Pobiec Maraton w Walencji zapragnęłam, gdy w pewien zimowy wieczór zobaczyłam film promocyjny tych zawodów. Organizatorzy przekonali mnie niebieskim dywanem i metą na wodzie. I niemal rok później wbiegałam na metę po tym niebieskim dywanie, bijąc brawo organizatorom i sobie. Organizatorom – za super zawody, a sobie – za świetny wynik na dystansie 42 km i 195 metrów.

Trasa Maratonu w Walencji

Niewiele pamiętam… po raz pierwszy tak niewiele pamiętam z trasy. Tak naprawdę dopiero w czasie kolejnych dni, przemierzając ulice i uliczki Walencji odkrywałam, którędy biegłam. Na asfalcie zostały jeszcze ślady żółtej farby, którą wyznaczono trasę. O, tu byłam i tutaj też… ciekawe… nic nie pamiętam!
Uświadamia mi to zresztą Piotr jeszcze w niedzielne popołudnie, tuż po biegu. – A widziałaś stadion? – Jaki stadion?! – odpowiadam. Ten na 17. kilometrze!

To tam był jakiś stadion… Pamiętam start, a i tak niezbyt dokładnie i ostatni kilometr, może trochę więcej do mety. A poza tym asfalt, drogę przed sobą, kolejne punkty żywieniowe i mijające kilometry. I kontrolowany od początku czas. Za szybko, wolniej, jeszcze wolniej. A potem – trzymaj tempo, jest super.

Mój sposób na Maraton w Walencji

Skupienie się w 100% na biegu i na zadaniu, które sobie wyznaczyłam, a nie na podziwianiu miasta oznacza, że pobiegłam na miarę swoich możliwości i przygotowania. Dałam z siebie dokładnie wszystko, choć pewnie dobry towarzysz wyciągnął by jeszcze kilka sekund więcej. Czyli 110 % normy.
Nie pamiętam trasy i nie pamiętam drogi, co nie oznacza, że nie pamiętam swoich myśli i emocji i drogi do upragnionego celu. Tej lekkości w pierwszej połowie, gdy nogi niosły stanowczo zbyt szybko, a ja co rusz powtarzałam sama sobie – zwolnij! Pamiętam te zadziwiającą dla mnie świeżość biegu aż do 30. kilometra. Krótką psychologiczną gadkę z samą sobą między 32. a 35. km, gdy zmęczenie i trochę znużenie było już odczuwalne.

Pamiętam ostatni odcinek o długości parkrun’a, na którym mijałam biegaczy. No i ostatnie dwa euforyczne kilometry, a najbardziej ostatnie setki metrów. Gdy już wiedziałam, że pobiegłam znacznie lepiej niż zaplanowałam, a przede wszystkim równo, bez dramatów i kryzysów. Stąd te radosne zdjęcia z ostatniego odcinka (o rany! W dół i po kocich łbach!), gdy uśmiechnięta machałam do fotografa. Stąd te wyjątkowe i pamiątkowe zdjęcia z mety maratonu i bieg po niebieskim dywanie, gdy biłam brawo organizatorom i niesamowitej publiczności.

Moja strategia na Maraton w Walencji

Zaplanowałam sobie na maraton w Walencji cztery cele – taka strategia, która pozwala cieszyć się na mecie. Pierwsza i podstawowa zasada – maraton to dla mnie 100% biegu. Druga – to poprawić swój najlepszy czas na tym dystansie – ten sprzed roku wybiegany we Florencji, czyli 4:15:01.
I dwa ambitne cele – zejść poniżej 4:10 i poniżej 4:07. Na ostatnich dwóch kilometrach – zwanych wisienką na torcie – wiedziałam, że będzie jeszcze lepiej. I tym razem zadziwiłam samą sobie. Czym ten maraton różni się od sześciu pozostałych? Ani na mecie, ani teraz siedząc na wygodnej kanapie przeglądając swoje euforyczne zdjęcia, nie planuję kolejnego w przyszłym roku. Tym razem dotrzymam słowa danego samej sobie w tekście Reżim biegowy.

Dlaczego warto pobiec Maraton w Walencji

Maraton w Walencji jest dla mnie szczególny z jeszcze kilku powodów. Pierwszy to niesamowita publiczność. Uwielbiam kompletnie obcych ludzi na trasie, którzy wypatrują na numerze startowym moje imię, a później głośno mnie dopingują. Poza granicami, robi to na mnie jeszcze większe wrażenie. Tym razem szybko załapałam, że Azja (od Asia na numerze) to ja. Ale najbardziej zawsze wzruszają mnie rodacy. Na 27. kilometrze, na zakręcie, gdzie trasa prowadziła przez most nad Ogrodami Turii, zupełnie obca dziewczyna wołała – biegnij Asia, brawo!

O jakiego dałaś mi kopa! I potem słyszałam język polski jeszcze kilka razy na trasie! A gospodarze – serdeczni i zaangażowani w kibicowanie, dodawali skrzydeł na każdym odcinku. Ostatni kilometr to gorące brawa i aplauz. Tu każdy był zwycięzcą.

Drugi powód to perfekcyjna organizacja i świetna komunikacja marketingowa z biegaczami. Tym ostatnim kilka razy zrobili na mnie wrażenie. Drobiazgi – ale jak istotne!

Maraton w Walencji – brawo dla PRowców

Maraton w Valencji wybraliśmy dokładnie rok temu po powrocie z Włoch. Oczarowały nas zdjęcia mety – niebieskiego dywanu rozpostartego na tafli wody. Dosłownie rozłożonego na jego powierzchni. Tutaj możecie zobaczyć  jak powstała ta niesamowita meta.

