Czyli o tym jak nie pojechałam do czterogwiazdkowego hotelu w Grecji. Albo dlaczego wolę Ochotnicę od Szczawnicy.

W Gorcach po raz pierwszy byłam w ogólniaku. Ot, szkolna wycieczka, z której pamiętam tylko Turbacz z charakterystycznym betonowym słupem, schronisko i żętycę pitą u bacy na pobliskiej polanie. Później nie było mnie tu… 20 lat. I pewnie nieprędko bym wróciła, bo i po co, gdybyśmy ponad dwa lata temu nie szukali miejsca na spokojny wielkanocny wyjazd. Wtedy trafiliśmy do Kamienicy i do Słonecznej Doliny. Podobno do dziś nas tam pamiętają. Już w pierwszym dniu… zgubiliśmy się w górach i nie obeszło się bez „telefonu do przyjaciela”. Kto chce poznać całą historię? Mówiąc w skrócie: pilnujecie mapy, bo w lesie pod Gorcem Kamienieckim (szlak z Ochotnicy Dolnej), nasza w tajemniczych okolicznościach zniknęła z kieszeni. Kto wie, może leży tam do dziś. Jedno jest pewne – we mgle, bez mapy i znajomości terenu nie wiedzieliśmy jak wrócić tam skąd wyszliśmy.

Teraz mamy już drugą mapę, bo od tego czasu w Gorcach byliśmy jeszcze dwa razy. Za każdym razem  w Ochotnicy Górnej. Raz mieszkaliśmy na końcu Osiedla Jamne, tuż pod… Gorcem Kamienieckim. A ostatnio na Osiedlu Jaszcze.

Nie spodziewajcie się typowego górskiego kurortu. Nawet nie bardzo jest gdzie umówić się ze znajomymi na piwo – powiedziałam do Piotra podczas ostatniego pobytu. Gdy kilka godzin później zeszliśmy do Szczawnicy, po niezbyt wyczerpującej wycieczce z Tylmanowej, wchodząc przy okazji na czwartą wieżę widokową na Koziarzu, miałam ochotę wypluć własne słowa. Gofry, lody, frytki… rowery, czterokołowce i inne dziwne pojazdy… wyciąg krzesełkowy, kajaki, spływy, ludzie, ludzie i ludzie… i korek, w którym stoją wszyscy co w niedzielne popołudnie chcą wrócić do Krakowa. Uciekamy – myślę – wracajmy do Ochotnicy, gdzie cisza, spokój (z wyjątkiem półtoragodzinnego bicia dzwonów w niedzielny poranek, gdy próbuję odespać nocną pobudkę sprzed doby – kto mi powie czemu te dzwony biły przez półtorej godziny?!). I nie jedźmy do Grecji, wolę jakąś głuszę i góry!

O wyższości Ochotnicy i Gorców nad Zakopanem i Tatrami przekonałam się już w maju. W czasie słynnego długiego weekendu tam było niemal pusto. A do nas docierały internetowe przekazy o długości kolejki i czasie oczekiwania do kasy, by zapłacić za wstęp do TPN i zobaczyć Morskie Oko. Na gorczańskich szlakach ludzi garstka, a Tatry widać stąd lepiej niż z drogi asfaltowej do Morskiego Oka. Kolejny długi weekend, tym razem sierpniowy i jest tu podobnie. Choć turystów nie brakuje, tłumów nie ma. I aż trudno uwierzyć, że są tacy, dla których to pierwsza w życiu wizyta w Gorcach. Pierwsza, ale już wiadomo – że nie ostatnia! Pretekstem do wyjazdu może być bieg – Gorce Ultra Trail – organizowany w Ochotnicy po raz pierwszy. Organizatorzy zadbali, by tym co po raz pierwszy i tym co kolejny już raz, pokazać wszystko co Gorce mają najpiękniejszego. Ja dodałabym jeszcze wbiegnięcie na Magurki – pomysł do wykorzystania na przyszły rok. Wybrałam trasę średnią – 43 km – z Ochotnicy Dolnej do Górnej przez Lubań, Przełęcz Knurowską, Kiczorę, Jaworzynę Kamieniecką. Na początek pięć kilometrów asfaltu (w połowie odcinka już zaczynam się nudzić!) i wreszcie najtrudniejsze na moim dystansie podejście na Lubań. Strome podejście. Najbardziej strome podejście poza Tatrami. Zwieńczone zameldowaniem się na szczycie 20-metrowej wieży. Od startu zajęło mi to niewiele ponad 2 godziny. Drogę na szczyt umilają widoki – wschód słońca gdzieś po drodze i Tatry na horyzoncie, mgły snujące się w dole. Jedyne zdjęcia jakie robię na trasie to właśnie to z wieży na Lubaniu i ruszam dalej. Teraz ma być już łatwiej.

