat jeździłam w Bieszczady regularnie wiosną i jesienią, i przez kilka dni włóczyłam się po pustych szlakach. A dziś wejście na szlak jest droższe niż w Tatrach (6 zł/osoba).

Nie było mnie w Bieszczadach 10 lat!

I jeszcze pewnie nie prędko bym wróciła, gdyby nie przypadek i pewne zdjęcie. Pewnego dnia, gdzieś zza pudeł z różnymi rzeczami z przeszłości Piotr wydobył oprawione w drewnianą ramkę, zrobione przeze mnie przed laty zdjęcie. Nie widziałam go od lat i nawet nie pamiętam kiedy zostało zrobione, ale bez wahania rozpoznaję miejsce – to Szeroki Wierch jesienną porą. Zdjęcie zawisło w kuchni. Patrzyłam na nie przy porannej kawie i wieczorem przy kolacji. Na dodatek właśnie snuliśmy wakacyjne plany. Była mowa o Skalnych Miastach, Górach Stołowych i Dusznikach. Czyli podróż w zupełnie przeciwnym kierunku!

Tyle, że ja już po cichu opracowywałam logistykę wyjazdu w Bieszczady. Sprawdzałam pogodę w Ustrzykach, wyceniłam noclegi i dojazd, wyjęłam mapę i planowałam trasy. Niepozorne zdjęcie robiło swoje. Po dziesięciu latach Bieszczady znowu rzucały na mnie urok i na dodatek miałam świetny pretekst, by tam wrócić. Piotr nigdy nie był w Bieszczadach – czas sprawdzić czy na niego też rzucą urok.

Dlaczego nie byłam w Bieszczadach aż 10 lat…

Dziś nawet trudno mi powiedzieć dlaczego przestałam jeździć w Bieszczady. A przecież bywałam tam przez kilka lat z rzędu, kosztem innych gór. Przeszłam Bieszczady wzdłuż i wszerz, jesienią gdy są bajecznie kolorowe i wiosną gdy na północnych stokach śniegu jeszcze po kolana, a szlakiem nikt wcześniej nie szedł. Chodziłam szlakami, ale i zarośniętymi torami wąskotorówki czy ledwo widocznymi ścieżkami. W sierpniu 2005 r. była w Wetlinie po raz ostatni. Na Rawkach, Kremenarosie i pod Połoniną Wetlińską.

Nie wiem czy byłam tak przekonująca czy to zdjęcie jest wyjątkowo udane… Wiem, że w sobotni poranek znowu jechałam na wschód. Nowy Sącz, Grybów, Gorlice, Dukla, teraz w prawo, a za kilka kilometrów w lewo i do Komańczy. Są! Już są! Tu zaczynają się Bieszczady! Ale my jedziemy 60 km dalej, prawie na kraniec Polski.

Tyle się tu zmieniło…

Minęło dziesięć lat, ale ja naiwnie wierzyłam, że nic się nie zmieniło. Przecież Połonina Wetlińska wciąż wygląda tak samo. Tylko skąd ten ogromny, płatny parking na Przełęczy Wyżniańskiej?! Jest i Caryńska. Tylko skąd te parkingi – po lewej i po prawej stronie drogi?! Kolejne zderzenie z rzeczywistością – bilety i karnety za wejście do Parku. Kabriolet, który sunie Wielką Bieszczadzką Pętlą tylko wywołuje mój uśmiech. Elektryczny pojazd na trasie do Wołosatego – a ja znowu wołam: 10 lat temu tego tu nie było. (Tak na marginesie przejazd na trasie o długości 6 km kosztuje 10 zł. Autobus 3.90 – i pytanie: co wybiera większość, w tym ja? A co bym wybrała, gdyby cena była konkurencyjna?) Do tego kolejne knajpy, zajazdy, bary i lokale. Płot w płot. A ja znam Chatę Wędrowca – a naleśnika jej gospodarzy jadłam jeszcze w Bacówce pod Małą Rawką, Bazę ludzi z mgły i Siekierezadę.

