Lista moich podróżniczych marzeń jest całkiem długa. Ale gdybym miała ją streścić, napisałabym, że chciałabym pojechać prawie wszędzie, gdzie jeszcze nie byłam. I wrócić tam, gdzie byłam. To całkiem realna podróżnicze marzenia i pewnie wielu z Was ma podobną. Spisuję moją, żeby powoli zacząć odhaczać z listy zrealizowane cele, a dzięki Waszym podpowiedziom dopisywać kolejne. Oto moja lista marzeń aka bucket list podróży.

Ameryka Południowa – powrót i wejście na Ankę

Aconcagua, czyli najwyższy szczyt obu Ameryk. Zwana potocznie Anką. Ta góra przypomina mi się zwykle pod koniec roku. I tak już od … 10 lat. Nie żartuję! Na przełomie stycznia i lutego 2010 roku po raz pierwszy i jedyny dotarłam do Ameryki Południowej. To był ten moment, gdy miałam śmiałe marzenie wejścia na kilka szczytów z Korony Ziemi. Zbyt śmiałe. Z moich obliczeń wynikało, że z 9 jestem w stanie wdrapać się czy wtoczyć się 😉 na 5. To więcej niż połowa, więc byłabym z siebie dumna. Skończyło się na dwóch, na trzecim okazało się, że to nie takie proste. To było jeszcze przed erą biegania, więc dzisiaj pewnie byłoby mi łatwiej zmierzyć się z tą górą. Jednak to nie kondycja mnie powstrzymała, czy jej brak, ale pogoda.

Marzenie podróżnicze numer 1

Moja przygoda skończyła się jednak w Berlinie. Nie, nie w stolicy Niemiec. To obóz trzeci położony na wysokości 5930 m n.p.m. Po nerwowej i nieprzespanej z powodu wysokości nocy okazało się, że dalej już nie pójdę. Niebo było błękitne, ale wiał silny wiatr 💨 Zawróciłam. Może mając więcej czasu, towarzystwo i wsparcie podjęłabym drugą próbę. Ale nie miałam i nie miałam też siły przebicia.

Zostały mi zdjęcia i marzenie, by tam wrócić. Jeszcze raz zobaczyć Andy, przejść Dolinę Horcones, która zrobiła na mnie takie wrażenie i wejść na szczyt, który ma prawie 7000 m n.p.m. A przy okazji skonfrontować z rzeczywistością wspomnienia. Czy prysznic kosztuje wciąż 10 dolarów? A butelka coca coli, która smakowała mi jak nigdy wcześniej? A może w Plaza de Mulas wciąż jest galeria? Pewnie gdzieś pod koniec roku marzenia wrócą. Wystarczy tylko wyrobić nowy paszport i fru…

Aconcagua, szczyt na tle błękitnego nieba

Ameryka Południowa po raz drugi – Patagonia

Gdy mówię Patagonia, widzę pingwiny! I jeszcze skalne turnie z Cerro Torre na czele. Cerro Torre znane z filmu Wernera Herzoga „Krzyk kamienia”. Gdy mówię Patagonia, widzę też ubrania kultowej już marki. W mojej szafie nie ma jeszcze ani jednej sztuki, ale z podziwem patrzę na podejście firmy do ochrony środowiska, recyklingu ubrań, ich reperowania, a nawet sprzedawania używanych. Bardzo mi się podoba ta filozofia!

Patagonia jako pierwsza zaczęła wytwarzać wszystkie bawełniane ubrania z bawełny ekologicznej. Nieustannie pracuje nad doskonaleniem procesów umożliwiających tworzenie materiałów pochodzących z recyklingu i nakłania do tego również innych producentów, oddając im za darmo swoje technologie. Coraz więcej ubrań w kolekcji jest wykonanych już w 100% z recyklingu.

mowa oczywiście o … Patagonii.

