Nie biegałam dwa tygodnie. Miałam przerwę. Jedną z niewielu w ciągu 5 biegowych lat.

Właśnie wróciłam z 50-minutowego truchtania.

Niech mi się tak cudownie, lekko i coraz szybciej biega już zawsze. Dawno nie było tak dobrze. A moim dwóm przypadkowym kibicom bardzo dziękuję. Na oko 6-letniej dziewczynce, która na mój widok krzyknęła: Łoł, ale pani biegnie! I starszemu mężczyźnie, czekającemu na autobus, który zaczął mi bić brawo. Miód na moje serce biegaczki wracającej po dwutygodniowej przerwie.

Nie biegałam od 13 sierpnia, bo z jednej strony odpoczywałam po 43-kilometrowym marszobiegu w Gorcach, czyli Gorce Ultra Trail (RELACJA TUTAJ) , a z drugiej odpoczywałam… bo odpoczywałam.

Ostatnie dwa tygodnie przed wyjazdem w Gorce były trudne. Chyba tylko ja wiem, jak bardzo nie chciało mi się biegać. Fizycznie. Biegałam z trudem, bez lekkości i przyjemności. Każdy kilometr to była walka z sobą, choć zwykle w drugiej części treningu bywało lepiej. Ale najlepiej było jak już kończyłam. Trudno było o radość z biegania, jeszcze trudniej o zadowolenie z pokonanych kilometrów. Biegało mi się ciężko, a sama czułam się ociężała. Jakbym przytyła 10 kg w jedną noc. Na dwa tygodnie przed biegiem w Gorcach, nawet jeśli na żaden wyczyn się nie napinałam, nie wróżył dobrze. Do połowy z tego nawet się nie przyznawałam głośno. Ale i połowa wystarczyła, by Piotr wymógł na mnie, że po Gorcach odpoczywam. Odpoczywam jak nie ja. Dwa tygodnie bez biegania. Nawet po ostatnim maratonie w Łodzi moja przerwa była o połowę krótsza. Do kolejnego maratonu zostało jednak 3,5 miesiąca. Jak nie teraz to nigdy, więc niech mu będzie. Zobaczymy czy ze mną wytrzyma i czy ja ze sobą wytrzymam. Jak doczytacie do końca to będziecie wiedzieć.

Dzień 1 i 2

Najłatwiejsze. Po sobotnim marszobiegu już łatwiej zejść mi po schodach, ale na bieganie nie mam ochoty. Zresztą aktywności mi nie brakuje. Najpierw zaliczamy trasę z Tylmanowej do Szczawnicy, a kolejnego dnia wchodzimy na Turbacz z Nowego Targu. Ponad 20 km każdego dnia mi wystarczą. Syndromów dnia bez biegania – brak.

Dzień 3

Wracam do rzeczywistości. Czyli codzienność dom-praca. Po pracy moje tzw. nic-nie-robienie, a później spacer. Jak mówię, że nic nie robię to znaczy, że ogarniam zakupy, odkurzam, robię sałatkę, myję balkon… Takie domowe drobiazgi. Później wyrywam się na spacer. Kilka rzeczy do załatwienia, auto zostaje na parkingu, ja wracam przed godz. 20, żeby dokończyć pranie.

Dzień 4

Już od południa przebąkuję o górskim spacerze. W naszym wypadku to łatwe, trzeba tylko podjąć decyzję, na którą pobliską górkę. Miała być Stefanka, padło na Magurkę. Piotr ma już za sobą jeden taki spacer, teraz postanowił pobić kolejny rekord prędkości w wejściu na Magurkę (909 m npm). Podejście żółtym szlakiem z Przełęczy pod Łysą Górą na szczyt zajęło mi 40 minut, jemu ½ godziny. Szlakowskaz pokazywał 1 h i 15 minut. Do auta zaparkowanego w Straconce też schodzimy w godzinę. Schodzimy, a nie biegniemy. Choć Piotr swoim tempem pewnie wyprzedziłby nie jednego biegacza. Ja mam swoją porcję aktywności. Choć w domu, przy kolacji przebąkuję, że jeszcze tylko tydzień. Piotr na razie przekonać się nie dał. Przyszła sobota i 45 minut i szczegółowa relacja z biegu. I jeszcze zapowiada ciężkie treningi do maratonu. Ostatniego mojego maratonu. Aha, nie powiedziałam Wam, że we Florencji po raz ostatni mierzę się z 42 kilometrami. Więcej nie chcę. Z ostatnich dwóch startów nie jestem zadowolona, a mój wysiłek jest niewspółmierny do efektów. Połówka – proszę bardzo. Pełen maraton – tylko jako kibic!