Bieszczady – wracam na szlak!

Wreszcie ruszamy na szlak. Przecież te szlaki tak dobrze znam. Omijamy płatny parking, regulujemy należność na rzecz BdPN i … nie przestajemy mówić „cześć” i „dzień dobry”. Z Szerokiego Wierchu i z Tarnicy wracają tłumy! W końcu ustalamy, że odpowiadamy na zmianę. Miała być cisza, spokój, widoki i góry. Tak reklamowałam Piotrowi Bieszczady. A tu od kilku godzin kompletne zaprzeczenie obietnic. Czy moje Bieszczady sprzed 10 lat aż tak się zmieniły?!

Szeroki szlak grzbietem, Szeroki Wierch w Bieszczadach, szlak na Tarnicę

Pierwsze wejście na bieszczadzki szlak po 10 latach przerwy

Tylko… gdzie ten szlak…

Kolejnego dnia ruszamy na Połoninę Caryńską. Otwieram mapę – tak tę sprzed 10 lat – zgodnie z nią i z tym co pamiętam skręcamy z campingu w lewo. Przez kilkadziesiąt metrów idę pewnie, ale gdy mijam ostatnie zabudowania, ogarniają mnie wątpliwości. Gdzie ten szlak? Był tu przecież! (Tak, tak – 10 lat temu!) Wracamy po własnych śladach i dalej do centrum wsi. Jest przecież – wielki parking, budka do uiszczenia opłat i szlak. Nic mi się nie zgadza, nie tak to zapamiętałam. Historia wyjaśniła się kolejnego dnia. Moja mapa mówiła prawdę, a ja mam dobrą pamięć. Tak tu było. Tylko tam gdzie kiedyś zaczynał się szlak nie było miejsca wiadomo na co, więc szlak przesunięto.

Nie tylko ten szlak. Niebieski szlak z Ustrzyk na Rawkę wchodzi w las też nie w tym miejscu co kiedyś, tylko kilkaset metrów dalej. Wiadomo dlaczego? Tyle, że tym razem zaufałam mojej starej mapie, a ta mówi przed mostkiem w lewo – więc skręcamy. Jeszcze widać starą ścieżkę, jeszcze trzymają się stare, drewniane mosty ułatwiające przejście przez podmokły teren, a gdzieś na drzewie ktoś zapomniał przenieść wraz ze szlakiem kapliczkę. Po kilkunastu minutach stary szlak łączy się z nowym.

Mężczyzna w punkcie widokowym, panorama na Bieszczady

I to są już Bieszczady jakie znam, pamiętam i kocham!

Połonina Caryńska – tylko nie w sezonie!

Wróćmy jednak na Caryńską. Zapomnij o ludziach i ciesz się widokiem – powtarzam sobie. A później zejdź z głównego szlaku w stronę Koliby, nieistniejącej już wsi Caryńskie i Magury Stuposiańskiej. Kilkadziesiąt metrów niżej i jest to czego szukam drugi dzień. Cisza, spokój, pusty szlak – spotkaliśmy tylko jednego biegacza. Moje góry sprzed 10, 11, 12 lat… Później jeszcze tylko na Wielkiej Rawce spotykamy większą grupę ludzi, na Kremenarosie już tylko kilku słowackich turystów, a szlak w stronę Rabiej Skały jest właściwie pusty. Jedyne „dzień dobry” przyprawia mnie prawie o zawał. Idziemy z widokiem na Połoninę Wetlińską, na słowackie i ukraińskie szczyty. I już wiem, że cokolwiek zmieniło się tam na dole, tutaj są te same góry, które pokochałam. Rozpoznaję polany, którymi wędrowałam przed laty, pamiętam na której spotkałam zbieraczy jagód.

Jeszcze tylko odwiedzę Chatę Wędrowca. W sierpniu 2005 roku jadłam tam po raz ostatni kultowego naleśnika giganta z jagodami. W moich opowieściach to już legenda. Jeszcze wierzę, że on też się nie zmienił!

