… pomyślałam i stanęłam na starcie Silesia Półmaratonu. Szczerze mówiąc – pomyślałam trochę inaczej, dosadniej, ale też na p! Pomyślałam i wystartowałam z zamiarem… zaatakowania własnej życiówki na tym dystansie. Dotychczasowa pochodzi z ubiegłorocznej Marzanny i ma jedynkę z przodu. Dokładnie 1.59.19.

Pomyślałam to wszystko i roześmiałam się w duchu! Nie ma szans, dziewczynko! Nie jesteś przygotowana! Dziś biegniesz tylko treningowo!

I miałam racje. Po dwutygodniowej przerwie, biegałam raptem od miesiąca, a mój najdłuższy dystans to 17 km, zdecydowanie wolno i z podbiegami. Na Roztoczu pobiegałam co prawda ciut szybciej i nawet dwa razy po 15 i 16 km, ale dodatkowe 5 km robi różnice. Krótko mówiąc – nic nie wskazywało na to, że mam szansę choćby zbliżyć się do mojego wymarzonego i wyśrubowanego czasu. Za mało długich i za mało szybkich wybiegań. I jeszcze pogoda – słońce i ok. 20 stopni. Ktoś obok mnie sapnął nawet – upał. Dla mnie ok, ciepło, ale nie za ciepło. Ja ubrana na krótko, choć obok widziałam biegaczy w wersji na długo plus dodatkowo koszulka z krótkim rękawkiem. Hmmm…

Nawet Piotrek, który ustawił się w czołówce zawodników z zamiarem poprawienia własnego PB nie wiedział co mi chodzi po głowie. I dobrze! Gdzieś na trasie wyobraziłam sobie jego minę i zachichotałam w duchu. Tyle przedstartowych rozważań. I już czas było lecieć. Rzucam okiem na tomtoma i zwalniam. Za szybko nawet jak na życiówkę. 5.20, 5.30, no wreszcie jest 5.40 i tego się trzymamy – gadam sama do siebie. Pierwsza dyszka super – głównie płasko, delikatne podbiegi, ale zaraz za nimi zbieg. Jak stracę dwie sekundy to zaraz je odrabiam, więc tempo trzymam. Generalnie takie podbieżki nie robią na mnie wrażenia, na tym dystansie oczywiście. To zaleta mieszkania w zupełnie nie płaskim Bielsku-Białej. Pierwszy parkrun i biegnę na życiówkę, drugi – nadal. Sama się dziwię, że tak gładko mi idzie realizacja mojego niecnego planu. Trzeci lekko zwalniam, za chwilę wbiegniemy zresztą do Siemianowic Śląskich. Zaczynam głodnieć i przypominam sobie, że to ostatni dzwonek na żel, inaczej będą kłopoty. Połykam limonkowy specjał i jak na zawołanie pojawia się wodopój. Zapijam i lecę, wciąż w okolicach życiówki. Wiem, że od około 13 do 16 km będzie lekko pod górkę, nie mocno, ale konsekwentnie. Znam ten odcinek – czasem wracałam tędy z pracy… Wiem też, że gdy na horyzoncie pojawi się wieża TV a po lewej pętla tramwajowa czas przyspieszyć. Co straciłam – na kolejnych 5 km mogę zyskać. Tak, tak – na tych 5 km co ich ostatnio nie biegałam – patrz początek tekstu. Śmiały plan. Ale ja znam trasę – wiem, że ten podbieg z pozycji kierowcy nie był duży, wiem, że ten zbieg do mety będzie kuszący. Skręcasz w lewo za pętlą i gnasz do mety cały czas lekko w dół – powtarzałam Piotrowi przed biegiem. Tak, tak – wiem, że na moment zrobiło się płasko, ale wtedy nie było już czasu na myślenie czy mówiłam prawdę czy lekko się z nią minęłam. W każdym razie teorię wcielam w czyn. Zaczynam wyprzedzać co podnosi moje morale. Wiem, że życiówki nie będzie – jednak za dużo straciłam na podbiegu, ale licząc szybko wiem, że mam spore szanse zmieścić się w czołówce swoich najlepszych startów w półmaratonie. Tuż przed 20. km piękny zakręt w lewo i bajeczna górka w dół. Po prawej widać już Silesia City Center, ale do mety jeszcze ponad kilometr. Kończy mi się moc jak króliczkowi z pewnej reklamy baterii – jeszcze 400 metrów. Zakręt w prawo i nagle słyszę swoje imię. Jakaś dziewczyna wrzeszczy bym biegła! No to lecę Ola – Pora na Majora (bo to ona woła)! Wyraźnie poczułam kop w tyłek. Zakręt, zakręt, zakręt… gdzie ta meta bo nie dobiegnę! Nie pierwsza brama, ta druga. Koniec. Stop tomtom. Dwa i coś tam coś tam. Nie widzę. Jak rzadko opieram ręce na kolanach, głowa w dół. Muszę złapać oddech. Medal… za chwilę, poczeka… Mam banana na twarzy!

