Tatry to najpiękniejsze góry. Tak myślałam od swoich pierwszych wycieczek i podobnie myśli zapewne przynajmniej część z prawie 4 milionów turystów, którzy w 2018 roku weszli na tatrzańskie szlaki. W tej liczbie byłam i ja i Piotr, i to kilka razy. Ponad dwadzieścia lat temu, gdy zaczynała się moja przygoda z górami, właśnie w Tatrach stawiałam pierwsze kroki. Najpierw w dolinach, a później na kolejnych szczytach. Do dziś jedną z najpiękniejszych gór jest dla mnie Kościelec i z przyjemnością wróciłabym na Orlą Perć. Byle tylko Tatr nie kochało tak wiele osób. Dziś jest tam dla mnie zbyt tłoczno i jeśli namawiam lub daję się namówić na wyjazd w te piękne góry to albo pogoda jest zdecydowanie dla najwytrwalszych (tzw. pogoda dla koneserów), albo wyganiam na szlak już o 5 rano, albo zdecydowanie wybieram słowacką część, gdzie jest więcej miejsca i mniej turystów.

Moje pierwsze kroki w Tatrach

Miałam do Tatr dużo szczęścia. Przez kilka lat poznawałam kolejne szlaki najpierw po polskiej, a później po słowackiej stronie. Zdobywałam wysokość i umiejętności. Choć wtedy naiwnie myślałam, że niższa Przełęcz pod Chłopkiem będzie łatwiejsza niż wejście na Rysy. Ot, błędy młodości, braku doświadczenia i dobrego nauczyciela. Miałam to szczęście, że zanim w Tatry dotarły tłumy, ja przedeptałam wszystkie szlaki po obu stronach granicy. Później weszłam na Gerlach z przewodnikiem, a dzięki członkostwu w Klubie Wysokogórskich zeszłam z wyznaczonych szlaków. Po kilku latach i wielu wyjazdach w Tatry zapragnęłam jednak czegoś więcej. I wielu miłośników Tatr będzie szukało w Europie i świecie podobnego klimatu, podobnych widoków, podobnych wrażeń. Oczywiście, można powiedzieć, że Tatry są jedyne i niepowtarzalne, ale poczytajcie dalej, a przekonacie się, że uciekając przed tłumami można nacieszyć oczy równie pięknymi widokami.

Jeśli nie Tatry, to co…

Alpy Julijskie

To była wielka miłość od pierwszego spojrzenia na zdjęcie. Czasy, gdy Internet nie był w każdym telefonie, a ja regularnie czytałam miesięcznik Podróże. Na okładce jednego z numerów zobaczyłam góry – Alpy Julijskie – w kraju, o którym nic wówczas nie wiedziałam. Maleńka Słowenia, która odłączyła się od Jugosławii w czerwcu 1991 roku. Zielona, górzysta i bardzo różnorodna. Można tam biegać, wędrować, wspinać się, pływać, opalać się, uprawiać rafting oraz canyoning. Podstawą gospodarki Słowenii jest przemysł i właśnie turystyka.

Najwyższy szczyt Słowenii – Triglav

Do tego kraju przyciągnął mnie Triglav. Po zdobyciu Gerlacha to miał być mój kolejny cel. Zgodnie z tradycją na ten liczący 2864 m szczyt powinien przynajmniej raz w życiu wejść każdy Słoweniec. Dróg na szczyt jest kilka, o różnym stopniu trudności, w tym także via ferraty. Najsłynniejsza jest północna ściana tej góry – kilometr w pionie i trzy kilometry szerokości.

Moje wejście na szczyt przypadło na pewien letni dzień. Niestety nie miałam szczęścia do pogody i nie dane mi było podziwiać widoków ze szczytu. Na najwyższym szczycie Słowenii spotkałam jednak grupę słoweńskich turystów, którzy w rytm muzyki świętowali swoje wejście na szczyt. Muzyka była na żywo, a oni tańczyli w najlepsze!

Alpy Julijskie dają wiele możliwości. Ja byłam tam dwukrotnie, w dwóch różnych miejscach, na prawie dwa tygodnie i wciąż jeszcze mogłabym poznawać nowe szlaki. Można na przykład zatrzymać się nad Jeziorem Bohinij i zdobywać kolejne szczyty, poznawać szlaki i ich historię. Część z nich powstała w czasie I wojny światowej i służyła żołnierzom, a dziś wciąż są w świetnym stanie i służą turystom. Tak jest na pograniczu włosko-słoweńskim, ale także w pobliżu jeziora Bohinij. Można pojechać z drugiej strony, bardzo krętą drogą na przełęcz Vršič, a później w dół do Boveca i podziwiać niezwykły, szmaragdowy kolor Soczy.

