4 września w samo południe znowu ruszą zapisy na Maraton w Paryżu. 15 tysięcy biegaczy już wie, że pobiegnie, kolejny mają jeszcze szansę zapisać się na ten wyjątkowy bieg. Schneider Electric Marathon de Paris wystartuje już po raz 44. Data: 5 kwietnia 2020 r. I gdy trwa promocja tego wydarzenia w mediach społecznościowych, po raz kolejny uświadamiam sobie, że nawet jako marketingowiec nie jestem odporna na przekaz organizatorów. Maraton w Paryżu! To był mimo wszystko piękny bieg! Jeśli więc marzą Wam się biegowe emocje w najpiękniejszym z miast Europy to bądźcie czujni i miejcie na koncie 110 euro na pakiet startowy. Trasa ta sama, którą pokonałam w 2015 r. Z przyjemnością przypominam więc sobie tamte emocje! Maraton w Paryżu to wyjątkowy bieg.

Uważaj o czym marzysz… Szczególnie, gdy marzysz o biegu w Paryżu!

Gdyby rok wcześniej, tuż po moim debiucie w maratonie DOZ w Łodzi, ktoś powiedział mi, że w kwietniu 2015 r. pobiegnę po raz trzeci 42 km i to w mieście nad Sekwaną, to zwyczajnie zaczęłabym się śmiać. Myślałam wtedy, że to przecież nierealne i dla żartu, a może kusząc los, zapisałam się na losowanie. W jakim byłam szoku końcem kwietnia, gdy w mojej skrzynce mailowej wylądowała wiadomość zatytułowana „L’inscription c’est maintenant!”. Omal jej nie skasowałam myśląc, że to spam. Tyle, że to nie był spam, a zaproszenie do opłacenia wpisowego i do udziału w Schneider Electric Marathon de Paris. I tak oto rok później 10 kwietnia 2015 r. odebrałam pakiet startowy, a dwa dni później stanęłam na starcie. Zapowiadał się piękny, słoneczny i ciepły dzień… za ciepły.

Początek kwietnia w Paryżu to już prawdziwa wiosna!

W Polsce jeszcze na początku tygodnia biegałam w zimowych ciuchach, a w Paryżu miałam na sobie krótkie spodenki i najcieńszą koszulkę. To był mój trzeci maraton, ale pierwszy który przebiegłam sama i bez znieczulenia. Sama – bo obawiając się wzrostu temperatury nie czekałam na start pacemakerów na 4:15:00, bez znieczulenia – bo pierwszy raz pobiegłam bez muzyki w uszach, która odwraca uwagę od własnych myśli. Sama musiałam pilnować tempa – a mam tendencję do wyrywania na początku. Tylko ja mogłam powiedzieć sobie – zwolnij. Brak ulubionych piosenek też był dla mnie zupełną nowością. O ile przez połowę dystansu podziwiałam Paryż, cieszyłam się kibicami i słuchałam muzyki na różnych punktach, o tyle gdzieś w okolicach 30. km musiałam zacząć sobie radzić ze swoim prywatnym Gremlinem. A ten był wyjątkowo złośliwy tego dnia.

Biegaczka je rogaliki po biegu śniadaniowym w Paryżu

Biegam, żeby jeść więcej ciastek… znaczy rogalików!

Maraton w Paryżu to świetna okazja, by zwiedzić miasto w biegu

Dziewczyna na tle Wieży Eiffla

Piotr miał taki transparent na trasie Schneider Electric Marathon de Paris

Jako biegacz lubiący niskie temperatury już od początku biegłam z własną wodą. Co kilometr to łyk, a nawet dwa małe. W ten sposób na pierwszym punkcie odżywczym ominęła mnie walka przy stołach, a ja widząc znaki przygotowane przez organizatorów ustawiłam się po przeciwnej stronie wodopoju. I pobiegłam dalej. Luwr, Bastylia i piękny Lasek Vincennes. Maraton to cudowny sposób na zwiedzanie Paryża. Tu strażacy nad drogą, tam bębniarze, a za rogiem orkiestra dęta. Na 9. km dostałam jeszcze motywacyjnego klapsa od najlepszego kibica Piotra (który tego dnia przejechał trasę biegu metrem, towarzyszył mi w 5 punktach, a ja biegłam od spotkania z nim do spotkania) i nagle zapadła cisza. Wybiegliśmy z miasta i zamiast kibiców usłyszałam miarowe szur szur szur i sapanie. Jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że po kilkunastu kilometrach biegu w słońcu, miałam już piękną paryską opaleniznę.

Allez Joanna! Allez!

Na 10. km wymieniłam butelkę z wodą na nową, pięć km później złapałam garść rodzynek i zadowolona dobiegłam do półmetka. Tu jeszcze marzyłam o spektakularnej życiówce, biegłam praktycznie zgodnie z planem i czułam się dobrze. Złapałam oddech na delikatnym zbiegu i wraz z kolorowym tłumem pobiegłam wzdłuż Sekwany. O tych głębszych oddechach zgodnie z zaleceniem trenera, przypominał mi każdy turysta wykrzykujący moje imię. Allez Joanna! Allez!