Precz z życiówkami! Niech żyje odzyskana radość z biegania. Z kronikarskiej skrupulatności podsumuję, że to był mój 15 maraton i 4 w kolejności czas. Ciasno jest z czołówce, więc wbiłam się między Warszawę a Koszyce. I jeszcze jeden powód do radości – chcieć to biec. Biec szybciej niż wydawało mi się, że mogę. Odzyskałam wiarę we własne nogi i w swoją głowę. Bo po cichu się przyznam, że z Florencji chciałam zrezygnować. Organizatorzy mają kuszącą ofertę – za dodatkowe 20 euro można przepisać się na kolejny rok, albo oddać pakiet innemu biegaczowi. Już nawet planowałam wystąpić we Włoszech jako kibic i bez wyrzutów objadać się pizzą i zapijać to winem. Ale nic z tego, pobiegnę, bo wiem, że mogę jeszcze raz pobiec ten piekielny dystans. Przypomnijcie mi o tym proszę po 30 kilometrach biegu jak już będę psioczyć na samą siebie!

Precz z życiówkami! Ten tekst miał powstać po Maratonie we Florencji, który pobiegnę 27 listopada. I jak zapowiadam od dawna – pobiegnę maraton po raz ostatni. Doprecyzujmy. Ostatni w tym roku i ostatni przed przerwą w maratonach. Przerwa potrwa rok. W 2017 nie będzie żadnego maratonu. Nie wiem czy jeszcze kiedyś będę miała ochotę  pobiec 42 km z groszami, może nigdy. Nie są mi do niczego potrzebne. Nie mam ochoty na tę napinkę, spinkę, przerost ambicji, frustrację, złość i rozczarowanie. Nie mam ochoty na bieganie, na które wyjść muszę – bo maraton za miesiąc czy dwa. Nie ma, że biegam co chcę i jak chcę. Podbiegi męczę na Karbowej jak chomik – góra, dół, katuję długie w Goczałkowicach, gdzie znam każdy kamyk, i jeszcze to szybkie, których nie lubię. Precz z życiówkami! Czas na radość z biegania. Po lesie, po górkach, ile chcę i jak chcę. W przyszłym roku maraton tylko jako kibic! Czas zobaczyć jak taki bieg wygląda z tej perspektywy. Nigdy nie kibicowałam maratończykom, nigdy nie wypatrywałam nikogo w tłumie, nigdy nikt nie czekał na moje wsparcie. Czas to zmienić – takie emocje też mi są potrzebne.

Chętnie pobiegnę natomiast kilka połówek. W marcu w Żywcu po raz trzeci zamierzam zmierzyć się z pewnym podbiegiem na 19. kilometrze. Chętna jestem na półmaraton w Tallinnie – zapisy już ruszyły! Zamierzam więcej biegać w górach, czas zabrać na bieganie moje ulubione Saucony. A życiówki, maratony… po co mi? Przecież nie wybieram się na olimpiadę. Nie chce mi się. Chce mi się biegać i tyle. A jak mi się zachce znowu, to usiądę i spokojnie poszukam odpowiedzi na pytania: po co i dlaczego. I jak znajdę sensowną odpowiedź  – to pobiegnę. Bo nie mówię, że nigdy. Ale kolekcjonowanie maratonów nie jest mi potrzebne. Bo już wiem, że mogę przebiec taki dystans, i to nie raz czy dwa. I wiem jaką zgorzkniałą minę mogę mieć na mecie – patrz Łódź. A ja chcę mieć radość.

Za 7 tygodni będzie już po maratonie we Florencji 🙂 Pewnie będę jadła w niedzielny wieczór jakąś pyszną, włoską kolację. Nie miejcie złudzeń – do Florencji jadę nie tylko z miłości do włoskiej kuchni. Jadę tam… po życiówkę w ostatnim maratonie.