Resegone to najsłynniejsza góra w okolicy Lecco – króluje nad miastem i wznosi się ponad jezioro Como. To góra, która ze względu na swój charakterystyczny kształt jest wyraźnie widoczna i łatwo rozpoznawalna nawet z dużej odległości. To góra o trzynastu wierzchołkach – ze swoim najwyższym szczytem zwanym Cermenati o wysokości 1875 m n.p.m. Moim zdaniem jest po prostu piękna, a przy tym daje możliwość zorganizowania niejednej ciekawej wycieczki.

Resegone – góra o 13 wierzchołkach

Przy dobrej widoczności i przejrzystości powietrza, w słoneczny dzień można ją podziwiać nawet z okolic Mediolanu. Dla mieszkańców tego miasta to zresztą naturalny cel weekendowych wycieczek. Niespełna godzina jazdy pociągiem i są nad pięknym jeziorem Como. Resegone widziałam w tym roku z Castello di San Vigilio w Bergamo. Charakterystyczny kształt wypatrzyliśmy także z Monte Venturosa podczas lipcowych wakacji. Można by pomyśleć, że mój górski świat kręci się wokół Resegone.

Resegone

Resegone, czyli piła

Charakterystyczny kształt Resegone

Resegone ma kształt piły, na co wskazuje nazwa góry. Sega, a w dialekcie używanym w okolicach Lecco resega znaczy właśnie piła. Masyw Resegone to trzynaście zębów – patrząc z północy na południe – Pizzo di Morterone (1751), Pan di Zucchero (1758), Cima Pozzi, Dente (1810), Punta Manzoni (1801), Punta Stoppani (1849), Punta Cermenati (1875), Torre di Valnegra (1852), Pizzo Daina (1864), Pizzo di Brumano (1756), Solitari (1626), Cima di Piazzo (1640), Cima Redunda – Cima Quarenghi (1636).

Jedna góra Resegone, a tyle możliwości

Miłośnicy pieszych wędrówek mogą planować wejście na szczyt z jednej z trzech miejscowości – z Lecco, Morterone i Erve. Wszystkie trzy warianty są równie piękne i wszystkie oferują szeroką gamę unikalnych tras. Na tej jednej górze każdy znajdzie coś dla siebie, a na dodatek można na nią wracać kilka razy. Mamy tu do dyspozycji łatwe szlaki dla początkujących turystów, trudniejsze ścieżki przypominające naszą Orlą Perć, a także via ferraty (trzy do wyboru – Gamma Uno, Gamma Due i Del Centenario). Eksperci mogą jeszcze dodatkowo korzystać z licznych dróg wspinaczkowych. W sumie na jednej górze wytyczono dwadzieścia szlaków!

Resegone widać z daleka, a i widok ze szczytu jest wyjątkowy

Widok ze szczytu Resegone jest naprawdę niepowtarzalny. Przy dobrej pogodzie widać stamtąd nawet Mont Blanc i Monte Rosa. To w oddali. Zdecydowanie bliżej widać piękne jezioro Como, które teraz leży nam u stóp.

Wszystkie drogi prowadzą na Resegone!

Na szczycie Resegone byłam kilka razy. Czasem próbuję to policzyć, ale gubię się w rachunkach. Żartuję wówczas, że gdyby Włosi za miłość do tej góry i jej zdobywanie dawali włoski paszport, to ja byłabym już Włoszką! Zresztą – w ten czy w inny sposób – starość mam zamiar spędzić zdecydowanie bliżej tej góry.

Już patrząc na mapę z zaznaczonymi ścieżkami wiadomo, że na ten jednej górze nie można się nudzić. Swoje pierwsze kroki stawiałam na szlaku numer 1, który rozpoczyna się przy dolnej stacji kolejki linowej i przez schronisko Stoppani prowadzi na szczyt. To najłatwiejszy wariant. Zgodnie z mapą powinie zająć od 3,5 do 4 godzin. Do pokonania jest prawie 1300 metrów w pionie. Cała trasa to przyjemna i łatwa wycieczka.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia

Moje kolejne wejście na szczyt Resegone to kombinacja tras numer 1, 7 i 10. Dwie pierwsze doprowadzają na płaskowyż Piani d’Erna – tutaj znajduje się między innymi górna stacja kolejki linowej. Wycieczka zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu co poprzednia, jednak po minięciu Rifugio Stoppani trzeba wybrać szlak oznaczony numerem 7.

