W długie zimowe wieczory łatwo popełnić szaleństwo! Łatwo zatęsknić za oceanem, bezkresną przestrzenią, spienionymi falami uderzającymi o brzeg i słoną bryzą na twarzy. To właśnie z tego powodu postanowiłam zapisać się na maraton w Porto. To kolejny etap podróżowania przez bieganie.

Maraton w Porto

Wyobrażacie sobie ten obraz? Jak nie to podrzucam Wam zdjęcie, zrobione w listopadowy dzień nad brzegiem Oceanu Atlantyckiego. Na tym zdjęciu jest wszystko o czym piszę.

ocean atlantycki

Ocean Atlantycki

Jadę do Porto! Pretekst – maraton!

Ten obraz widziałam w swojej wyobraźni 11 miesięcy wcześniej, w grudniu 2018 roku, gdy z tęsknoty za oceanem i Portugalią (byłam tam w 2008 roku w górach Serra da Estrela i na wybrzeżu Algarve) zapisałam się na 16. Maraton w Porto. Zapisałam się i z błogim uśmiechem poszłam spać. Do tego co najważniejsze, czyli przygotowań i startu jest przecież tyyyleee czasu!

Czas minął jednak niespodziewanie szybko. Nadszedł lipiec, sierpień i lekko dusząca pętla zaczęła się zaciskać. Tygodnie się kurczyły, treningów i kilometrów przybywało, waga fajnie spadała, ale wciąż dużo zostało do zrobienia. Za dużo. Czasu za mało. I już siedziałam w samolocie do Porto.

Falstart w drodze na maraton w Porto

Nawet bardzo długo siedziałam, bo zapakowali nas do samolotu, kazali zapiąć pasy i tak sobie staliśmy na lotnisku w Balicach. Trzy godziny. Portugalski pilot co jakiś czas coś tam obiecywał, a ja i tak z moją miłością do przestrzeni czułam się jak sardynka w puszce. Dobrze, że siedziałam przy wyjściu awaryjnym więc mogłam rozwinąć moje krótkie nogi. W samolocie kilkoro biegaczy. Z Polski i Czech. Cóż, swój swojego pozna. Trzy godziny stania, cztery godziny latania i wreszcie Porto. Tylko wizytę w biurze zawodów trzeba było przełożyć na kolejny dzień. Ileż było radości… Pakiet startowy, Expo, pasta party, koncert fado… Same przyjemności! Nic tylko pobiec. Ha, ha, ha!

Koniec przyjemności – czas na maraton

W niedzielny poranek musiałam się wywieźć gdzieś nad ocean. Metro pełne biegaczy, pół godziny dojazdu, 10 minut marszu i jest. Woda, dużo wody. Tylko zimno jakoś, wieje, kapie mi coś na głowę. Lekki bałagan. Na szczęście mam swojego prywatnego kibica, nie korzystam więc z szatni i depozytów. Rzucam okiem na ocean, szybka fotka i chronię się na przystanku, a później w tłumie biegaczy. Piotr nie będzie miał wielu szans na kibicowanie, tylko pierwsza ćwiartka maratonu kręci się po okolicy, później organizatorzy wysyłają nas w świat.

3, 2, 1… START!

Godzina 9 zbliża się nieubłaganie i czas biec. Pierwsza dyszka jest znakomita. Tempo super, biegnie mi się lekko, leciutko, wprost idealnie. Pogoda znacznie się poprawiła. Co prawda pojawiają się drobne podbiegi, ale na początku biegu kto by się nimi przejmował. Ja nie! Tempo wprost na wymarzoną życiówkę. Tak, przez pierwszą godzinę i może ciut dłużej mogłam sobie błogo marzyć. Jeszcze nie zwracam uwagi na kocie łby pod stopami, jeszcze nie ruszają mnie podbieżki, jeszcze wiatr w twarz, deszcz w oczy i zmienna pogoda nic mi nie robią. I tutaj maraton mógłby się dla mnie skończyć, ale on jeszcze na dobre się nie zaczął! Gdzieś w okolicy 13 km znowu jestem w okolicy startu, macham do Piotr i zobaczymy się dopiero kilka godzin później.

