– Idź, idź, to Ci wyjdzie na maratonie – powiedział Piotr wypychając mnie za drzwi.

– Chyba bokiem – mruknęłam.

Drugi dzień biegania z rzędu. Zamiast męczyć długie, męczę przez dwa dni szybkie bieganie, w tempie mało dla mnie komfortowym. I na dodatek dzisiaj w mżawce, a później już w regularnym deszczu. Głowa mi podpowiada, że kanapa, koc, książka i gorąca herbata to byłby zdecydowanie lepszy wybór. Byłby, ale… Zawody – te wymarzone, wyczekane tuż tuż!

Są dokładnie cztery tygodnie do maratonu. Nie, za dokładnie cztery tygodnie o tej porze będę już na mecie. I skończy się reżim!

I po co mi to było?

Po co zapisałam się na ten siódmy w moim biegowym życiu królewski dystans. W grudniu 2016 r. miałam zupełnie inną perspektywę. Jeszcze żyłam w euforii po pięknym i bardzo dla mnie udanym maratonie we Florencji, a Piotr w jakiś niedzielny poranek pokazał mi zdjęcie z mety w Walencji. Do tego oczami wyobraźni zobaczyłam hiszpańskie tapas, wino, morze… I to wszystko w listopadzie za prawie rok! Kilka chwil później byłam już na liście startowej. A teraz zaczynam mieć powoli dość przygotowań.

Nie zrozumcie mnie źle – wciąż kocham bieganie! Ale czasem zwyczajnie zostałabym na kanapie. Bo zimno i pada, bo mam za sobą ciężki dzień. Albo jeszcze inaczej – wolałabym pobiegać towarzysko, zamiast wypluwać płuca na kolejnym podbiegu. Wiem, wiem… To wszystko wyjdzie mi na maratonie za cztery tygodnie. Już za trzy…

Ale ja już mam plan na kolejny rok. Po siedmiu latach biegania mogę sobie pozwolić na taki eksperyment!

Czas na przerwę – nie od biegania, od zawodów!

Nie rzucam biegania i nie oddam moich butów. Ale przez rok nie wystartuję w żadnych zawodach. Postanowienie brzmiało dokładnie: w żadnych z wyjątkiem dwóch. Ale jedne zawody same ze mnie zrezygnowały – w 2018 r. nie będzie Wings for Life w Bratysławie. Więc zostały już tylko jedne zawody – Tallin albo Lago Maggiore. W obu wypadkach będzie to półmaraton i nic więcej! Oba miejsca są na liście pięknych miejsc do zobaczenia, a pretekstem by tam pojechać jest właśnie bieganie.

Gdzie zatem będę? W górach! Moje saucony już się cieszą – więcej będzie marszo-biegowych wycieczek. Na trasach biegów w roli kibica, a może nawet podam Wam medal na mecie i pogratuluję!

Będzie mnie więcej w górach, także na pieszych wędrówkach, bo od tego właśnie zaczęło się moje bieganie. Więcej będzie biegania towarzyskiego – macie ochotę? Zapraszam! Nigdzie mi się nie spieszy! Będę biegać jak chcę, kiedy chcę i ile chcę. Bez planów i reżimów. A że bieganie potrzebne jest mi do życia, nie ma obaw, że z niego zrezygnuję. Po prostu – nie chce mi się już spinać i napinać.

Koniec biegowego reżimu!

Mam! Złapałam to słowo, które precyzyjnie oddaje to przeciw czemu się zbuntuję. Reżim! Mam dość reżimu, który sama sobie narzuciłam, a teraz próbuję wytrwać. Leje – biegam, ciemno – biegam, zimno – biegam, wykończona – biegam, senna – biegam, zła – biegam. Pewnie, senność, zmęczenie psychiczne, a nawet złość mijają mi podczas biegania. Potem prysznic, obiad i padam na twarz. Kilka stron książki i już zamykam jedno oko, a drugim jeszcze próbuję czytać. To może pojedźmy na weekend do Krakowa – nie no, trzeba biegać. To może piwo, wino wieczorem – nie no, dwa miesiące przed ważnym maratonem nie pijemy. I tak świat opanowuje reżim biegania. A miało być tak pięknie!

I znowu będzie. Bez reżimu!

PS. Spróbujcie mnie namówić na jakieś zawody. Jak pisałam wyżej zwolniło się jedno miejsce po Wings. Musi być wyjątkowo i jeszcze bardziej wyjątkowo! Propozycje poproszę w komentarzach.

PS2. Dwa podsumowanie przyszły mi jeszcze do głowy: najlepszy trening to ten, który właśnie się skończył. Najlepszy dzień to dzień bez biegania.