Tutaj udało mi się wypatrzyć w tłumie troje Polaków – najpierw dzięki charakterystycznej biało-czerwonej koszulce, a kolejne osoby dzięki strojom z polskimi logotypami. Ostatni z zaczepionych nawet podniósł moje morale, mówiąc, że nie da rady biec ze mną, bo za szybko. Jeszcze przed 30. km mijałam sporo biegaczy, którzy już przeszli do marszu i choć sama wypatrywałam znaków zwiastujących kolejny kilometr, czy kolejną milę i zajmowałam mózg żmudnymi obliczeniami, jeszcze wydawało mi się, że upragniona życiówka poniżej 4:15:00 jest w moim zasięgu.

Owiany złą sławą 32. kilometr maratonu

Kolejne spotkanie z Piotrem wyznaczone jest za 32. km. Postanawiam więc biec od spotkania do spotkania. Ale zwalniam, może nieznacznie, jednak suma wielu sekund przełoży się w końcu na walkę na ostatnich dwóch kilometrach o poprawę PB (tzw. życiówki). Od 35. km mam wrażenie, że boli mnie już każdy fragment ciała. Najpierw zaczynam czuć mięśnie ud – bolą i to solidnie, a za chwilę w Parku Bolońskim moje stopy natrafiają na kocie łby. Też boli! I jaką wielką pokusą są ci wszyscy biegacze, którzy zwyczajnie idą do mety. Może by tak do nich dołączyć? Po co tak biegniesz? Przejdziesz sobie 7 km i też dostaniesz medal… To mój Gremlin dochodzi do głosu.

Biegacze podczas Schneider Electric Marathon de Paris

Biegniemy!

Koniec zwiedzania Paryża – czas na maraton i prawdziwy bieg

Już nie podziwiam Paryża, nie rozglądam się wokół… Walczę! Zamiast słuchać podszeptów o marszu wyprzedzam kolejnych biegaczy, oni idą – ja wciąż biegnę. Nawet jeśli od czasu do czasu wyję pod nosem z bólu to jednak biegnę. 36. km i wycie. 37 i znowu wycie. Nie jestem mięczakiem, rzadko przyznam się, że boli, ale wtedy było mi wszystko jedno. Biegnę i jęczę. Gdzie ten kolejny kilometr… Cztery kilometry do mety, to przecież nie jest nawet moja trasa do Dębowca i z powrotem, a tu dłuży się niemiłosiernie! Gdzie ten Łuk Triumfalny (co za ironia z tą nazwą!) Wreszcie jest 40. km. Żeby sprawdzić czas zerkam na Endomondo i szybkie obliczenia wskazują, że czas przyspieszyć, bo życiówka umknie mi sprzed nosa.

Ostatnie metry Schneider Electric Marathon de Paris

Jęczę pod nosem i przyspieszam. Wiecie jak to jest nie znać francuskiego, a jednak świetnie zrozumieć organizatora, który krzyczy – jeszcze tylko 400 metrów?! No to szybko, 400 metrów i będzie po bólu. Wreszcie zza zakrętu wyłania się zielona brama mety. Tuż przed nią wyprzedzany właśnie biegacz postanawia przybić piątkę kibicowi i myślę, że zrozumiał mój polski komentarz! Nareszcie mogę iść. Po co mi to było! Nogi sztywne, wszystko boli, życiówka jest ale nie taka jak miała być… No dobra, mam fajną koszulkę finishera, poszpanuję nią w Bielsku-Białej. Tak, tak to wszystko mam w głowie. Żadnej euforii znanej mi z Łodzi, żadnych endorfin i znieczulenia.

Meta, jak meta…

I nagle jeden z wolontariuszy wyciąga do mnie rękę z medalem, a ja znowu mam łzy na policzkach. To po to! Po ten piękny złoty krążek, który nie jest już za szybką, ale na mojej szyi, to za te wszystkie wybiegane kilometry na treningach, za pokonane lenistwo, za przebiegnięty każdy metr tego maratonu, za walkę ze słońcem, zmęczeniem i chęcią poddania się. A że mam niedosyt… i jestem ambitna… już wieczorem przy winie szukałam maratonu na październik. Katowice, Poznań czy może jednak Budapeszt?

Maraton w Paryżu nauczył mnie kilku rzeczy – jestem twarda sztuka. Mogę pobiec taki dystans sama, przez ponad 4 godziny ze swoimi myślami. Wiem, że chcę biegać szybciej – tylko trochę za późno zaczęłam. I może nie ma się co spinać na spektakularne efekty… w końcu rekordu świata nie pobiję, a własne dają mi wystarczająco dużo satysfakcji. I wciąż lubię biegać, nie zarzekam się, że nigdy więcej…

Aha, ale do paryskiego metra to jednak powinno być więcej wind i schodów ruchomych! Schodzenie po schodach, nawet z medalem na szyi, to kolejna okazja by pojęczeć z bólu.

A po numer startowy klikajcie TUTAJ