Nie ma weekendu, by na Babiej Górze ratownicy Beskidzkiej Grupy GOPR mieli luz. A już zimą Babia Góra to prawdziwe szaleństwo.

Dziś rano (31 stycznia 2021 r.) przywitała mnie na Facebooku Grupy Beskidzkiej GOPR wiadomość o wczorajszych, dwóch akcjach poszukiwawczych. Kto był na Babiej Górze w piękny, słoneczny dzień będzie się nią zachwycał. Kogo zastał porywisty wiatr, śnieżyca, mróz – czyli załamanie pogody – wie jak szybko można tam stracić orientację! Zgubić szlak. Stracić z oczu trasery. Wychładzać się. Uginać do ziemi pod naporem wiatru.

Nieważne jakie macie doświadczenie w górach – warto sprawdzić jakie warunki panują aktualnie na Babiej Górze!

Dlatego zanim zamarzycie o pięknych zdjęciach wschodu słońca, widokach aż po horyzont i zdobyciu najwyższego szczytu Beskidów Zachodnich, a poza Tatrami najwyższego szczytu w Polsce, drugiego co do wybitności (po Śnieżce) i oczywiście szczytu zaliczanego do Korony Gór Polski, przeczytajcie o jednej z moich wycieczek na Babią Górę, która zakończyła się niewejściem na szczyt.

Bo choć nie lubię się wycofywać spod szczytu, tym razem nie było innego wyjścia.

A Babia Góra… przecież wciąż stoi i przyciąga turystów!

Tekst napisałam w 2016 roku po nieudanej zimowej próbie wejścia na Babią Górę.

Magiczna Babia Góra

Jest taki szczyt w Beskidach, który przyciąga turystów o każdej porze dnia i roku. O wschodzie słońca oglądanym z wierzchołka i o zimowym wejściu marzy co bardziej doświadczony turysta. Nie bez powodu o Diablaku czyli Babiej Górze mówi się Królowa Beskidów i Królowa Niepogody. Poza Tatrami to przecież najwyższy szczyt w Polsce. A Królowa Niepogody… Szczyt słynie ze zmiennej pogody. Latem – gwałtowne burze, zimą – śnieżne huragany. Zabłądzenia, wypadki – w tym także te najtragiczniejsze, to oprócz cudownych widoków na Tatry, drugie oblicze Babiej Góry.

Pierwsze zimowe wejście Piotra na Babią Górę

Zimowe wejście na szczyt było marzeniem Piotra. Miał za sobą dwukrotne zdobycie szczytu latem, a nawet bieg na szczyt Diablaka. Do kolekcji „napływowego górala” brakowało wersji zimowej. Po konsultacjach z GOPRem Beskidzkim wyruszyliśmy do Zawoi w niedzielny poranek.

I tu pierwsza nauczka. Jeśli w Bielsku-Białej wieje, to w Zawoi wieje jeszcze bardziej, a na szczycie… przecież nie mniej!

Pierwszy raz mina mi zrzedła na parkingu w Zawoi Markowej. Wiało tak, że zmarzłam w ciągu kilku minut. Żwawo ruszyłam więc zielonym szlakiem, z niepokojem raz po raz patrząc na drzewa, czy aby coś nie spadnie mi na głowę. Nie spadło. Do schroniska dotarliśmy w godzinę. Ale im bliżej było Markowych Szczawin tym więcej było lodu. I tylko z czystego lenistwa zwlekałam z założeniem raków. Ale wiedziałam, że od schroniska nie pójdę bez nich ani metra wyżej. Cóż, kiedy na dwie osoby mieliśmy tylko jedną parę.

Babia Góra

Nie lekceważ Babiej Góry!

Na przyjaciół można jednak liczyć w biedzie. I już od schroniska oboje – Piotr i ja maszerowaliśmy w rakach. Piotr w moich (tylko one pasowały na rozmiar buta 47!), a ja w pożyczonych, cudownych półautomatach Grivel (chcę takie!). Już po kilku metrach cieszyłam się jak dziecko. Zapomniałam jak genialnie szybko chodzi się w rakach po zmrożonym śniegu 🙂 Raz, dwa, chrup, chrup i bez większego wysiłku w kilkadziesiąt minut jesteśmy na Przełęczy Brona. Szybki łyk herbaty, gryz kanapki i w górę. Póki głowa nie wystaje mi powyżej kosodrzewiny jest całkiem znośnie. Wieje, ale da się iść.

Dziś Babia jakaś humorzasta

Od Kościółków będzie znacznie gorzej – ostrzegał ratownik GOPR dyżurujący na Markowych Szczawinach. Ale na szczycie widać widać turystów chroniących się za kamiennym murkiem więc optymistycznie wierzę w wejście na szczyt. Mój optymizm słabnie jednak z każdym krokiem. Skończyła się osłaniająca przed wiatrem kosodrzewina i idzie się coraz trudniej. Wbijam mocno raki i zapieram się kijkami przy każdym kroku. Od szczytu dzieli nas jedno podejście. Już prawie rozróżniam ludzi na szczycie. I wtedy właśnie okazuje się, że nie zrobię już ani kroku więcej. Nie mam w co wbić raków, pod nogami same skały, wiatr odrywa lodowe fragmenty i celuje nimi prosto w twarz, a wieje tak, że gdy łapię się skały mam poważne problemy z powrotem do pionu.

Wracamy – przekrzykuję wiatr. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Z powrotem idzie się zdecydowanie gorzej. Już wiem, ze pogoda się pogarsza, wieje coraz mocniej. Byle dojść do kosodrzewiny – tam będzie już lepiej. I na szczęście tak jest.

Jak nie Babia Góra to może chociaż Cyl?!

A że jest też niedosyt postanawiamy wejść na Małą Babią Górę. Pół godziny zgodnie ze szlakowskazem – w rzeczywistości wystarczyło 18 minut. Tu też mocno wieje. Z trudem wyciągam aparat, szybko robię Piotrowi zdjęcie i zmykamy w dół. Byle do przełęczy, a później już łatwizna.

Mała Babia Góra

Dawno już z taką łatwością nie przyszło mi zrezygnować z celu wędrówki. Po prostu dotarłam do miejsca, z którego ani kroku dalej nie byłam już w stanie fizycznie zrobić. Szczyt nie był wart ryzyka zdmuchnięcia, upadku, przemarznięcia. Obstawiłam, że zabrakło nam 100 metrów w pionie. Na dole okazało się, że zgodnie z gpsem jeszcze mniej.

A schodząc czarnym i niebieskim szlakiem do Zawoi zachwycałam się wiosną. I tylko zza plecami dobiegał do mnie groźny pomruk wiatru ze szczytu Babiej Góry.

Babia Góra zimą – próba druga!

Na szczyt Babiej Góry, jeszcze w zimowej scenerii, weszliśmy miesiąc później! Tym razem bez problemów, choć to nie były wciąż idealne warunki!