Do pewnego stopnia Alpy Julijskie będą przypominać Tatry, powyżej 2000 metrów zaskoczą jednak widoki wapiennych szczytów, które skojarzą się od razu z Dolomitami. Kilometry szlaków i fantastyczne widoki to kusząca oferta. Planując wyjazd do Słowenii warto jednak pamiętać, że przyjdzie nam pokonać znacznie większe przewyższenia, a wycieczki trzeba rozpoczynać wcześnie rano licząc się z 10-12 godzinami wędrówki. Alpy Julijskie to także świetne miejsce, by nabrać doświadczenia i oswoić się z via ferratami.

GR 20 na Korsyce

Za tą tajemniczą nazwą kryje się zaproszenie do Wielkiej Wędrówki. GR 20 ma opinię najtrudniejszego długodystansowego szlaku w Europie, dzięki któremu można przejść wyspę z północy na południe albo w przeciwnym kierunku. 200 km wędrówki i 20 tys. metrów przewyższenia. Całość można pokonać zgodnie z przewodnikiem w 14-16 dni, ale łącząc niektóre etapy – nawet szybciej. Najwyższym szczytem Korsyki jest Monte Cinto o wysokości 2710 m. GR20 omija jednak ten szczyt i chcą go zdobyć trzeba zaplanować dodatkowy dzień. O swojej wędrówce pisałam już kilka lat wcześniej i możecie o niej poczytać TUTAJ

Każdy odcinek jest także szczegółowo opisany w przewodniku wydanym przez Sklep Podróżnika. Co prawda w międzyczasie na dwóch etapach trasę zmieniono, zmuszając turystów do zejścia do niżej położonych miejscowości, ale przynajmniej w 2011 roku można było trzymać się starych, zamalowanych znaków.

Wielka Wędrówka łudząco przypomina Tatry

Na Korsyce znajdziecie malowniczo położone jeziora, górskie potoki, eksponowane zejścia i wejścia. Ale ja w pamięci mam do dziś jeden z dni wędrówki, gdy siedząc na pewnej przełęczy miałam przed sobą widok niczym w Tatrach. Do złudzenia wręcz przypominał mi panoramę z Rysów. Stromo w dół, w dole dwa jeziora – jedno wyżej, drugie niżej, a przy jednym z nich chatka. Wyrwana z głębokiego snu poznałabym Czarny Staw, Morskie Oko i schronisko położone na brzegu. Tylko ludzi wokół nie było. I choć przez Korsykę szłam w samym środku lata to tłumów nie spotkałam. Owszem, rano wyruszała grupa i wieczorem ta sama grupa spotykała się na końcu kolejnego etapu. Ale przez cały dzień szliśmy właściwie w swoim niewielkim towarzystwie. Planując Wielką Wędrówkę trzeba się nastawić na wędrówkę ze sporym plecakiem. Śpiwór, mata, namiot i cały dobytek. Do tego jedzenie, woda i ubrania i szybko robi się 15-17 kilogramów.

Alpy Bergamskie

Włochy to moja wielka miłość. Zaczęła się kilkanaście lat temu i trwa do dziś. I albo właśnie stamtąd wróciłam, albo zaraz pojadę, albo znowu poluję na tanie bilety. I od lat wybieram jedno lotnisko skąd łatwo się dostać nad Jezioro Como. To tam znajduje się jeden z najpiękniejszych moim zdaniem szczytów, czyli Resegone. Ale nie tylko on. Wokół Jeziora nie brakuje wspaniałych szczytów – Grigna, Grignetta, Monte Legnone, Monte Sodadura… Dziś mam już dwie mapy tych terenów, a trzecią właśnie zamówiłam. Patrząc na siatkę szlaków spokojnie mogę kupować bilety lotnicze i przyjeżdżać w nowe miejsce i nie będę się nudzić.

Alpy Bergamskie to pasmo górskie położone między Jeziorem Como, a doliną rzeki Oglio. Znajdziecie tu przyjemne ścieżki, wymagające szlaki, ekscytujące via ferraty, rzeki, wodospady i ukryte w lesie kamienne chaty. Możliwości do wędrowania jest tu wiele. W świetną i bezpłatną mapę zaopatrzcie się koniecznie w informacji turystycznej w Lecco. Tam też dostaniecie książeczki z oznaczonymi trasami na najpopularniejsze szczyty. Na samo tylko Resegone położone tuż nad miastem można wejść kilka razy i za każdym razem inną drogą. O Resegone więcej pisałam TUTAJ, a jeszcze więcej o górskich wędrówkach nad jeziorem Como znajdziecie TUTAJ. A nagrodą za trudy wycieczek będzie znakomita włoska kuchnia. To chyba wystarczający powód, by wrócić do Włoch, tym razem nad Jezioro Garda.

