Statystyki są przerażające. 14 osób straciło życie w ciągu kilkunastu dni na przełomie 2015 i 2016 roku. Nie było dnia bez tragedii.

Zostańcie w domu. Zaczekajcie aż będzie bezpiecznie. Góra nie jest warta nawet paznokcia – mawiał Wojciech Kurtyka, a za nim wielu innych himalaistów. I miał rację!

Nie będę moralizować, ani bawić się w eksperta. Kto mnie zna, wie, że gór uczyłam się na własnej skórze i wiele w nich przeszłam. W tych wyższych – jak Alpy (Mont Blanc, Grossvenediger, Grossglockner), Elbrus na Kaukazie i niższych – GR 20 na Korsyce, Czarnohora. Sama popełniłam w Tatrach dość własnych błędów, które mogły źle się skończyć. Jak wtedy, gdy uparłam się by wejść na Rysy (po raz pierwszy!) choć pogoda powinna mnie powstrzymać. Burza przyszła, gdy schodziłam w dół. Pioruny uderzały tuż obok mnie i jeszcze dwóch lub trzech turystów, których spotkałam na szczycie i którzy schodzili razem ze mną. Schodząc poślizgnęłam się na mokrych kamieniach i poleciałam głową w dół. Zatrzymałam się tuż przed kamieniem. Nic mi się nie stało – z wyjątkiem kilku siniaków.

W maju wybrałam się na Kościelec przy pięknej tym razem pogodzie. Okazało się, że miejscami jeszcze jest lód. Co to raki i czekan zupełnie nie wiedziałam. Pomógł mi jakiś chłopak, który w najtrudniejszym momencie podał mi czekan i pomógł w asekuracji. Bezpiecznie wróciłam na dół.

Kilka lat później na Rysy w czerwcu szłam już w rakach – tyle było śniegu. A ja miałam stracha, żeby się nie potknąć i nie polecieć rysą w dół.

I jeszcze tuż po obronie pracy magisterskiej w pierwszych dniach grudnia pojechałam w Tatry. Choć TOPR ogłosił alarm lawinowy (5 w 5-stopniowej skali). Dotarłam do Murowańca i tam dostałam zakaz wychodzenia nawet do Czarnego Stawu. Zresztą gdy tylko podeszłam w stronę wyciągu na Hali Gąsienicowej zapadłam się aż po uda. Wtedy byłam w stanie chodzić tylko ścieżką nad Reglami, a i tam śniegu było ponad kolana a szlak nieprzetarty.

Nauczyłam się na tych błędach rozumu. Wy nie popełniajcie własnych.

Kocham Tatry, kocham góry i uwielbiam być na szczycie. Ale w takich warunkach zwyczajnie trzeba odpuścić. Może to okazja by pooglądać doliny, przez które zwykle przemykamy prąc w góry?

I druga refleksja, która chodzi mi pogłowie, gdy słyszę o kolejnej akcji ratunkowej. Słowacy są od nas mądrzejsi. Tam nie płaci się za wejście na tatrzański szlak. Ale od 1 lipca 2006 r. trzeba mieć ubezpieczenie. Inaczej koszty akcji ratunkowej z użyciem helikoptera będziemy ponosić do końca życia! I nie warto oszczędzać. Kiedy jeszcze byłam członkiem Klubu Wysokogórskiego i chodziłam poza szlakami, kupowałam ubezpieczenie uwzględniające sporty ekstremalne. Koszt na dzień był niższy niż cena biletu wstępu do TPN. Czułam się bezpieczna i wiedziałam, że jeśli cokolwiek się wydarzy ratownicy dostaną pieniądze za akcję ratunkową. Nigdy z ich pomocy nie skorzystałam i mam nadzieję nie skorzystać. Mam w GOPRze beskidzkim kilku znajomych, wiem jak co roku walczą by dopiąć budżet, bo pieniędzy z Warszawy nie wystarczy na poszukiwania turystów i pomoc narciarzom. W TOPRze też nie jest różowo. Skoro już muszę płacić haracz wychodząc w góry, to proponuję by połowa ceny biletu do TPN była moim ubezpieczeniem. Będę musiała wezwać pomoc – ubezpieczyciel zapłaci za akcję ratunkową. Mówimy o kilku złotych dziennie. Jadąc w słowackie Tatry nawet nie przychodzi mi do głowy, by oszczędzać!

Oszczędźcie mi proszę czytania o kolejnych tragediach w Tatrach. Nie lekceważcie szczytów, które mają 2 tysiące metrów i jeszcze trochę. One zaczekają, stopnieje lód i znowu będzie bezpieczniej.