Z Piani d’Erna polecam szlak numer 10. Zaczyna się niepozornie, ot ścieżka przez łąkę. Ale za zakrętem jest to co miłośnicy Tatr i Orlej Perci bardzo lubią. Skały, łańcuchy i trochę wspinaczki. Ten odcinek to najtrudniejszy szlak jaki Włosi oferują na tej górze, oczywiście poza via ferratami. Droga na szczyt przez Canale di Bobbio powinna zająć od półtorej do dwóch godzin.

Czas na coś trudniejszego! Drogi żelazne!

Na zboczach Resegone wytyczono trzy via ferraty – na dwóch zostawiłam swój ślad i obie wraz ze zwykłymi szlakami są świetną alternatywą, by jeszcze inaczej zdobyć szczyt. Moja kolejna wycieczka to połączenie via ferraty Gamma Uno, która wyprowadza na Pianni d’Erna, szlaku numer 5 do schroniska Alpinisti Monzesi i wreszcie ferrata El Centenario, która doprowadza do Pian Serrada. Ostatni etap na szczyt to najłatwiejsza jedynka.

Via ferrata Gamma Uno na Piani d-Erna

Gamma Uno – tędy na Piani d’Erna

Gamma Uno – drabiny strażaków

O swoim przejściu tej pięknej ferraty pisałam kilka lat temu dla miesięcznika N.P.M. – cały artykuł znajdziecie w archiwum. Tutaj wracam do wspomnień i opisu tej trasy, którą wtedy przeszłam z Agnieszką – to ona pokazała mi Resegone.

Przed nami 770 metrów w pionie i 1050 metrów w linii prostej. Pierwszy odcinek przez Włochów nazywany jest „drabinami strażaków”. I, jak się okaże, nie bez powodu. Po kilku metrach wspinaczki ubezpieczoną drogą zaczyna się ciąg drabin i metalowych stopni. Cały czas pionowo do góry. Przyznaję, ten etap wcale mi się nie podoba. Wiem, że bez tych ułatwień nie miałabym najmniejszej szansy wspiąć się tędy, ale jaki jest sens prowadzić drogę tylko dzięki sztucznym ułatwieniom? Jak na kogoś, kto się nie wspina, marzę o tym, by dotknąć rozgrzanych słońcem skał, a nie zimnego metalu.

Taka szansa pojawia się jednak dopiero po kilkudziesięciu minutach, kiedy docieramy do miejsca zwanego Cornesella plateau. Później dowiemy się, że ten pierwszy, krótszy odcinek ma zniechęcić i odstraszyć turystów, którzy nie są wystarczająco przygotowani do poruszania się po tych górach. Tu mają szansę zrezygnować z dalszej wędrówki. Obok figurki Matki Bożej umieszczono nawet drogowskaz prowadzący do schroniska Stoppani, skąd można kontynuować wycieczkę tradycyjnym szlakiem. Dzieli nas od niego zaledwie kilka minut. Rezygnujemy jednak z tego wariantu i po krótkim odpoczynku wybieramy ciąg dalszy via ferraty Gamma Uno.

Parę minut później utwierdzamy się w przekonaniu, że była to dobra decyzja.

Gamma Uno część druga

– Nareszcie – wołam z zachwytem, podziwiając widoki na otaczające nas szczyty.

Zaczyna mi się tu naprawdę podobać. Druga, znacznie dłuższa część trasy jest po prostu przepiękna. Jesteśmy zupełnie same i swobodnie możemy się zachwycać drogą i plenerami. Bardziej eksponowane miejsca wymagają przypięcia się do metalowego łańcucha, ale miejscami trudności nie przekraczają tych na Orlej Perci w Tatrach. Nasze zdziwienie budzi linowy most rozwieszony nad niewielką przepaścią. Zbyt wrażliwi mogą ominąć ten etap, korzystając z drabin. Jeszcze kilkadziesiąt metrów pionie i docieramy do metalowego mostu – to już ostatni odcinek prowadzący na szczyt Piazzo d’Erna. Most widać z kolejki, jego zdjęcie często zresztą spotkać można w okolicznych przewodnikach i folderach. Nie możemy więc odmówić sobie krótkiej fotograficznej sesji. A potem tylko pięć pionowych drabin i znienacka wyłaniamy się pod krzyżem, przy którym odpoczywają ci, którzy dotarli tu kolejką. Zdejmujemy uprzęże i jeszcze raz zaglądamy do przewodnika. Rozpiera nas duma, gdy czytamy: „Gamma Uno zarezerwowana jest dla „ekspertów wspinaczki”.

