Kiedy kończyłam szkołę podstawową – wiele lat temu – nasza wychowawczyni każdemu ze swoich uczniów wręczyła zwykłą, małą, białą karteczkę. A na niej tylko jedno słowo. Jedno słowo – najlepiej opisujące charakter każdego z nas. Tej karteczki już nie mam, ale to jedno słowo doskonale pamiętam i wraca ono do mnie co jakiś czas. W minioną niedzielę ta jedna, dominująca cecha charakteru (oprócz oślego uporu, stawiania sobie wysokich wymagań i niedoceniania siebie)przeczołgała mnie przez trasę Maratonu w Łodzi. Jeszcze nie widziałam zdjęć z mety, ale mogę się założyć, że nie ma na nich uśmiechniętej biegaczki.

Jakie to słowo najlepiej oddaje mój charakterek? AMBICJA

Ta ambicja przebiegnięcia maratonu w najlepszym jak dotąd czasie wyganiała mnie z domu, gdy reszta mnie chciała odpoczywać w cieple i z kubkiem herbaty na kanapie. Ta sama ambicja kazała mi brodzić w śnieżnej brei po kostki, nie odpuścić ani metra i biegać po 10 razy jak chomik na tę samą górkę. Ta ambicja ustawiła mnie w niedzielę za zającami z balonikami na 4.15. To było moje wielkie marzenie. HA, HA i nadal jest.

Z tą ambicją przebiegłam półmaraton, a nawet trochę więcej. Przez ponad 20 km zające biegły tuż za mną, a ja kontrolowałam swoje tempo i odległość między nami. Wolniej wołali, a ja zwalniałam. Przez piękną chwilę widziałam oczami wyobraźni siebie, jak na 30. km odrywam się od grupy i biegnę i biegnę i przyspieszam i wpadam na metą z czasem grubo poniżej 4.15. Może nawet 4.12. Dumna, szczęśliwa, w blasku chwały.

Na metę wbiegła jednak dziewczyna ze skwaszoną miną. Niezadowolona z siebie, z ciała, które ją zawiodło, z głowy, która podpowiadała kuriozalne rozwiązania przez kilkanaście ostatnich kilometrów biegu. Bo jak inaczej nazwać zazdrość (wybaczcie!) na widok zawodników zabieranych z trasy przez służby medyczne? Jak inaczej nazwać pragnienie zejścia z trasy, zakończenia biegu i zrezygnowania z dalszej walki. Czy do mety zaprowadziła mnie ta sama ambicja, która ustawiła mnie na starcie? Nie sądzę. Raczej wstyd.

Wstyd, bo przecież tyle osób wiedziało, że biegnę. Tylu osobom opowiadałam wcześniej o bieganiu, mojej wielkiej pasji. Tyle osób kibicowało mi wirtualnie i w realu. I miałam ich wszystkich zawieść?! I jeszcze baloniki na 4.30, które zaczęły mnie doganiać na ostatnich trzech kilometrach. O nie! Tylko nie to – zawołałam. I chciałoby się powiedzieć – ruszyłam z kopyta – ale to nie jest prawda. Na szczęście wstyd sprawił, że przyspieszyłam i nie dałam się dogonić.

Ukończyłam kolejny, piąty maraton. Przez 4 godziny i 28 minut dzielnie wybijałam stopami rytm na ponad 42-kilometrowej trasie. Przebiegłam każdy metr tego dystansu, ani przez moment nie maszerując (na to też nie pozwala mi ambicja!). I nie mam z tego żadnej radości. Medal schowałam za poprzednimi, cały poniedziałek obwiniałam się za porażkę, a wieczorem nie wytrzymałam i się poryczałam.

Czy rzucam bieganie? Czy schowałam biegowe buty na dnie szafy i zaparłam się, że nigdy więcej? Nic z tego. Moja ambicja ma już kolejne cele, a mój trener ma ze mną nie lada kłopot. A ja potwierdziłam dziś oficjalnie swój start w jesiennym (koniec listopada) maratonie we Florencji. Zarzekam się co prawda, że to już ostatni raz podejmę walkę, ale kto mi uwierzy.

PS. Nie zamierzam usprawiedliwiać swojego niepowodzenia. Ale wiem, że osób, które z innymi celami stawały na starcie w Łodzi, a inne wyniki osiągały na mecie w Atlas Arenie było znacznie więcej. Nie tylko ja biegłam na przekór pogodzie – słońcu (znowu mam opaleniznę do połowy ud) i z wiatrem w twarz, który wiał tam, gdzie ja jeszcze miałam nadzieję przyspieszyć.