Dawno, dawno temu zobaczyłam zdjęcia z Madery. I zapragnęłam tam być. Pod wpływem impulsu weszłam do pierwszego napotkanego biura podróży i zapytałam o wakacje na tej wiosennej wyspie. Pani zaczęła przygotowywać dla mnie oferty, a ja nieśmiało wymieniałam swoje oczekiwania. Miał być mały hotel, maksymalnie 20 pokoi, jedzenie, widoki… I pokój tylko dla jednej osoby. Z każdym z tych słów jej oczy robiły się większe. Przede mną natomiast leżał katalog, a w nim zdjęcie ogromnego hotelu z basenem. I na dodatek mimo wakacji dla jednej osoby, płacę jak za dwie. Wtedy – dawno, dawno temu – na Maderę nie poleciałam. Tanie linie lotnicze dopiero raczkowały, ale za kilkaset złotych kupiłam wówczas bilet do Lizbony. Z wielkim plecakiem i własnym domem czyli namiotem, spędziłam tam samotnie trzy tygodnie. Było bajecznie!

Moje oczekiwania nie są łatwe do spełnienia. Szczególnie jak sobie coś wymarzę. Ani za duży, ani za mały, z klimatem, ale zadbany i czysty, koniecznie z własną łazienką. I ostatnio coraz częściej z wyżywieniem – najchętniej domową kuchnią, w nieograniczonych ilościach, bo biegacz jeść musi!

Poszukiwanie idealnego miejsca na wakacje to dla mnie wyzwanie, ale i przyjemność. Mam dzięki temu wrażenie, że już tam jestem i odpoczywam, tak na kredyt. Tym sposobem znalazłam miejsce w Karkonoszach – wpatrywałam się w mapę i klikałam na wszystkie agroturystyki. Musiała mieć w sobie „to coś”, bym wysłała maila z zapytaniem. Aż trafiłam na Szczęsnowo. „Kupili mnie” sadem, stawem, ulami i miodem. Zamiast pisać, złapałam za telefon. Wtedy okazało się, że będziemy mieli do dyspozycji całe mieszkanko (gwarancja spokoju i odpoczynku), a gospodyni piecze chleb na zakwasie. Już się nie mogę doczekać soboty, by zobaczyć „swoje łąki”.

Teraz mam jednak do zagospodarowania drugi tydzień urlopu i żadnego konkretnego pomysłu. Szukam, szukam i szukam… nie bardzo wiem czego chcę więc szukanie nie jest łatwe.

Postanowiłam więc poprosić w tym szukaniu o pomoc. I opublikowałam taki post na Facebooku:

Jesteście po wakacjach? To pewnie byliście w wielu niesamowitych miejscach. Ja szukam dla siebie kącika na około tygodniowy pobyt.
Oczekiwania nie są łatwe do spełnienia!
1. Ma być ładnie i z klimatem dookoła mnie. Czyli szukam miejsca stworzonego z pasją, przez ludzi, którzy traktują je nie tylko jak biznes (ale oczywiście zapłacę!).
2. Ładna ma być też okolica – najlepiej sielska i wiejska, z terenami dla biegaczki 🙂 Dużo przyrody, ciszy i spokoju.
3. Do tego taras i ogród z miejscem na poranną kawę i wieczorne wino i czytanie książek.
4. Chcę być też dobrze nakarmiona – nie musi być wystawnie, ale zdrowo i smacznie i w odpowiednich dla biegaczki ilościach (ostrzegam – samą sałatą się nie najem!, natomiast uwielbiam pierogi – szczególnie jak ich nie lepię!)
5. I jeszcze ten smak nowości – odpadają Bieszczady, Tatry, Beskid Niski – choć tu dla oferty super mogę się złamać i Karkonosze/Sudety – tam miejscówkę spełniającą moje oczekiwania już znalazłam i testuję za tydzień.
Mówiłam, że łatwo nie będzie?!

Trafiło się kilka perełek, więc aż żal tego nie zebrać. Jak nie ja to może skorzysta ktoś inny 🙂 albo ja, ale przy innej okazji.