Ekspertki, a może jednak księżniczki… Nie raczej byczki!

Gamma Uno i Del Centenario można połączyć podczas jednej wycieczki, trzeba tylko przemieścić się między nimi szlakiem oznaczonym numerem 5. Opis drogi i włoskich wrażeń ponownie za artykułem dla N.P.M.

Naszym kolejnym celem jest przełęcz, czyli Passo del Fo 1284 m n.p.m. i niewielka chatka Ghislandi, w której – jak wynika z rozwieszonych na drzewach  plakatów – następnego dnia ma się odbyć Święto Kasztana. Docieramy tam po półtorej godziny. Na szlaku jest znowu zupełnie pusto.

W chatce słowami „Buongiorno principessa” witają nas dwaj przystojni Włosi. Uśmiecham się do Agnieszki – cóż, nawet w górach potrafią czarować kobiety. Na stole suszą się ogromne ilości kasztanów – wszystkie na jutrzejsze święto. Dostajemy gorącą herbatę, ciasteczka i… towarzystwo na dalszą drogę. Plan mamy prosty: chcemy iść początkowo drogą nr 12, czyli via ferratą „Del Centenario”, a później wrócić na drogę nr 1.

Szlak zaczyna się 200-metrową wędrówką w pionie ubezpieczonym szlakiem. Już pod ścianą okazuje się, że Giuseppe i Angelo to prawdziwi dżentelmeni. Nie ma mowy, byśmy niosły plecak. A na dodatek co chwila słuchamy komplementów na swój temat. A dokładnie słucha ich Agnieszka, szybko tłumacząc z włoskiego na polski. Wreszcie padają słowa, których zupełnie się nie spodziewamy:

– Jesteście silne jak dwa młode byczki.

Nie ma co ukrywać, panowie nadepnęli nam na ambicję i żadna z nas się nie przyzna, że chciałaby iść trochę wolniej. Niestety, psuje się pogoda, a podziwianie widoków uniemożliwia mgła. Nawet nie zauważamy, jak szybko docieramy na szczyt, choć w rzeczywistości to ponad dwie godziny.

Gamma Due – może kiedyś

Jest jeszcze jedna ferrata, którą można wejść na Resegone, ale i ze zdjęć i z opisu i z rozmowy z pewnym przewodnikiem wiem, że jest trudna. W jednym miejscu wymaga nawet zmiany obuwia – na buty wspinaczkowe. Spektakularna i znaczne trudności – te dwa określenia w jej opisie pojawiają się najczęściej.

I dla przeciwwagi – przyjemny spacer prawie jak na beskidzkim szlaku

Resegone wciąż mnie zaskakuje. Ściany od strony jeziora Como są strome i skaliste, ale wystarczy wybrać ze szczytu szlak numer 17, a później 7, by poznać inne oblicze tego masywu. To druga strona Resegone – z jednej strony strome skaliste zbocza, z drugiej łagodne i zalesione trasy. Wycieczka tym wariantem to mój powrót na Piani d’Erna. Zaczyna się poniżej schroniska Azzoni i najpierw szybko sprowadza w dół, a później szlak trawersuje całe zbocze aż do Passo del Giuff.

Jest jeszcze jedna opcja – kolejka linowa

Ale o tym wariancie nic nie powiem. Nigdy z niej nie skorzystałam. Kolejka nie dowiezie Was na szczyt a tylko na wysokość 1290 m czyli na Piani d’Erna. Tu staniecie oko w oko z Resegone.

Więcej o kolejce linowej, cenach i godzinach kursowania znajdziecie TUTAJ

Dlaczego właśnie Resegone?

Nie mam pojęcia. Jedni mają swój Matterhorn inni Resegone. Są takie góry, które po prostu lubię. Jak Kościelec w Tatrach. Ani najwyższa, ani najtrudniejsza. Dla mnie – piękna. A że to właśnie tutaj rozpoczęła się moja przygoda z włoskimi górami, lubię ją tym bardziej.