Żadne buty nie budzą u mnie takich emocji jak buty trekkingowe. No, może jeszcze biegowe. Takiej uwagi nie przywiązuję do żadnych innych butów. W końcu tylko w trekkingowym, przyjdzie mi pokonać kilka tysięcy kilometrów. I to właśnie od nich zależy czy i kiedy dotrę do celu!

Buty trekkingowe – mam do nich sentyment

Zobaczyliśmy razem kawał świat. A może to tylko ja zobaczyłam, a one cierpliwie zaniosły mnie tam gdzie chciałam? Czasem tylko skrzypiały na śniegu przy kilkustopniowym mrozie, czasem tylko zamarzały na kość brodząc przez potoki na drodze do Nieznajowej, czasem oblepiało je błoto Beskidu Niskiego, czasem paliło słońce i omiatał pył. Nie miały ze mną łatwego życia, ale dzięki nim ja mam życie pełne pięknych widoków, nowych miejsc, wydeptanych ścieżek. I choć dziś o ich technicznych walorach niewiele mogę już napisać, ba nawet nie pamiętam nazwy tego modelu, z żalem będę się z nimi rozstawać. Bo choć przemakają, pękają i wyglądają mało efektownie, wciąż odwlekam zakup ich następców. Może jeszcze jeden sezon, może jeszcze jedna wycieczka…

Poznaliśmy się na początku lata 2007 r. Kilka miesięcy przed swoimi okrągłymi urodzinami zapragnęłam zdobyć pierwszy w życiu trzytysięcznik. Wybór padł na szczyt Grossvenediger w Wysokich Taurach, a ja potrzebowałam dobrych butów. Pomogli znajomi z Beskidzkiej Grupy GOPR i tak oto stałam się posiadaczką pierwszej pary butów włoskiej marki Scarpa. Potem kupiłam jeszcze dwie kolejne – charakterystyczne, żółto-czerwone w których weszłam na m.in. Elbrus i niskie – Stratos – które przez trzy lata towarzyszyły mi w niższych górach i na równinach. Ich życie to pewnie temat na osobną historię – przeszły ze mną tyle, że przetarły się podeszwy, a woda wlewa mi się do butów od spodu.

Zanim jednak wymienię moje ulubione Scarpy na kolejnej Scarpy napiszę o butach, w których przemierzałam górskie szlaki przez 11 lat! Szkoda, że wówczas nie rejestrowałam wszystkich dystansów i tras, ale przeszliśmy razem tysiące kilometrów!

Idealnie sprawdziły się w Alpach – na Grossvenedigerze, rok później na Mont Blanc, a później jeszcze w drodze na Grossglockner granią Stüdl. Najpierw w duecie z rakami paskowymi, a później z koszykowymi. Nie wyobrażam sobie lepszych towarzyszy wędrówek na Orlej Perci, Kościelcu czy Rysach. Idealnie trzymały się skały. Potrafię w nich nawet biegać – tak jak dwa lata temu, gdy po zejściu z Krzyżnego w Dolinie Pięciu Stawów dopadła nas burza i konieczna była szybka ucieczka w dół. Pioruny i błyskawice uderzały wokół, szlakiem płynął potok, a ja bez wahania stawiałam kolejne kroki, wyprzedzając innych turystów. Mimo ulewnego deszczu ani na chwilę nie straciłam przyczepności. Choć przemokły na wylot – a woda wlewała się do nich górą – to jednak bezpiecznie dotarłam w nich na dół.

Nasza najdłuższa przygoda to dwa tygodnie na Korsyce w 2011 roku. Przez 13 dni buty ściągałam tylko do spania i idąc pod prysznic. To był prawdziwy test dla nich i dla moich stóp. Zdany pomyślnie. Wspólnie przeszliśmy wówczas najdłuższy długodystansowy szlak w Europie czyli GR 20 z północy Korsyki na południe. Dopiero w Polsce, po powrocie z GR 20 z przerażeniem zobaczyłam, że podeszwy moich butów pękły na pół na śródstopiu. Skóra wciąż była w bardzo dobrym stanie, a podeszwy zużyły się do tego stopnia, że dalsza wędrówka nie była już możliwa.

Dziś już nie pamiętam jakim zrządzeniem losu przez Klub Wysokogórski w Katowicach, moje buty pojechały do Warszawy, a tam dostały drugie życie. Dosłownie! Wymiana podeszwy Vibram kosztowała 200 złotych, ale dzięki temu buty służyły mi przez kolejne lata. Dziś już membrana goretex nie spełnia swojej roli – wielokrotnie po ulewie słyszałam charakterystyczny chlupot wody w butach, a skóra jest już mocno popękana. Ale jeszcze tej zimy wykorzystywałam je wielokrotnie. Przy kilkustopniowym mrozie i w śniegu, w zaspach po kolana sprawdziły się znakomicie. Więc może jeszcze jeden sezon?!
Korsyka 2011
Najłatwiej byłoby kupić ten sam model, ale po pierwsze nie pamiętam jego nazwy, a po drugie – w żadnym z turystycznych sklepów nie rozpoznałam moich butów na zdjęciach. Wszystko wskazuje więc na to, że na rynku muszę już raczej szukać ich następców. I oby były równie udane!
Na razie czeka mnie zakup modelu wiosenno-jesiennego, takiego który sprawdzi się na szlakach Alp Bergamskich, a później w Tatrach. Przede mną jeszcze poszukiwania letnich butów bo Stratosy nie mają już właściwie podeszwy – swoją drogą ciekawe ile km przeszły. Mają na swoim koncie nie tylko letnie wędrówki po Beskidach, Tatrach czy Bieszczadach. Zabrałam je także na Roztocze i na Polesie – latem i ostatniej, błotnistej zimy.

Czemu właściwie jestem wierna jednej marce, choć na rynku nie brakuje firm produkujących buty trekingowe? Być może właśnie z sentymentu do tych pierwszych butów. A być może dlatego, że choć 11 lat temu to był dla mnie spory wydatek, zwrócił mi się wiele razy. I nawet wolałam dołożyć 200 zł i wymienić podeszwy, niż kupować nowe buty.