LINK DO FILMU

Organizatorzy pisali do mnie niemal codziennie przez ostatni tydzień. I nie było to zwykłe odliczanie dni. A to numer startowy, a to szczegółowe informacje dotyczące odbioru, a to magazyn z ciekawostkami, opaska z ofertą rabatów dla biegaczy. Dzięki specjalnej nakładce na zdjęcie przez cały tydzień mogłam się chwalić światu na Facebooku, że biorę udział w tej imprezie.

Biegnę maraton w Walencji

Zdjęcie profilowe na FB

Choć na fanpagu informacje pojawiały się głównie w języku hiszpańskim, można było też szybko i sprawnie porozumieć się po angielsku – ja musiałam ustalić jak odbiorę numer na tradycyjny Bieg Śniadaniowy, skoro w piątek przyjeżdżamy już po zamknięciu biura zawodów. No jak? Oczywiście bez problemu przed startem. Tam nawet nikt nie prosił o podanie danych i nie sprawdził czy wpłaciłam 1 euro.

Bieg śniadaniowy nie tylko dla uczestników Maratonu w Walencji

Za to numer był i to jaki! Wszyscy wyruszyli niespiesznie na 5-kilometrową trasę z numerem 1! Oby każdy z nas właśnie tak poczuł się jutro – myślałam wówczas. Towarzysko, powoli i głodni dotarliśmy na metę. W Paryżu były pyszne rogaliki, a tu tradycyjna horchata de chufa i fartones. Do tego tony owoców, soków i międzynarodowe towarzystwo. Oczywiście spotkaliśmy też ekipę z Polski! Było tak miło i wesoło, jakby nikt tu nie stresował się maratonem.

Później już bardziej tradycyjnie – szybki i sprawny odbiór pakietów, ściana biegaczy a na niej moje nazwisko, magiczna koszulka na której podczas wysiłku pojawi się trasa biegu. A potem paella party – co prawda trzeba było stanąć w kolejce, ale ta biegła szybko. Bez problemu znaleźliśmy miejsce przy stole, wszystko odbywało się bardzo sprawnie. Jeszcze tylko zdjęcie na mecie przed metą i już można wracać, by odpocząć przed startem.

I nadszedł ten dzień – startuje Maraton w Walencji

Sam maraton miał wystartować o 8.30 – oczywiście elita, moja strefa o 8.48, a w rzeczywistości ruszyłam o 8.51. Ruchem sprawnie kierowali specjalnie oznaczeni wolontariusze – takie mobilne punkty informacyjne. Nie było szans by wejść nie do swojej strefy startowej. Każda strefa miała zresztą swój własny start i wspólne odliczanie. Wielki plus za przygotowanie punktów odżywczych na trasie. Ani raz, ani przez sekundę nie miałam wątpliwości, że wystarczy dla mnie wody. A ta była mi bardzo potrzebna.

Ranny, rześki chłód szybko ustąpił. Błękitne niebo i słońce w twarz mogą skutecznie utrudnić bieg na upragniony czas. 16-17 stopni, a im bliżej południa – tym cieplej, nawet 22 stopnie pokazywały termometry. Dla mnie stanowczo za ciepło, tym bardziej, że w Polsce już zaczynałam zabierać na bieganie rękawiczki. Woda w poręcznych, małych butelkach. Spokojnie odkręcałam, część wylewałam na siebie a zostawiałam sobie tylko tyle, by po łyku pić do kolejnego punktu. Ta taktyka świetnie mi się sprawdziła szczególnie pod koniec biegu. Ciepło – łyk, słońce – łyk, zmęczona – chlup na plecy. I tak aż do 41. km – dla mnie idealne rozwiązanie. Do tego suszone morele, które złapałam na dwóch punktach i spokojnie przegryzłam jako urozmaicenie dla żeli.

Za metą zatrzymałam się na kilkadziesiąt sekund by złapać oddech. Tradycyjnie pochyliłam się, oparłam ręce na kolanach. I w kilka sekund miałam dwóch przedstawicieli opieki medycznej obok siebie. Jedna ręka na plecach i wolontariusz gotowy do pomocy, a druga osoba stanęła przede mną z pytaniem czy wszystko w porządku. – Tak, tak… ok!

A potem jeszcze odbiór pakietów dla finiszerów – medal, torba, ręcznik, pomarańcze, morele, orzechy. I wreszcie coś do picia innego niż woda. Nie pytajcie ile kubków radlera spragniony i wyposzczony biegacz wypije na mecie?! Organizm tylko wchłaniał i wchłaniał!

Złoto dla Maratonu w Walencji

Nie bez powodu na stronie maratonu w Walencji można przeczytać: najszybszy maraton w Hiszpanii. Potwierdzam – trasa jest idealnie płaska. I na dowód tego w tym roku padł rekord trasy. Nie bez powodu organizatorzy chwalą się: maraton w Walencji został nagrodzony w 2016 roku certyfikatem  IAAF Road Race Gold Label, co dowodzi, że jest to jeden z najlepszych biegów na dystansie 42,195 km na świecie. Potwierdzam  – zasłużona nagroda! Do tego morze, plaża, super jedzenie i nietypowe zwiedzanie, ale o tym w kolejnym poście.

Informacje organizacyjne:

  • 40 euro – pakiet startowy (najniższa cena, termin płatności w pierwszych dniach stycznia)
  • 5 euro – ubezpieczenie
  • 1 euro – bieg śniadaniowy
  • Lot w piątek przed maratonem: Kraków – Frankfurt – Walencja i bezpośredni powrót do Krakowa (w niedzielę, tydzień po maratonie)
  • Noclegi: airbnb – 2 km od startu/mety