Osiem lat temu, dokładnie 22 sierpnia 2011 roku zrobiłam dwa najważniejsze kroki – lewa, prawa albo prawa, lewa, a później powtórzyłam to kilkaset razy. 22 sierpnia 2011 roku po raz pierwszy ubrałam buty, jeszcze nie takie profesjonalne, biegowe i jeszcze mniej profesjonalny strój i wyszłam pobiegać. Choć może raczej potruchtać. Właśnie w sierpniu przypada rocznica kiedy rozpoczęło się moje bieganie, bo biegaczką stałam się znacznie później. Gdy dziś myślę o moim bieganiu to najczęściej pada słowo ZMIANY.

Rocznica to świetna okazja do podsumowań i odpowiedzi na pytanie: co daje mi bieganie? Ile zmieniło się w moim życiu dzięki, z powodu i przez bieganie.

Dziewczyna z medalem maratonu w Walencji na tle morza

Jeden z moich najcenniejszych medali – Maraton w Walencji, listopad 2017 r.

Moje bieganie – dziś rocznica, a jakie były początki…

Tak, wiem, miałam szczęście, że moja przygoda z bieganiem zaczęła się właśnie w ten sposób. Nie miałam czasu się zniechęcić i szybko zobaczyłam efekty. To nie jest jednak efekt jakiś szczególnych predyspozycji czy talentu – po prostu tydzień wcześniej wróciłam z Korsyki, gdzie przeszłam GR 20 i poprawiłam swoją kondycję. Po tamtym wysiłku było mi łatwiej. Więc ruszyłam – prawa, lewa, prawa, lewa… Pierwszy trening trwał niespełna godzinę, a ja pokonałam około 7-8 km. Od pierwszego wyjścia na bieganie mija właśnie ósma rocznica.

Co bieganie zmieniło w moim życiu

Z perspektywy tych ośmiu lat mogę powiedzieć, że bieganie mnie zmieniło. Zmieniło mnie zewnętrznie. Zmieniło moje myślenie o tym co mogę osiągnąć i do czego jestem zdolna. Uświadomiło mi ile mam siły, jak bardzo jestem uparta i konsekwentna. Zmieniło mój sposób organizacji życia i czasu. Zresztą nie tylko ja tak myślę. Jedna z moich biegających koleżanek dostała nową, atrakcyjną pracę, bo jej szef uznał, że skoro przygotowała się i przebiegła maraton to poradzi sobie z nowymi wyzwaniami. I miał rację! Bieganie i maratony to ważna pozycja w moich CV.

Jak ja się zmieniłam dzięki bieganiu

Przede wszystkim zmieniłam się zewnętrznie. To było najłatwiej zauważyć. W sumie, dzięki bieganiu schudłam 10 kilogramów. Osiągnąć taki rezultat dzięki diecie i wyrzeczeniom byłoby mi trudno. A tak – waga spadała, ja coraz bardziej lubiłam siebie i miałam coraz więcej radości z biegania. Zmieniłam rozmiar ubrań na mniejszy i nie miałam już wyrzutów sumienia na widok deseru. Żadnego tycia na zimę, żadnych noworocznych postanowień, żadnej wiosennej diety, by zmieścić się w stój kąpielowy. Jasne, pewnie mogłabym się jeszcze zmniejszyć, może jeszcze dwa kilogramy zrzucić. Ale… najważniejsze, że zaakceptowałam to ciało, które niesie mnie przez kolejne kilometry. I nawet jeśli w sklepie rezygnuję z zakupu spodni, bo nie mieści się moja łydka, to w kolejnym kupuję spódnicę czy sukienkę w rozmiarze 36.

Dziewczyna na szlaku GR20 na Korsyce

Dziesięć kilogramów więcej mnie – kilka tygodni później zaczęłam biegać

Jak zmieniało się moje podejście do biegania

Osiem lat temu wstydziłam się swojego biegania. Miałam wrażenie, że nikt tego nie robi, nikt nie sapie i nie poci się w miejscach publicznych. Żadnych biegaczy wtedy nie spotykałam. O masowych biegach w ogóle nie słyszałam! Spotykałam się za to mało przyjemnymi komentarzami – te same ruchy tylko dwa razy szybciej! Wstydziłam się biegania do tego stopnia, że pierwsze kilkaset metrów maszerowałam i gdy tylko opuściłam teren, gdzie ktoś mógłby mnie rozpoznać zaczynałam truchtać. Dzisiaj zaczynam przed blokiem i często wbiegam do klatki schodowej. Sąsiadom oszczędzam jednak mojego towarzystwa w windzie po bieganiu, zresztą od dawna korzystam głównie ze schodów. Zresztą to właśnie sąsiedzi pytają mnie czasem o plany biegowe, biegi i rzucą coś miłego na temat mojej kondycji. Dzisiaj jestem dumna z tego, że biegam.

Dwa dni temu dziewczynka, którą minęłam podczas biegania, powiedziała do swojego kolegi (oboje przemieszczali się na rowerach) – zobacz jak ona szybko biegnie! Ależ podniosła moje morale. Ona czyli ja poczułam się też dużo młodsza – pamiętam, że w jej wieku o czterdziestolatkach myślałam, że to starcy. Dziś mam, także dzięki bieganiu, inną perspektywę. Nie zamieniłabym tej czterdziestolatki, na dwudziestolatkę, którą byłam i która nie była w stanie przebiec kilkuset metrów.