Maraton Porto biegaczka

Maraton w Porto – po raz kolejny ubiera mnie Polkasport

Prosto przed siebie

Czas na długą, bardzo długą prostą. Najpierw nad oceanem – ależ on piękny i bezkresny – a w końcu wzdłuż rzeki Duoro. Betonowy most. Mam dobiec jednak znacznie dalej do stalowego, dwukondygnacyjnego mostu Ludwika I. Tylko, że to tak daleko, że stąd gdzie jestem zupełnie go nie widać. Widać za to biegaczy po drugiej stronie rzeki, biegną dokładnie w przeciwnym kierunku. Też mnie to czeka. Najpierw jednak muszę dobiec do mostu, przebiec na drugą stronę. I znowu do betonowego mostu, a nawet jeszcze go minąć. Potem nawrót i bieg do stalowego, znowu na drugą stronę i … w prawo, do kolejnego betonowego.

Dopiero gdzieś tam hen daleko wypada nawrotka, 31. km i można wracać nad ocean. Ale ja jestem jeszcze po tej stronie. To mój 18. km i dokładnie w tym momencie mija mnie zwycięzca. On ma w nogach już dwa razy tyle i biegnie po medal. A ja mam dwa razy mniej i serdecznie dość.

Po przeciwnej stronie rzeki i kilka kilometrów, dla mnie lata świetlne ode mnie, są biegacze. Kiedy i ja tam dotrę, gdy nawet nie widać stalowego mostu… Mam dość. Wcale nie mam ochoty biec dalej. Najchętniej poszłabym na porto. Odpoczęła. Przestała walczyć i się napinać. I jeszcze coś trzęsie mi się pod nogami. To droga, która na kilkuset metrach biegnie nad wodą. Taka kładka, na którą właśnie wbiegło kilkadziesiąt osób. Znowu asfalt, kocie łby i długa, długa prosta. I ten podbieg po śliskich kamieniach na Ponte Dom Luis I, czyli wyczekiwany stalowy most. Zbieg i dalej… czas dłuży mi się niesamowicie, każdy kilometr jest coraz dłuższy. Gdzie tak do końca…

A może jednak nie biec do mety Maratonu w Porto?

I tak może męczyłabym się dalej, gdybym w okolicy 32. km nie zdała sobie sprawy, że właściwie jestem koło domu i mogę iść na porto. Jest tylko jeden problem! Nie mam telefonu! Nie zadzwonię do Piotra i nie powiem mu, że zeszłam z trasy a jego zapraszam do metra. Na zaczepianie wolontariuszy, by pożyczyli mi telefon miałam za mało odwagi i za dużo godności. Zresztą i tak nie pamiętam numeru telefonu.

Chcesz przebiec maraton w Porto? Zostaw na mecie mężczyznę – będziesz miała swoją motywację. Zapomniałam, jest jeszcze czerwona koszulka z długim rękawem i medal. Po drodze mijam jednego z polskich biegaczy – wymowny napis na koszulce coś o wyborze między wódką a maratonem. Wiadomo, co bym wybrała… Wreszcie widzę latarnię morską u ujścia Duoro do oceanu. No to jeszcze kawałek. Podbieżek, kocie łby, rondo z którego startowałam i kolejne rondo! I … Podbieg do mety! Jest i Piotr, który nie mógł się mnie doczekać. Nie mam tylko zdjęcia z mety – fotograf nie był wstanie wyretuszować mojej miny.

Maraton w Porto, mój ostatni

Czas? Czy to ważne? Daleki od ideału, daleki od życiówki, daleki od marzeń. Tych marzeń już nie spełnię, dwa lata temu było blisko, ale wtedy wcale nie marzyłam by złamać 4. A teraz… byłam trochę zuchwała.

Zabrakło mi siły. Psychicznej. Motywacji. Czasu na odpoczynek, regenerację i odstresowanie. Zabiła mnie trudna trasa. Nie podbieżki, ale długie ciągnące się kilometrami odcinki, widok sznura biegaczy po drugiej stronie rzeki. Dobiły mnie kocie łby pod stopami.

Czy teraz wszyscy mi uwierzą, że to był ostatni maraton? A Porto? Porto jest piękne! O tym w kolejnym poście. A gdyby ktoś jednak chciał pobiec to zapraszam TUTAJ

Na Maraton w Porto ubrała mnie niezawodna, polska firma Polka Sport.