Dzień 5

Doceniam na nowo otaczające Bielsko-Białą górki. Była Magurka a dziś niższa Kozia Górka. Szczęściara ze mnie – wystarczy kilka minut jazdy samochodem, by znaleźć się na górskim szlaku. Po godz. 18 właściwie nie ma tu ludzi. Za to zwierząt nie brakuje – wczoraj cztery sarny, a dziś młody koziołek. Nawet nie bardzo zwrócił na mnie uwagę.

Dzień 6

Szaleję w kuchni. Piotr poszalał wczoraj na ryneczku. Dziś pieczony kalafior (koniecznie spróbujcie!) wg Niebo na talerzu KLIK, mój ulubiony, a na deser smaki z dzieciństwa – czyli gofry – też pieczone.

Dzień 7 i 8

Dynia, 2 kg śliwek, ziemniaki… czyli sobotni wypad na rynek. Będzie leczo, ciasto ze śliwkami i pieczone ziemniaki i zupa dyniowa. A na niedziele śniadanie płatki owsiane, jogurt naturalny i krem czekoladowy z mango, kakao i miodu 🙂 Ten ostatni wynalazek zdecydowanie muszę powtórzyć – był tak dobry, że nie zdążyłam zrobić zdjęcia! Mam czas na swojego bloga – powstaje tekst o bieganiu w Gorcach i o Gorcach. Później długi spacer. W niedzielę leje – bez wyrzutów sumienia przeszukuję więc oferty noclegów w Karkonoszach, by znaleźć cudowne miejsce – o czym wkrótce. Mam co chciałam – dom z polami, łąkami, sadem, stawem i ulami. Mieszkanko wolne w wybranym terminie, cena atrakcyjna i zapowiada się miły, górski odpoczynek.

Dodatkową aktywnością staje się półtoragodzinne prasowanie – endomondo nie ma jednak takiej opcji 😉 I tak niepostrzeżenie mija pierwszy tydzień bez biegania.

Dzień 10

Zaczyna się targowanie! – Jutro idę później do pracy więc może pobiegam rano, tradycyjnie – zagajam mimochodem. Wzrok Bazyliszka czuję na sobie! I zaraz później pada tekst: najlepiej dopiero w poniedziałek. – O nie – protestuję – umawialiśmy się, że w sobotę biegam. Dostaję „zgodę” na 45 minut. Że ja się teraz muszę targować o bieganie! Ale już zaplanowane – w sobotę popołudniową porą będę truchtać. O dziwo, jak dotąd nie było tak źle. Nie biegam i tyle. Znajduję czas na nadrobienie zaległości. Zresztą – jeszcze tylko 3 dni bez biegania. A potem będą 3 miesiące przygotowań do ostatniego maratonu.

Dzień 14

Idę biegać! Już wieczorem – rano wybrałam spanie, a w ciągu dnia słońce grzało za mocno. 45 minut, żadnych podbiegów i wolno. No, ciekawa jestem jak będzie.

A jakie były te dwa tygodnie. Łatwiejsze niż myślała. Dało się ze mną wytrzymać, bo bałam się, że będę warczeć. Do jednej porażki muszę się jednak przyznać . Ani raz nie poszłam na basen, choć przed planowaną przerwą kupiłam strój kąpielowy. Nie zmobilizowałam się, choć basen mam kilkaset metrów od domu. Ciężko mi się zmusić do pływania od ściany do ściany – tak jak do biegania w kółko na bieżni.

Jak mi się biegało – już wiecie. Jakby tej przerwy nie było. Albo inaczej – jakby była, a nie było tych dwóch tygodni niesatysfakcjonującego biegania przed GUT.

27.08.16