Czy ja jeszcze umiem złapać stopa…

Po prawie 30 kilometrach niemal pustego szlaku przez bukowy las docieramy do Wetliny. Czas sprawdzić czy umiem jeszcze złapać stopa i czy ktoś nas zabierze na stopa. Wczoraj udało się za trzecim razem. Przed laty, gdy busów nie było, a poza sezonem autobusy do Ustrzyk Górnych nie dojeżdżały, to był jedyny sposób by się przemieszczać. Macham więc ręką i się uśmiecham. Pierwsze auto – nic, drugie – nic, trzecie, kolejne i dziesiąte – nic. Kolejna zmiana?

Aż w końcu jest, zatrzymuje się kierowca – Paweł, biegacz, ratownik GOPRu, jedzie na dyżur na Przełęcz Wyżniańską i tam nas może podwieźć. Zresztą stamtąd do Ustrzyk już tylko 8 km asfaltem. Zjeżdża na Parking. Idę na Rawkę – mówi. Byliśmy tam dzisiaj – odpowiadam. Jakie jest jego zdziwienie, gdy potwierdzam – z Ustrzyk, przez Wielką Rawkę, na Kremenaros i Rabią Skałę do Wetliny. Nie, nie Działem. Zrobiliśmy na nim wrażenie (szlak przeszliśmy w ok. 7 godzin), zawraca auto i decyduje się zawieźć nas do Ustrzyk. Gdy okazuje się, że na camping – najdroższy w Bieszczadach i z najbrudniejszymi sanitariatami i prysznicami jakie kiedykolwiek i gdziekolwiek widziałam, dostajemy jeszcze namiar do rodziny Ostrowskich, która prowadzi Schronisko pod Wysoką Połoniną i camping, na który kolejnego dnia się przenosimy. Cudowna lokalizacja, cisza, czysto i przyjemnie.

Bukowe Berdo – moje ukochane miejsce w Bieszczadach

Zanim jednak rozbijemy namiot w Wetlinie i przetestujemy naleśnika, zabieram Piotra w moje ukochane miejsce w Bieszczadach. Każdemu kto przyjeżdża tu po raz pierwszy reklamuję Bukowe Berdo. I ono się nie zmieniło. Gdy tylko wychodzimy z lasu na połoniny owiewa mnie ciepły choć mocny wiatr, trawy już się złocą – morze traw, jarzębiny czerwienieją, a widoki zapierają dech. Choć na Tarnicę tylko rzut beretem, tu gdzie jesteśmy nie ma wielu turystów. Mogę więc nacieszyć się tym widokiem. Jednym z najpiękniejszych jaki znam. Nie tylko mnie zachwyciło Bukowe Berdo – Piotr już planuje bieganie tym szlakiem i dalej na Halicz i na Przełęcz Bukowską.

Jeszcze tylko raz moja wiara w to co w Bieszczadach znam została wystawiona na próbę. Nasz gospodarz pod Wysoką Połoniną też jadł naleśnika w Chacie Wędrowca 10 lat temu, i jest ciekaw mojej opinii – bo słyszał już dwie odmienne. I jaką miałam pewność, tak teraz mam niepewność czy aby tutaj wszystko jest bez zmian… Sądząc po tłumie w środku i na zewnątrz lokal nadal cieszy się dużą popularnością. Sądząc po czasie oczekiwania na naleśniki – ustawiliśmy się w sporej kolejce. W końcu sympatyczna Karolina stawia talerz przed Piotrem. Wielkość – zgadza się, wygląd – sprzed 10 lat nie pamiętam tylko miodu i test smaku – wszystko się zgadza! Taki był pod Rawką, taki jest i tutaj.

Naleśnik bez zmian. Widoki i góry też bez zmian. Aż mi się wszystko w środku śmieje. I jeszcze ludzie, ci którzy są tu od pokoleń – też bez zmian. Choć pewnie kolejny wyjazd w Bieszczady inną porą roku.