Wielką podpowiedzią był dla mnie blog tasteaway i tekst „6 magicznych miejsc na weekend”. Zakochałam się w Siedlisku Sobibór – niestety dokładnie w moim terminie nie ma już szans na pokój. Warto też poczytać komentarze – nie brakuje w nich rekomendacji sprawdzonych miejsc. I dzięki jednej z nich trafiłam w Bory Tucholskie do miejscowości Teolog (KLIK). Jest ogród i łąki, jezioro za oknem i dom wkomponowany w ten świat. Znowu wysyłam maila, ale zaraz później dzwonię. I z Joanną po drugiej stronie rozmawiam ponad 20 minut. Opisuje mi mieszkanie na piętrze domu i tzw. pokój magisterski z widokiem na jezioro. Pytam o ścieżki i trasy biegowe i mam zapewnienie, że zaproponuje mi miejsca do biegania na kilka dni. Jest i temat jedzenia – nie jestem wybredna, ale jeść lubię. Od razu zapowiadam, że jem, a nie skubię, sałatą się nie najem i nie zjadam flaków. Znajdujemy porozumienie także w tym temacie. Mam więc o czym myśleć, bo przeraża mnie samotna podróż ponad 500 km.

I znowu wracam na mojego fb, bo tam znajoma podrzuciła kontakt na Roztocze. Otworzyłam stronę i zamarłam. A może jęknęłam z zachwytu. Sprawdźcie sami, ale żeby nie było, że nie ostrzegałam! KLIK Drewniane ściany połączone z nowoczesnymi meblami. Ogromne okna w salonie i wyjście na taras z widokiem na zieleń. Śliczne miejsca. Skoro jest jedno to pewnie nie jedyne. I tak trafiam na stronę Dzikie Roztocze. W ofercie dwa domy – Stara chata, dosłownie stara bo liczy sobie 150 lat, urządzona jak na starą chatę przystało – klimatycznie. Do tego… ogrzewanie podłogowe i nowoczesna łazienka. Gospodyni ma na imię Jaga i czyta mi w myślach! Obok Starej chaty stoi Zielony domek – wolny w moim terminie. Łóżko na antresoli, komfortowa łazienka i mam obiecane pierogi! Jeśli nie tym razem, to kontakt wpisuje na listę miejsc do zobaczenia i dachów, pod którymi chciałabym zasypiać. Oj, kusi mnie Roztocze i jego mieszkanka!

No i jest jeszcze Dom na wschodzie, który polecano mi na blogu tasteaway, a drugą rekomendację dostałam od mojej przyjaciółki. Czekam jeszcze na odpowiedź, ale ze względu na odległość – dla mnie to drugi koniec Polski – to miejsce na mnie zaczeka.

A po drodze tych poszukiwań odbieram telefon aż z USA! Siedlisko Lubowierz – podpowiada mi Ola, i znowu jestem na Polesiu. Świat jest mały, więc okazuje się, że wynajmowane domy należą do jej brata.

W ogóle to mam plan w głowie na kolejne wakacje – wyruszyć w podróż mniej więcej wzdłuż wschodniej granicy i zobaczyć wszystkie te dzikie i piękne miejsca – Roztocze, Polesie, Sobibór, Podlasie, Biebrzę… Wstyd się przyznać, ale nigdy tam nie byłam. Nie doceniłam tych miejsc, bo nie ma tam gór, szczytów, na które mogłam bym wejść, trudności, które mogłabym pokonać.

Mam też drugą refleksję po tych poszukiwaniach – serce mi rośnie na widok tylu miejsc stworzonych z pasją. Pewnie, wystarczyłby mi czysty pokój u gospodarzy i własna łazienka z ciepłą wodą (dla przeciwwagi wkrótce napiszę o najdziwniejszych miejscach, gdzie przyszło mi spać). Ale to mam na co dzień. Szukam odrobiny „luksusu”, choć w moim wydaniu ten luksus to własny taras, kawa o poranku i wino wieczorową porą z widokiem na dziką przyrodę.

Nie wiem czy to starość – na szlaku mówią mi teraz dzień dobry, a nie cześć – czy też ujawnia się moje pochodzenie, ale coraz częściej marzę o kawałku własnego trawnika pod stopami i nieba nad głową.

A tymczasem wracam do podejmowania decyzji. Miłych wakacji, kto ma je jeszcze przed sobą. Jak nie ja, to może Wy skorzystacie z wypatrzonych przez mnie miejsc. Komentarze i kolejne podpowiedzi zawsze mile widziane. Może powstanie z tego taka baza pomysłów na wypoczynek.