PMS, czyli syndrom napięcia przedmaratońskiego. Dotyczy maratonu, półmaratonu i wszystkich innych ważnych zawodów. Ważnych, czyli takich, do których przygotowania trwają od miesięcy, a walka toczy się o nową życiówkę!

Ten tekst zaczynał się zupełnie inaczej. Ale właśnie przed chwilą zobaczyłam kolejny film przygotowany przez Maraton Valencia. Zobaczcie koniecznie. Grozi to jednak pragnieniem pobiegnięcia w Hiszpanii. Zapisy ruszą na początku grudnia.

KLIK FILM

A teraz do rzeczy!

Dwoje biegaczy pod jednym dachem. Dwa ostatnie tygodnie do maratonu. Kumulacja emocji, ambicji i poczucia, że wszystko co się miało zrobić już zrobiło i nic nie da się już nadrobić. Dwie tykające bomby zegarowe. Dwa napięcia. Jak to przetrwać? Nie ma okresu ochronnego dla biegaczy. Jest normalne życie zawodowe, czasem nawet bardziej absorbujące, obowiązki domowe, czyli codzienność.

  1. Co jutro jemy? To najczęściej zadawane teraz pytanie. I mogłabym wypisać menu na ścianie, a i tak wieczorem leżąc w łóżku usłyszałabym te słowa. Cierpliwie odpowiadam i planuję jadłospis: makaron, kasza, ryż, ziemniaczki… i tak na zmianę. Tylko sosy i zestawy warzyw inne. Czasem aż się prosi by podać do obiadu czerwone wino. Nic z tego! Od ponad dwóch miesięcy nikt go w tym domu nie widział. Na samą myśl o winie cieknie mi ślinka.
  2. Ciasto, czekolada, fondat… znowu o jedzeniu, tym razem słodyczy. Oj, chce się po bieganiu. W piekarniku właśnie stygnie ucierane ciasto ze śliwkami (według Niebo na talerzu). Czeka na niedzielnych gości i przez kilka godzin nazywa się: nie rusz mnie. Charakterystyczne skrzypnięcie drzwi piekarnika i deklaracja: tylko wącham!
  3. Uwaga gryzę! Warczę, marudzę coś pod nosem. Jestem podenerwowana. Na ramieniu siedzi Gremlin, w głowie kłębi się tysiące myśli. Analizuję swój plan na bieg. Właśnie zrobiłam ostatni długi trening, 27 km. Jestem zmęczona, ale nie wykończona. Tyle, że to jeszcze nie meta. Na tym zmęczeniu trzeba będzie pokonać kolejnych 15 km. Mam wątpliwości czy dam radę. Do tego dopisała dziś pogoda – tydzień temu w deszczu i wietrze, dziś w słoneczku. Ciepło było. Zdecydowanie spódniczka i cienka bluzeczka z długim rękawem. W Hiszpanii będzie cieplej nawet, w sumie to dobrze, że dziś musiałam przypomnieć sobie, że biegam też w wyższych temperaturach.
  4. Druga osoba też przeżywa swój stres. Też czasem nie ma nastroju, warknie, albo ja usłyszę nie ten ton co zwykle. Przydałoby się jakieś hasło wywoławcze, które rozładuje napięcie. Wystarczająco głupie, by na jego dźwięk wybuchnąć śmiechem.
  5. Albo taka mieszanka – jedna osoba w super nastroju, druga z fochem albo zirytowana. Ta druga to akurat ja. Lepiej wyjść potruchtać, zabieram moje buty, za godzinę będzie lepiej.
  6. Mam zachcianki. Ostatnią piątkę ostatniego długiego wybiegania, biegłam marząc o lodach! Byle dużo, dobrych i zimnych. I sokach, wodzie z cytryną. Omal nie rzuciłam się na przechodnia z woda mineralną w ręce. Teraz zjadłabym coś pysznego.
  7. Licytuję się o każdy kilometr. Porównuję swoje bieganie sprzed roku i pilnuję, by nie było mniej. Mam pobiegać godzinę, to rozpędzam się z górki, chcę 15 km, a ma być 13 z szybszymi akcentami – to lecę, ma nie być podbiegów – no przecież nie wyprostuję tutejszych tras!

Są też przyjemne momenty! Robimy listy rzeczy do spakowania, sprawdzamy miejsca, gdzie można zjeść, planujemy zwiedzanie. Organizatorzy Maratonu w Walencji jakby czytali w naszych myślach – dzięki specjalnej opasce, dokładnie przez tydzień – czyli tyle ile będziemy w Hiszpanii – możemy korzystać z rabatów w różnych miejscach, m.in. do Oceanarium! Świetny pomysł. No i jeszcze menu na mecie biegu śniadaniowego: horchata i fartons. A zamiast pasta party – paella party.
Jadę sprawdzić jak to wygląda na miejscu i chyba tym razem więcej będzie o organizacji imprezy niż samym biegu. W końcu ileż można pisać o emocjach na 42 km! Trzymajcie za mnie kciuki w niedzielę. Mój start o 8.42.