Polak, Węgier dwa bratanki… Łamaną polszczyzną wita nas w drzwiach swojego mieszkania István Kónya. Już po raz drugi korzystamy z noclegu znalezionego przez portal airbnb.com Tym razem jesteśmy w Budapeszcie, gdzie 11 października organizowany jest Maraton. KLIKNIJ, by przeczytać relację z tego biegu.

Wybraliśmy nocleg u rodziny Kónya ze względu na niewielką odległość od startu i mety – ok. 1,5 kilometra i sąsiedztwo urokliwego Lasku Miejskiego.

Już w trakcie oprowadzania nas po mieszkaniu István wykazuje się znajomością Polski. W końcu był tam aż sześć razy – m.in. w Gdańsku, Malborku, Warszawie i Krakowie. Moje rodzinne miasto Bielsko-Biała bezbłędnie kojarzy mu się z Fiatem. Znajomością języka polskiego też się wykazał. Swobodnie może się potargować o niższą cenę. Nasz węgierski gospodarz z Polską ma jeszcze więcej wspólnego. Dawno, dawno temu w latach 70. w mieszkaniu, w którym właśnie jesteśmy gościł … Marylę Rodowicz. Tak, tak… Węgierski piosenkarz Demjén Ferenc jest przyjacielem Istvána, i dlatego właśnie w tym mieszkaniu odbyła się impreza, w której uczestniczył węgierski muzyk i polska piosenkarka.

Zbieg okoliczności? Jest jeszcze inny. Gdy okazuje, że do Budapesztu przyjechaliśmy z powodu maratonu, nasz gospodarz chwali się swoimi osiągnięciami sportowymi z czasów młodości. Wygrał wtedy bieg na 10 km organizowany w Zugló, 14. dzielnicy Budapesztu.

Po co to piszę? Bo uwielbiam słuchać takich historii, uwielbiam poznawać ludzi, a tych poznałam przecież przypadkiem. Ot, wybrałam ich lokalizację na airbnb.com i zarezerwowałam nocleg. A na śniadanie, zupełnie niespodziewanie dostaliśmy z Piotrem talerz naleśników. Jeśli mowa o jedzeniu, to z rozrzewnieniem wspominamy kulinarne, a w szczególności cukiernicze zdolności naszego gospodarza w Paryżu – tam też byliśmy przy okazji maratonu. Na śniadania objadaliśmy się tartami owocowymi, ciastami drożdżowymi i słynnymi rogalikami. Ech pysznie było. Niestety bariera językowa nie pozwoliła mi nauczyć się pieczenia ciast według jego przepisów.

Ale wróćmy do Budapesztu. Pięknego miasta, które na początku października można zwiedzać uniknając tłumów turystów. Po tym czterodniowym pobycie już marzę, by tam wrócić. Bence – syn Istvána polecał nam przyjazd wiosną. Powrót wydaje się konieczny, bo tym razem na zwiedzanie nie było zbyt wiele czasu. Ale to co widziałam wystarczyło, by mnie zauroczyć. W naszym nietypowym planie zwiedzania była podróż żółtą linią metra – najstarszą czynną podziemną koleją w kontynentalnej Europie. Niezmiennie jeździ tą trasą od 1896 roku. Urocze, żółte i maleńkie wagoniki zawiozły nas do centrum miasta. Przez Dunaj przechodzimy Mostem Łańcuchowym – to pierwsze stałe połączenie mostowe pomiędzy Budą i Pesztem. W piątkowe popołudnie przechodzimy nim przez Dunaj, w niedzielne przedpołudnie mostem zawładną biegacze – tędy prowadzi trasa maratonu. Przed nami kolejka (siklo), która po odpowiednio długim staniu w kolejce w czasie odwrotnie proporcjonalnym wwozi turystów na Wzgórze Zamkowe. My na wzgórze, skąd rozpościera się cudowny widok na miasto, wchodzimy. Krótki spacer pozwala obejrzeć zmianę warty przed zamkiem, fontannę Macieja i piękną kutą bramę. Stąd już tylko kilkaset metrów dzieli nas od bajkowej wręcz Baszty Rybaków. Tuż obok niej, na niewielkim skwerku odkrywam ławeczki dla singli. W planie zwiedzania była jeszcze wizyta w jednej z najstarszych w Budapeszcie cukierni Ruszwurm. Wystraszyły nas jednak tłumy, brak miejsca by spokojnie usiąść i stanowczo za małe porcje jak na biegaczy.

W sobotni przedpołudnie skupiamy się na oglądaniu budapesztańskiego zoo – najstarszego na Węgrzech i jednego z najstarszych na świecie. Podczas spędzonych tu kilku godzin oglądamy śpiące misie koala – najnowszy nabytek ogrodu, beztrosko skaczące foki – te robią na mnie największe wrażenie i ziewającego hipopotama. Tutaj też robimy sobie przerwę na sękacza (Kürtőskalács) czyli słodkie, pieczone nad żarem ciasto drożdżowe obtoczone w kakao. Pycha 🙂 a porcja w sam raz dla dwóch osób.

Resztę Budapesztu poznałam podczas biegu. I dlatego chcę go zobaczyć jeszcze raz, tylko w zwolnionym tempie.

W poniedziałkowy poranek, podczas Piotra treningu, mam jeszcze chwilę na spacer po Lasu Miejskim. Tu koniecznie trzeba zobaczyć bajkowy zamek Vajdahunyad, który powstał w XIX w., stawy, pomnik anonima. I jeszcze tylko ostatni rzut oka na dworzec Keleti. Ogromny! Jedną z sal zdobi 9 ogromnych, cennych i wyremontowanych siedem lat temu fresków.

Pociągiem przyjechaliśmy i pociągiem wracamy do Polski. Czeskie koleje to zresztą moje odkrycie sprzed lat. Z Bielska-Białej do Czeskiego Cieszyna tylko niespełna pół godziny drogi. Przed budynkiem bezpłatny parking – już kilka razy zostawiałam tam auto na kilka dni. I tu otwierają się możliwości. Do Pragi, Budapesztu, Wiednia i Bratysławy mogę dostać się szybko, wygodnie i tanio. Do tego promocje, zniżki – dwie osoby to już grupa – a nawet ceny first minute. Tu pendolino za równowartość 70 zł nie robi na nikim wrażenia. Wiem więc jedno, że jeszcze będę klientką czeskich kolei, bo stąd gdzie mieszkam łatwiej pojechać na maraton do Budapesztu niż do Poznania.

No i pociągiem wracamy do Polski.

Te czeskie pociągi to zresztą moje odkrycie sprzed lat. Z Bielska-Białej do Czeskiego Cieszyna tylko niespełna pół godziny drogi. Przed budynkiem bezpłatny parking – już kilka razy zostawiałam tam auto na kilka dni. I tu otwierają się możliwości. Do Pragi, Budapesztu, Wiednia i Bratysławy mogę dostać się szybko, wygodnie i tanio. Do tego promocje, zniżki – dwie osoby to już grupa i ceny first minute. Tu pendolino za równowartość 70 zł nie robi na nikim wrażenia. Wiem więc jedno, że jeszcze nie raz będę klientką czeskich kolei, bo stąd gdzie mieszkam łatwiej pojechać na maraton do Budapesztu niż do Poznania.