Góry wokół Jeziora Garda

Jezioro Garda to włoska perełka. Nie zliczę zapytań na włoskich grupach na Facebooku właśnie o tę część. Wówczas w odpowiedzi pada długa lista miasteczek, które koniecznie trzeba zobaczyć. Ja w sumie byłam zaledwie w dwóch, w trzech jeśli doliczyć Arco położone 3 kilometry od jeziora Garda. A i tak zatrzymałam się po północnej stronie Gardy, czyli bliżej gór.

O pierwszym szczycie godnym polecenia dowiedzieliśmy się już podczas podróży włoskim blablacar. Monte Stivo. I to właśnie tam ruszamy następnego dnia po półmaratonie nad Jeziorem Garda. Właściwie nie wiemy czego się spodziewać. A to najpierw szukamy szlaku, a to podchodzimy wąską ścieżką, przecinamy asfaltową, wąską drogę. Wszystko we mgle, a może raczej w chmurach. Nie spodziewamy się widoków, ale ja jednak mam cichą nadzieję, że wyjdziemy powyżej tych chmur. I mam co chciałam. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i mogę podziwiać przyprószone śniegiem Dolomity. Co prawda na szczycie mocno wieje, a położone tuż pod szczytem schronisko jest zamknięte, ale i tak jestem uszczęśliwiona.

Piękne góry, widoki aż po horyzont, solidne przewyższenie (z Arco to prawie 2000 m w górę), a do tego cisza i spokój i zaledwie kilka osób spotkanych na szlaku. Kolejne dni to coraz lepsza pogoda (momentami żałowałam, że w listopadzie nie zabrałam krótkich spodenek) i coraz to nowe szczyty do zdobycia. Tylko w północnej części jeziora można wędrować pasmem Monte Baldo, albo wejść na znajdujący się po przeciwnej stronie Cima Sat. Obie drogi obfitują w pamiętające czasy I wojny światowej okopy, umocnienia, punkty strzelnicze. Bliżej Arco do dobycia jest między innymi Monte Biaina, po drodze odwiedzając San Giovani al Monte.

Wysokie Taury

Od tego pasma gór zaczęła się moja przygoda z nieco wyższymi górami. Dziś, po latach, mogę uczciwie przyznać, że nie było to najmądrzejsze. Choć wiele się wówczas nauczyłam, a polegać mogłam tylko na sobie. W 2007 roku swoje 30. urodziny postanowiłam uczcić wchodząc na pierwszy szczyt z 3 z przodu. Na szczęście miałam dość rozsądku i nie uparłam się, by na szczycie stanąć dokładnie w dniu urodzin. Samotne wyjście w góry w grudniu to byłby mój szczyt głupoty. A i w sierpniu góra pokazała mi, że pogoda może się zmienić w ciągu kilku minut, a ja będę miała kłopot ze znalezieniem drogi w dół. Wszystko dobrze się skończyło, a o moim wejściu na Grossvenediger (3666 m), bo o nim mowa, przeczytacie w moim archiwum.

Trzytysięcznik zdobyłam, a kilka lat później z doświadczoną ekipą wróciłam i wówczas weszłam na najwyższy szczyt Wysokich Taurów – Grossglockner i to w dodatku granią Studle. Zresztą, wspomnienia z tamtego wejścia, nigdy nigdzie nie opublikowane, czekają na korektę, edycję i też wreszcie ujrzą światło dzienne na tym blogu. Oba szczyty trudno od razu porównywać do Tatr, różnica wysokości i trudności jest już spora. Do tego dochodzą lodowce i szczeliny i umiejętność poruszania się w takim terenie, elementy wspinaczki, asekuracja i umiejętność współpracy w grupie. Tam warto pojechać z doświadczonymi towarzyszami, a nie pchać się samotnie na trzytysięcznik. Zresztą, podczas mojego urodzinowego wyjazdu, śniegu było tyle, że nie miałam możliwości zejść szlakiem na drugą stronę góry, musiałam wracać po swoich śladach. Ale w Wysokich Taurach można wędrować niżej i cieszyć się pięknymi górami. Ja zresztą wciąż mam nadzieję tam wrócić.

Jeśli nie Tatry, to co… To całkiem sporo. Bo przecież jest jeszcze Czarnohora na Ukrainie, góry w Rumunii i Bułgarii. Pireneje w Andorze i we Francji. Na Słowacji uwielbiam Wielką i Małą Fatrę. A to z pewnością nie koniec możliwości. Podpowiedzcie w komentarzach co jeszcze, bo plany wakacyjne właśnie powstają, a kierunków do wyboru jest kilka.