Kolejny etap jaki sobie wyznaczyłam to 13 km do Przełęczy Knurowskiej, tam jest punkt żywieniowy. Najpierw jednak stromo schodzę w dół po ruszających się pod stopami kamieniach. Jeszcze chwila i można zacząć biec. Biegnę, idę, biegnę, idę. I tak na przemian. Pod górkę maszeruję, w dół i po płaskim biegnę. Spokojnie mijają kolejne kilometry. Staram się rozglądać na boki, gdy tylko jest szansa na widoki. Ostatnie kilkaset metrów do punktu z jedzeniem pokonuję czując ssanie w żołądku. A dwa batoniki już zjadłam. Nareszcie! Arbuzy, pomarańcze, żurawina i coca-cola! Zostałabym tu dłużej, ale czas nagli, a ja chciałabym się zameldować na mecie około południa. Ruszam dalej. Trasę znam więc wiem, że aż do Kiczory więcej będzie marszu niż biegu. Ale kilka odcinków udało mi się przetruchtać. A nawet wyprzedzić kilku biegaczy. Wybaczcie biegacze – dumna jestem z siebie, bo na co dzień po górach nie biegam. Przed Kiczorą mija mnie dziewczyna z psem. Nie staruje w zawodach, ot biegnie sobie i mnie zostawia w tyle. Ostatnie metry na Kiczorę, widok na Magurki po prawej stronie i Lubań bardzo daleko stąd. Tam dziś byłam myślę i skręcam w lewo. Wolontariusz uprzedza, że za 300 metrów decyzja – w lewo czy w prawo, czyli 80 km czy 43. Wiadomo, 43! Co prawda odnotowujący mnie chłopak nie krył rozczarowania, ale ja spieszę się przecież na obiad. Mówiłam Wam po pustych szlakach i niewielu turystach. Od wielu kilometrów jestem właściwie sama. Przede mną majaczą dwie sylwetki biegaczy, doganiam ich na Jaworzynie i stąd aż do mety tylko samotność. Nikogo nie ma obok mnie, mijam zaledwie kilka osób. Jest sobotnie przedpołudnie i długi sierpniowy weekend. Ale już mnie to nie dziwi. Teraz najprzyjemniejsze kilometry. Właściwie płasko, przez mostki, łąki i lasy. Do rozwidlenia, a potem już tylko żółtym szlakiem i przez pola do mety. Po drodze pierwszeństwa ustępuje mi podchodząca z Ochotnicy grupa. Chyba zrobiłam na nich wrażenie, bo pytają na ile kilometrów ten bieg. I to jedyna okazja by zamienić z kimś dwa słowa. Ratownik na polanie… chyba nawet mnie nie słyszał. Drzemał albo podziwiał widoki z pozycji horyzontalnej. Jeden podbieg dalej i kilka kilometrów dalej przycupnęła Róża z aparatem. Podobno wyglądałam całkiem dobrze, ale tylko machnęłam ręką i mruknęłam powitanie. Do mety, odpocząć, pić i jeść! W takich momentach zawsze przypominam sobie dlaczego tak lubię biegać w okularach słonecznych, nawet gdy promieni niewiele. Raz, że muszki nie wpadają mi do oczu, ale po drugie i ważniejsze – że mój wytrzeszcz oczu nikogo do biegania nie zniechęci. 3 km do mety, 2 km… jeszcze jakaś łąka skoszona, dwa pniaki do przekroczenia, ścieżka polna i kamienie i asfalt na koniec. Uwaga zmiana nawierzchni – mówię do siebie – i tup tup zamienia się w łup łup. Strażak zatrzyma dla mnie ruch, ktoś zaklaszcze i zdopinguje, forpoczta dzieciaków zaanonsuje przed metą. Medal – cudownie, że drewniany – i można się zatrzymać. Przed południem nie zdążyłam, spóźniłam się 29 minut, ale zdublować nie dałam – najszybszy zawodnik na trasie o długości 80 km przybiegł za mną. Teraz kibicowanie, prysznic i odpoczynek. Pobyt w Gorach jeszcze się nie kończy – jeszcze dwa dni wędrowania.

