– Jak Ci się biegnie?
– Dobrze.

Ten prosty dialog prowadzę sama ze sobą dość często na imprezach biegowych. W ten sposób oceniam swoje możliwości i siły, a czasem dodaję sobie otuchy. Bywa, że zagłuszam tą odpowiedzią Gremlina, gdy próbuje mi wmawiać, że nie dam rady.

Ważne, by biegło się dobrze. To nie znaczy – komfortowo. To nie jest moje bieganie w tempie konwersacyjnym. Wręcz przeciwnie – na nieoczekiwane pytania odpowiadam tylko półsłówkami, a w skrajnym wypadku wysyczę przez zęby: CICHO! W tym tempie nawet nie za bardzo chce mi się myśleć – wolę się skupić na odliczaniu kroków.

Dobrze, czyli w granicach moich możliwości, tak by na mecie nie trzeba mnie było cucić i ratować. Fizyczne zmęczenie – tak – ale takie na jakie sama się godzę, bo wiem, że sobie z nim poradzę. I to „dobrze” oznacza też, że dobrze biegnie mi się od startu do mety. Czyli udało mi się na pierwszych kilometrach okiełznać temperament, adrenalinę i ambicję, i ustalić tempo biegu, przy którym sił powinno mi starczyć na cały dystans. Inaczej mówiąc – że w drugiej części nie zacznę dramatycznie zwalniać, a przeciwnie – nawet przyspieszę. Ta ostatnia sztuka zwana jest przez znawców „negative split”. Piotr stosuje ją z sukcesem.

Pierwszy raz w miarę równym tempem pobiegłam we Florencji. TomTom, z którym biegam drugi rok bardzo mi w tym pomógł. Na pierwszych kilometrach często zerkałam na niego i delikatnie zwalniałam. I tak wyszło ciut za szybko niż planowałam, ale udało mi się utrzymać tempo do końca. Podczas sobotniego biegu w Brzeszczach zaplanowałam sobie śmiałą taktykę. Pierwsza połowa miała być lekko z górki – na tym odcinku miałam trzymać tempo 5:30 i nie zmęczyć się za bardzo. Po 27,5 minutach minęłam połowę – czyli idealnie jak w szwajcarskim zegarku. Teraz zgodnie z wykresem miało być pod górkę, w końcu trzeba wrócić tam skąd się wybiegło. W rzeczywistości pod górkę było mniej niż na mojej najbardziej płaskiej trasie wokół lotniska w bielskich Aleksandrowicach. Kolejne 3 km miałam w planie co najmniej utrzymać tempo, a może nawet przyspieszyć. Hmm… przyspieszyć?! Ze zdziwieniem zanotowałam, że spada mi średnie tempo, a 7. km przebiegłam w 5.18! Idealnie! Po kolejnym km uznałam, że teraz już sobie nie pozwolę się zatrzymać i dokończę swoją najszybszą dychę. Zaczęłam powoli wyprzedzać kolejne osoby i cieszyć się kolejnymi metrami biegu. Na 1000 metrów przed metą szybko policzyłam, że nie tylko poprawię czas z Życiowej Dziesiątki w Krynicy z 2013 r. (to dość specyficzna trasa – jeszcze ma atest PZLA, ale z Krynicy do Muszyny cały czas biegnie się z górki – w pierwszej połowie jest to bardzo odczuwalne i pomocne, druga połowa jest bardziej płaska), ale jeszcze zamienię 55 minuty na 54! Na ostatnich metrach do mety widziałam nawet zegar, który pokazywał 53:50, ale ostatecznie na ostatniej macie pomiaru czasu mój zegarek zatrzymałam na 54:08 i dokładnie taki czas netto mam z oficjalnego pomiaru.

Kilka głębokich wdechów – wolontariuszce poplątały się szarfy z medalami co dało mi czas na uspokojenie oddechu. I uśmiech na twarzy. Dobrze mi się biegło – myślę – może nawet mogłam jeszcze trochę szybciej… Apetyt mi rośnie, a przecież jeszcze tydzień, dwa tygodnie temu nawet tego nie planowałam.

Początek roku nie był taki jak sobie wymarzyłam – najpierw grypa wyeliminowała mnie na tydzień, potem przyplątał się katar, a na początku marca zbuntował się żołądek. Zanim więc na treningach udało mi się przyspieszyć już w kalendarzu pojawiły się pierwsze w sezonie zawody.

Za tydzień kolejne – tym razem półmaraton wokół Jeziora Żywieckiego – z wymagającą trasą. Czyli dużo podbiegów, a ostatni na 19. kilometrze!

Zabawne jest jednak, że ta co za dyszkami nie przepada ma w planie dwie kolejne w ciągu dwóch miesięcy. I piątkę na zakończenie półrocza. Długo i wolno będzie dopiero w drugiej połowie roku.