zaKażdy powód jest dobry by wrócić do Portugalii. Tylko, czy akurat ten który wybrałam, jest najlepszy? Nie sądzę! Zamiast po prostu kupić bilety lotnicze, znaleźć dach nad głową i cieszyć się przyjemnym, niespiesznym życiem w Portugalii, znalazłam sobie maraton w Porto. Zapisy wystartowały w grudniu ubiegłego roku, organizatorzy wrzucili rabacik, a jak dałam się na to wszystko nabrać. 11 miesięcy to przecież mnóstwo czasu, by przygotować się do biegu. Można nawet wyznaczyć sobie piękny i ambitny cel. Pomarzyć przed snem jak wbiega się na metę osiągając upragniony wynik i… obudzić się kilka dni przed biegiem z poczuciem jak bardzo jest się nieprzygotowanym do tego biegu. A na dodatek ostatni raz taki dystans pokonałam dwa lata temu w Walencji.

Czy rzeczywiście każdy pretekst jest dobry, by wrócić do Portugalii

A miało być tak pięknie… Nie będzie niestety i nie będę się tutaj tłumaczyć dlaczego. Teraz pozostaje mi tylko przypomnieć sobie, dlaczego tak bardzo chciałam wrócić do Portugalii.

To były piękne, trzytygodniowe wakacje 2008 roku, przełom sierpnia i września. Pierwszy lot samolotem, pierwszy wyjazd pod namiot, pierwszy tak długi i samodzielny, no i pierwszy na który chciałam jechać z biurem podróży, ale jako singielka byłam dla biur nieatrakcyjnym klientem. Kupiłam więc bilet do Lizbony i z powrotem, spakowałam plecak a nawet dwa i poleciałam w nieznane. Ten bilet to w ogóle kosztował wtedy kosmiczne pieniądze, kilkaset złotych (dla porównania bilety do Bolonii są właśnie dostępne z Katowic, na grudzień za 39 zł, tyle samo powrót!).

Szczyty odwagi czy szczyty głupoty?

Jak sobie dziś o tym wyjeździe myślę, to był to chyba mało chwalebny szczyt odwagi. Zdecydowanie zwalam wszystko na młodość, dzisiaj pewnie kilka rzeczy zrobiłabym inaczej. Na lotnisku w Warszawie zostawiłam paszport i bilety w toalecie, w Lizbonie spałam na ławce przed dworcem kolejowym czekając pół nocy na pierwszy pociąg, miałam przy sobie cały swój „majątek” w euro i jeszcze jeździłam z zupełnie obcymi ludźmi autostopem kompletnie nie znając języka. Na trasie naskoczyły na mnie dość nerwowe psy i podkradałam winogrona zza płotu. Ale oprócz tych wszystkich głupot, które skończyły się dobrze, to były bardzo udane wakacje o smaku dorsza.

Skąd ta Portugalia?

Portugalię wybrałam wtedy z dwóch powodów. Fascynował mnie, ten niewielki w porównaniu z sąsiednią Hiszpanią, kraj, wciśnięty na skraj Europy. I chciałam wejść na łatwy, ale jednak kolejny w koronie Europy szczyt, najwyższy w Portugalii kontynentalnej (lot na Azory wydawał mi się wówczas abstrakcją). Serra de Estrela z najwyższym szczytem Torre opisałam wówczas dla miesięcznika NPM w artykule „Góry, gdzie nikt nie chodzi”. Tytuł może trochę przewrotny, ale kto zna Torre ten wie, że trzeba się wykazać sporym samozaparciem by na szczyt wejść. Na ten niemal dwutysięcznik prowadzi bowiem wygodna asfaltowa droga. Z górskiej części wakacji pozostało mi wspomnienie czarnej jak smoła kawy i mocnego porto. Wędrując ścieżkami i szlakami wystarczyło zejść do wioski, znaleźć główny plac i przysiąść przy stoliku by delektować się smakami.

Maraton w Porto to dla mnie pretekst, by znowu powłóczyć się uliczkami, poszukać ciekawych płytek, czyli azulejos i poczuć niespieszne życie w Portugalii.

Przez żołądek do Portugalii

To były też szokująco tanie wakacje. Nocleg na kampingu pod namiotem kosztował mnie 4,5 euro za noc. A cataplana, czyli potrawka z ryb, mięczaków, ziemniaków i papryki podana na półmisku o tej samej nazwie, zaspokaja głód wędrowca. Portugalska kuchni, porto i chęć poznania kolejnego fragmentu tego kraju to jedno. Okazało się także, że ja, miłośniczka gór i szczytów, tęsknię za oceanem! Za tą przestrzenią, naturą, falami i fascynującym wybrzeżem. Z połączenia tych dwóch fascynacji zupełnie naturalnie padło na Porto. Teraz pozostaje mi więc tylko przygotować listę rzeczy do spakowania, upchnąć biegowe buty i sportowe buty i po przebiegnięciu tych 42 km cieszyć się i poznawać fascynujące zakamarki Porto. Choć ocean zamierzam zobaczyć jeszcze przed biegiem!

Co przywiozłam z Portugalii

I byłabym zapomniała – 11 lat temu z wakacji w Portugalii przywiozłam fado i azulejos. Nazwiska Mariza i Amalia Rodrigues nic mi wtedy nie mówiły, płyty polecono mi w sklepie muzycznym, a ja kupiłam je w ciemno. Dziś właśnie Mariza i Siesta Marcina Kydryńskiego pomagają mi wczuć się w portugalski klimat. Z każdym dniem coraz bardziej nie mogę się doczekać powrotu do Portugalii. Jeśli szukacie swojego pretekstu, by wyruszyć w podróż do Porto to… zapraszam na maraton. Zapisy ruszą zapewne pod koniec roku, a ceny za pakiet startowy są niższe niż w Polsce! Link do pretekstu TUTAJ

Tylko proszę się nie zdziwić, że czas od zapisu na maraton w Porto do wyjazdu do Portugalii i zawodów płynie tak szybko.