Jak zmieniało się moje bieganie zanim nadeszła ósma rocznica

Najpierw była faza zachłyśnięcia. Skoro okazało się, że mogę przez godzinę truchtać to zaczęłam to robić codziennie. W dodatku byłam wówczas bezrobotna, więc czasu miałam pod dostatkiem, a endorfiny były mi bardzo potrzebne. Po takim miesiącu zafundowałam sobie zapalenie ścięgna i jedyną jak do tej pory kontuzję. Miałam usiąść na tyłku na tydzień, ale leki okazały się skuteczne i po trzech dniach przerwy nic nie było mnie w stanie zatrzymać. Połknęłam bakcyla. I dziś, gdy czasem mi się nie chce, powinnam sobie przypominać tę radość i entuzjazm z początków biegania.

Im dłużej biegałam, im bardziej widziałam, że mogę więcej, tym śmielej myślałam o wyzwaniach. Pierwszym był Półmaraton Marzanny w marcu 2013 r. Po cichu przygotowywałam się do niego podczas zimowych wybiegań. Ależ była z siebie dumna, gdy w starych bawełnianych spodniach i w ortalionowej kurteczce dotarłam do mety po 2 godzinach i niespełna 25 minutach.

A potem już poszło, półmaraton w Rybniku, w Koszycach, w Toruniu… Kilka biegów na dziesięć kilometrów i tuż przed Sylwestrem 2013 roku miałam w kieszeni pakiet startowy na pierwszy maraton. To był piękny dzień – 13 kwietnia 2014 roku, gdy po 4 godzinach i 30 minutach biegu przekroczyłam metę. Popłakałam się z radości i wzruszenia i do dziś jak myślę o tym dniu to czuję dumę i wzruszenie. Uczucie nie do powtórzenia! Żaden z sześciu kolejnych maratonów nie był już tak emocjonujący. Jasne, bywałam dumna, gdy wybiegałam kolejną życiówkę. Ale tylko dumna.

Dziewczyna wbiega na metę maratonu - Maraton w Łodzi

Już prawie meta mojego pierwszego maratonu – Łódź 2014 rok

Bieganie i pogoń za życiówką

Ta życiówka to magiczne słowo dla każdego biegacza. Albo inaczej PB. Wywalczone, wypocone, wymęczone kilka minut albo choćby kilkanaście sekund mniej na określonym dystansie. Nadszedł czas, gdy ta pogoń za kolejną życiówką przesłoniła mi radość z biegania. A przecież jestem tylko zwykłym „truchtaczem”! Dwa razy w roku maraton, kilka półmaratonów i kolejne starty na dychę. Zawody i zawody, kolejne medale, które leżą dziś schowane w pudle, z wyjątkiem kilku, które mają dla mnie wielką wartość. Gnałam po te życiówki, aż prawie odechciało mi się biegania. W końcu powiedziałam STOP. I ostatnie prawie trzy lata to już bieganie dla przyjemności – z przerwą na zawody: maraton w Walencji, gdzie w listopadzie 2017 roku wybiegałam 4:05:44 i na Półmaraton nad Gardą, gdzie dotarłam do mety po 1 godzinie 57 minutach i 12 sekundach.

Gdzie ta moc? Co dalej z moim bieganiem?

Po drodze miałam też momenty załamania. Głowa chciała, a nogi nie. Nie było żadnego logicznego uzasadnienia – nogi po prostu nie zamierzały biec szybciej. Jak nie moje. Ciężkie, zmęczone, czasem obolałe. Każdy kolejny kilometr to była walka, by nie skręcić i nie zawrócić do domu. Ciężkie to były czasy. Może trzeba było odpuścić, zawrócić i usiąść na kanapie. A ja zamiast usiąść znowu z niej wstaję – czas na kolejne, ostatnie już wyzwanie. Jeszcze raz zmierzę się z maratonem. Pretekstem była chęć powrotu do Portugalii. Więc wracam – 3 listopada, godzina 9:00, Porto.

Strój biegowy – tu też zaszły zmiany

Zaczynałam 8 lat temu. Z szafy wyjęłam wówczas białe adidaski pamiętające czasy ogólniaka. Jakieś stare getry ¾ i bawełnianą koszulkę. Ależ musiałam zabawnie wyglądać. Wyobraźcie sobie… O półmaratonie w bawełnianych spodniach już pisałam. Ale wtedy miałam już prawdziwe, najprawdziwsze buty biegowe. Kupione po prawie pół roku biegania w białych adidaskach. Jak się rozpadły to pomaszerowałam do profesjonalnego sklepu i przeżyłam swoje pierwsze zderzenie z biegową rzeczywistością. Wybrane buty kosztowały 400 zł, a ja nie byłam na to przygotowana, ani mentalnie ani finansowo. Na szczęście znalazłam super promocję na ten model i stałam się rasową biegaczką 😉 Powoli zmieniały się kolejne rzeczy w mojej szafie – przybywało koszulek technicznych, spodenek i szortów. Pojawiły się nawet biustonosze biegowe. A w końcu spódniczki. Sportowe ciuchy wdarły się do mojej szafy i wypchnęły stamtąd strój cywilny. Dziś już bywa tak, że moje ulubione koszulki to także mój codzienny strój. W końcu – szata zdobi biegacza…

Czas na tort urodzinowy

Osiem lat biegania to dużo, tym bardziej dla kogoś kto przez pierwszą część swojego życia nienawidził biegania. Ta pierwsza część trwała prawie 34 lata. Od 22 sierpnia 2011 roku trwa druga część mojego życia. Dzisiaj mogą zdmuchnąć osiem świeczek na torcie biegaczki. Zdmuchując świeczki, życzę sobie, żeby to bieganie zostało w moim życiu na zawsze. Żeby wystarczyło mi sił, kondycji i zdrowia. A teraz czas na bieganie – rocznica zobowiązuje!