Nie lubię biegów na 5 km. Na 10 też, ale mniej. Bieg na 5 km trwa krócej niż moje przygotowania (ubranie się) do niego i prysznic po. Zwyczajnie nie chce mi się wiązać butów na 5 km. Na dodatek jeszcze na piątkę to trzeba biec szybko – a kto mnie zna ten wie, że wolę długo i wolno. Na takim dystansie nie ma mowy o konwersacyjnym i relaksacyjnym bieganiu – od startu do mety to bieg poza strefą komfortu! Dlatego po raz pierwszy pobiegłam piątkę na czas dopiero we wrześniu ubiegłego roku – Parkrun w Gdańsku. Mojego wyniku 26.55 aż do dzisiaj nie udało mi się poprawić, a próbowałam dwukrotnie w Cieszynie na Parkrunie. Na końcu wypluwałam płuca, a i tak minę miałam skwaszoną. Aż do ostatniej niedzieli! Wczoraj, choć od trzeciego km marzyłam by przestać biec, nakarmiłam swoją ambicję własnym sukcesem. Ostatnie metry do mety, gdy na wyświetlaczu nawet czas brutto był lepszy od powyższego wyniku to była prawdziwa frajda. A potem jeszcze zobaczyłam czas netto, i te 30 sekund mniej (słownie: trzydzieści) i jeszcze 15. miejsce w swojej kategorii! Wreszcie byłam bliżej początku niż końca!

Zapytacie skąd ja się wzięłam na biegu na dystansie, którego nie lubię. Ano przypadkiem! Jakiś czas temu postanowiłam napisać na mojego bloga tekst o lokalnych biegach KLIK – takich, gdzie mało jest uczestników, a opłaty startowe niskie. Chciałam sprawdzić jak radzą sobie te małe imprezy i ich organizatorzy w porównaniu z biegami, gdzie liczy się znany sponsor, rekord uczestnictwa i trzycyfrowa opłata startowa.

Pierwszy raz o Kęckiej Piątce usłyszałam od Piotra i szybko powiedziałam – nie. 20 km w aucie, 5 km męczącego biegu i 20 km z powrotem. Bez sensu. A później nagle okazało się, że ten bieg świetnie pasuje do mojego tekstu. Tyle, że później nie było już miejsc. Limit 250 osób szybko się wyczerpał i trudno się dziwić skoro bieg kosztował tylko 10 zł, a miał być i pomiar czasu i jedzenie i picie i atrakcyjny pakiet startowy.

Na szczęście, ktoś nie mógł pobiec, a ja dzięki pomocy organizatora zajęłam jego miejsce.

Pamiętacie mój tekst o ambicji KLIK i moją skwaszoną minę na mecie maratonu? Tak szybko wróciłam do biegania, jak szybko chciałam sobie zrekompensować domniemaną porażkę w Łodzi. Podczas Biegu Fiata do życiówki brakowało mi sporo (w upał ciężko jednak poprawić wynik z Życiowej Dziesiątki w Krynicy), tydzień temu na Parkrunie w Cieszynie znowu zabrakło kilkudziesięciu sekund… Tym razem więc nie przyznałam się głośno co knuję. Jechałam sama, więc nie miał kto hamować mojej ambicji.

Start zaplanowano w południe. Co za pech! Jeszcze w sobotę było przyjemnie chłodno, a dziś z każdą minutą grzeje coraz bardziej. Jak ja nie lubię biegać w upał!

Jeszcze kilka słów o organizacji – parkingi oznakowane, mogłam nawet wjechać na ten przy stadionie Hejnał, odbiór pakietów – sprawny (obsługa już stojącym w kolejce dawała dokument do podpisania), a pakiet startowy jakbym biegła w całkiem dużej imprezie. Wielki plus za ekologiczną torbę – będzie dobrze służyć, trochę słodyczy, miły gadżet biegowy inni niż wszystkie czyli opaska – przyda się i pasuje do moich spodenek – i zachęta do kolejnych zakupów.

