Samotność biegacza to teraz jedno z moich największych wyzwań. Im więcej biegania, tym więcej samotności. W ostatnich tygodniach boleśnie przekonuję się, że przed maratonem ważna jest tylko siła moich nóg, ale także silna głowa! Najpierw pobiegnę nogami, później sercem, a na końcu właśnie głową. Jeśli więc wychodzę w niedzielę na długie wybieganie, to trenowana jest także głowa i jej odporność na samotność biegacza.

Samotność biegacza

Wyobraź sobie… Masz 2,5 godziny tylko dla siebie. Co można zrobić w takim czasie? Pójść do kina i obejrzeć film, nawet z reklamami przed. Przeczytać kilkadziesiąt stron książki. Wejść na Szyndzielnię i zejść (jeśli się mieszka w Bielsku-Białej), wyprasować górę prania, spędzić czas z przyjaciółmi przy pizzy i piwie. A w cztery godziny? Toż to mnóstwo wolnego czasu! I tak wiele możliwości.

Co ja robiłam dzisiaj przez 2,5 godziny? Biegałam, w samotności. Ta samotność, nawet nie długodystansowca – przecież to tylko 25 km – ale jednak biegacza, to w tej chwili największe moje wyzwanie. W takiej samotności spędziłam w tym tygodniu prawie 8 godzin. I nie wiem co trudniejsze – wysiłek fizyczny jaki wkładam w przebiegnięcie prawie 76 km, czy odporność psychiczna, która pozwala jednak nie zawrócić. Te długie wybiegania to dla mnie najważniejszy sprawdzian odporności. Bo z jednej strony stres i obowiązki codziennego, w miarę normalnego życia, a z drugiej wizja maratonu za cztery tygodnie.

Samotność biegacza rośnie z każdym treningiem

Godzinne bieganie to jak bułka z masłem. Akurat wystarczy czasu, by wybiegać codzienny stres, jakąś nieprzyjemną sytuację, przemyśleć i podsumować dzień. Po takiej godzince w sumie jestem jak nowonarodzona, idealna psychoterapia. Kolejnego dnia to już półtorej godziny biegu, obciążenie fizyczne się kumuluje, wieje halny i nikt przy zdrowych zmysłach nie wyjdzie z domu. Ile można w tym czasie przemyśleć. Tylko czasem jednak łatwiej się wyłączyć. To wyłączam myślenie i zaczynam bezmyślne odliczanie. Jeden, dwa, trzy, cztery… Lewa, prawa, lewa, prawa… Do stu i z powrotem. Gdzieś po drodze zgubiłam rachunek – to od nowa, jeden, dwa, trzy, cztery… osiemdziesiąt dziewięć, osiemdziesiąt dziewięć, osiemdziesiąt dziewięć… chyba się zacięłam! Co jest dalej?!

Samotne bieganie to wyzwanie dla głowy

Ile takich setek można odliczyć podczas długiego wybiegania? 2,5 godziny w samotności. Nie ma się do kogo odezwać, nikt nie podniesie na duchu, że dobrze mi idzie, nikt nie poda wody, nie powie, że to już niedaleko, nie przeliczy i nie zaplanuje kilometrów, tak by ostatnie metry wypadły dokładnie przed drzwiami klatki schodowej.

Trenuj nogi, trenuj głowę

Przygotowanie fizyczne do maratonu, to jedno, ale pogadanie ze swoją własną głową, która nie zawsze chce współpracować to druga część treningu. Mnie też się zwyczajnie nie chce. Ja też mam w sobie lenia. Uwielbiam siedzieć na kanapie w brzydki jesienny dzień, pod kocykiem, z kubkiem herbaty i książką. A zamiast tego mam pierwsze kilometry w mżawce, na piątym to już regularny deszcz, od dziesiątego wieje, na piętnastym wychodzi słońce więc podwijam rękawy, trzy kilometry później nadciągają chmury i zaczyna padać krupa śnieżna – na dodatek jej uderzenia potęguje wiatr. W samotności. Tylko ja wiem ile razy głowa mówiła mi, że nie dam rady i powinnam natychmiast wracać do domu. Po godzinie, w połowie zaplanowanego dystansu, po kolejnych 30 minutach.

Tym razem ta samotność biegacza była jeszcze bardziej odczuwalna. Przez większość trasy nikogo nie spotkałam. Ani niedzielnych spacerowiczów, ani rowerzystów, ani biegaczy. Gdy wreszcie ktoś pojawił się na horyzoncie, cieszyłam się jak rozbitek ocalony z bezludnej wyspy. Jakiś starszy Pan maszerujący z kijkami powiedział mi „dzień dobry”, na kolejnym okrążeniu przyjaźnie się uśmiechnął. Te drobiazgi muszą mi wystarczyć.

Sposób na samotność biegacza – czym ma się zająć moja głowa

Dawno temu, gdy zaczynałam bieganie samotność zagłuszałam muzyką. Nie wyszłam na trening bez słuchawek. Miałam ułożoną playlistę, która odrywała moje myśli od tego co robiłam. Na pierwszym maratonie słuchałam muzyki i układałam w głowie tekst. Post o swoim debiucie pisałam właściwie w trakcie biegu i można go przeczytać na moim blogu. Kolejne maratony to też bieganie z muzyką. Przełamałam się dopiero w Paryżu, nawet już nie pamiętam dlaczego. Skupiałam się na oglądaniu miasta, podziwianiu zespołów muzycznych, przyglądaniu się kibicom i innym biegaczom. Wypatrywałam polskich koszulek i polskich imion, by zamienić chociaż dwa słowa. Nowa trasa biegu pozwala poradzić sobie z taką samotnością. Gorzej, gdy w ramach przygotować biegam znanymi i wydeptanymi ścieżkami. Trudno tu o urozmaicenie, a czasem nawet lepsza jest rutyna, byle tylko przebiec wyznaczony dystans.

Mam znajomych, którzy podczas biegania słuchają książek – może taka wciągająca akcja pozwala oderwać myśli od asfaltu i wysiłku. A jaki jest Wasz sposób na samotność biegacza?

Samotność biegacza, myślę i od razu przypomina mi się film „Samotność długodystansowca”, ale też widzę Forresta Gumpa, jego samotność i słyszę – Run, Forrest, run! No to biegnij. Jeszcze przez cztery tygodnie. A później przez 42 km. I to też będzie samotność – samotność biegacza w tłumie.

PS. A ten tekst powstał właściwie podczas dzisiejszego biegania. Tym właśnie zajęła się moja głowa, gdy zbyt mocno dała mi się we znaki samotność biegacza.