Trasa mojego biegu Turbacz omija, więc ostatniego dnia pobytu na najwyższy szczyt poszliśmy z Nowego Targu. I znowu godziny marszu w ciszy i spokoju. Jednak jednym z moich ulubionych miejsc  są Magurki. Pierwszy raz trafiliśmy tu w maju, wybierając przypadkową dróżką po zejściu ścieżką przyrodniczą z Kiczory. Kolejny – przed biegiem – gdy wybraliśmy się ścieżką edukacyjną zobaczyć pomnik upamiętniający katastrofę lotniczą bombowca Liberator. Magurki z ich polanami i widokami to jedno z piękniejszych miejsc. Mamy jeszcze ochotę zobaczyć Kurnytową Kolibę – pochodzącą z 1839 roku i dziś będącą najstarszym drewnianym, niesakralnym obiektem budownictwa drewnianego w Ochotnicy. Była tu baza partyzantów, później okresowo gospodarzyli harcerze, teraz świeci pustkami. Trafiamy tu trochę na przełaj, przez las, stromym zboczem, zamiast wybrać wygodny szlak wołoski z Magurek. Niestety na naszej mapie go nie ma, ale w pakiecie startowym GUT była mapa Gorczańskiego Parku Narodowego i teraz trafilibyśmy tu bez problemów. Na szlak wołoski tylko w innym miejscu i tak trafiliśmy wędrując ścieżkami i łąkami w stronę Ochotnicy Górnej.

Z tej wycieczki wracałam z jeszcze jedną zdobyczą. Tuż przy ścieżce rósł przepiękny koźlarz czerwony i nawet ja, niezbierająca grzybów go wypatrzyłam. Wcześniej tylko fotografowałam piękne, czerwone okazy.

Gdybym miała napisać o jeszcze jednej zalecie Gorców – i mam nadzieję, że po tym tekście się to nie zmieni – to ceny. Spaliście ostatnio za 25 zł/osobę? A do tego za 15 zł zjedliście dwudaniowy obiad, w niedzielę jeszcze z deserem? Najadł się nawet wymagający Piotr. Naszej Gospodyni dziękujemy za dokładki i już tęsknię za pierogami borówkami domowej produkcji.

Było już o wyższości Ochotnicy nad Szrenicą, będzie o wyższości polskich gór nad Grecją. Zamiast kurortu, kilku-gwiazdkowego hotelu będą Karkonosze. Właśnie poszukuję klimatycznego miejsca na tygodniowy pobyt. Ostatni raz byłam tam… tak, tak! W ogólniaku. Na mojej liście pt. „ostatni raz byłam tam w ogólniku” są jeszcze Góry Świętokrzyskie. Ale tam raczej się nie wybiorę.