Na starcie kameralnie – 250 osób, większość się zna, są w końcu stąd. Przyjezdnych garstka. Krótka rozgrzewka, bo pocę się jak stoję, a co będzie jak zacznę biec! I w samo południe wystrzał do startu.

– Dobra – myślę – 5 km, czyli jak z domu pod Dębowiec i powrót. Potem będzie odpoczynek. Jak ma być życiówka to trzeba pilnować tempa. Szybko, ale nie za szybko przez 3 km, potem jeszcze jeden, a potem jeszcze szybciej i medal, radość, chwała! Trasę znałam z filmiku – wyglądała na płaską niczym stół czyli dla mnie idealnie! Pierwszy i ostatni km to ten sam odcinek więc starałam się go dobrze zapamiętać, żeby na ostatnich metrach przekonać moją głowę, że da radę. W prawo, w prawo i w lewo i jest pierwszy kilometr. Drugi kawałek za rynkiem, tempo stabilne, jeszcze chwila i będzie połowa. Zaczynam mijać pierwsze biegaczki. Jest dobrze – myślę i zerkam na zegarek. Wszystko zgodnie z planem. Trzeci kilometr też w tym samym tempie. Na czwartym zaczynam mieć dość – słońce w twarz, marzę o wodzie, dyszę, ale obok też ktoś dyszy… Ktoś inny zaczyna maszerować. O nie – myślę – nie zwalniasz, wytrzymaj jeszcze kilka minut! I ten kilometr gadania do siebie to był mój kryzysowy km, najwolniejszy. Zwolniłam o – biegacze mnie zrozumieją – 5 sekund. Widok harcerzy trzymających tabliczkę z napisem 4 km był upragniony. To teraz wszystko jasne – prosto, w prawo, dwa razy w lewo i meta. Biegniemy, nie zwalniamy, przyspieszamy – woła biegacz, który już ma medal na szyi. Za zakrętem stoi Wojtek – też coś woła – zerkam na zegarek i lecę. Jest meta – z tych kilkudziesięciu metrów widzę zegar, a tam 26:30, 26:32, 26:33… czas brutto! Cokolwiek się teraz wydarzy, mam ją, moją małą życiówkę, mały sukces, nakarmiłam ambicję.

Wbijam zęby w kawałek arbuza, a potem w kolejny i w kolejny. Genialny pomysł! Dopiero po kilku minutach wypatruję swoje nazwisko na ekranie. Netto jest jeszcze lepiej! Pełnia szczęścia 🙂 ale gdybym tak pobiegła jeszcze o 5 sekund szybciej każdy kilometr… tak, tak ambicja. Siedź cicho, jest dobrze!

Jeszcze muszę przybić piątkę organizatorom za serwis po biegu. Wody, arbuzów, jedzenia i lodów było pod dostatkiem. Żeby to zjeść trzeba by przebiec półmaraton. Tortilla zamiast makaronu czy zupy – pierwszy raz się z tym spotkałam i jestem za! Statuetki, nagrody i jeszcze loteria. Nagród było tyle, że chyba każdy coś wylosował – ja komplet do badmintona. A ostatnio mówiłam, że chętnie po latach przerwy bym zagrała 🙂

Mała wpadka była – lepiej się dziesięć razy upewnić niż dać statuetkę, okrzyknąć zwycięzcą, a później nagrodę odebrać. Zdecydowanie jednak Kęcka Piątka na piątkę. Życzę Kęckim Harpaganom sukcesów. Wypadałoby za rok powiedzieć – sprawdzam. Ale może wystarczy jak wystąpię w roli kibica, chyba, że własną ambicję trzeba będzie znowu karmić 😉 Tylko nie zmieniajcie się za bardzo, zostańcie kameralnym, lokalnym biegiem, w którym chętnie się biega.