Mam taką myśl, że skoro już raz przelecę za ocean – bo przecież polecę, patrz akapit powyżej – to przecież nie muszę tak od razu wracać do domu. Stamtąd pingwiny, Patagonia i Cerro Torre są już znacznie bliżej. Marzę o zobaczeniu Patagonii całym sercem. To moje marzenie podróżnicze numer 2.

Włochy – wzdłuż, wszerz i po przekątnej i jeszcze więcej

Ale moje serce ❤ przecież zostało we Włoszech! Co tu dużo tłumaczyć. Wejdź tutaj PO WŁOSKU.

Tam znajdują się wszystkie moje teksty napisane o Włoszech. Przede wszystkim północnych, najczęściej o okolicach Jeziora Lecco, ale jest i o Gardzie i o Iseo. Nie ma dużych miast, są wsie i miasteczka. Jest wino z widokiem na Monte Colombina i wiele tras na Resegone. Och! Za Resegone to włoski paszport powinnam dostać!  Tyle razy tam byłam! Dla mnie Włochy północne to są głównie góry, Alpy Bergamskie, bo te sobie upodobałam. Ale miłośnicy innych kierunków znajdą też tekst o maratonie we Florencji czy półmaratonie w Riva del Garda, a nawet o leniwym wypoczynku w Toskanii.

Zachód słońca, Monte Barro, Como

Zachód słońca i widok na Monte Barro

I teraz, gdy nie było mnie we Włoszech od ponad 3 miesięcy i nie wiem kiedy wrócę (bo że wrócę to pewne), pozostaje mi planowanie kolejnych wyjazdów. Tyle miejsc jest jeszcze do zobaczenia. Apeniny. Park Regionalny Delty Padu (Parco Regionale del Delta del Po). Prosseco Run. I jeszcze więcej.

Ale marzenie jest jedno. Starość spędzę we Włoszech. W małym kamiennym domku z widokiem na… Jeszcze nie wiem na co. Ale obok domu będzie miejsce dla osiołka. A ja będę siedzieć na progu, patrzyć w dal i wieczorami popijać włoskie wino. I pewnie spotkamy się na szlaku. Bo to nie tylko moje podróżnicze marzenie nr 3, ale plan na życie!

dziewczyna, osiołek, Włochy, Lecco

Portugalia – Azory, Madera i dolina Duoro

Portugalia to jedyna konkurencja dla Włoch. Uwielbiam ocean. Taki bezkresny. I te fale rozbijające się o brzeg i pryskającą po twarzy wodę. Wiatr we włosach. I tę sól na skórze. Uwielbiam strome klify. Dobrze czuję się spacerując uliczkami nieoczywistego Porto. Które bywa tak brzydkie, że aż piękne. Porto to moja brama do kolejnej podróży. Tym razem chcę wyruszyć w górę rzeki Duoro. Zobaczyć winnice, poczuć pod stopami rozgrzaną słońce ziemię. Usiąść, patrzyć, nic nie robić. Był plan na czerwiec. I to wciąż jest realny plan do spełnienia. A jak nie, to pod koniec lata.

ocean atlantycki

Ocean Atlantycki

Himalaje – chyba nie muszę uzasadniać tego podróżniczego marzenia

To było marzenie do spełnienia na czterdzieste urodziny. Sami wiecie – magiczna granica, kryzys wieku średniego, inżynier Karwowski w sukience. Gdzieś w okolicach trzydziestki byłam pewna, że już na czterdzieste urodziny zobaczę Himalaje! Chyba jednak na pięćdziesiąte i to powinnam się spieszyć z odkładaniem pieniędzy. Dlaczego właśnie Himalaje? Bo są! Bo nie jestem w stanie, czytając książki i oglądając filmy o tematyce górskiej, wyobrazić sobie tak wysokich gór. Wiem, że to inna perspektywa, ale te majestatyczne, wyśnione i upragnione przez wielu wspinaczy góry to moje marzenie. Tyle, że mnie wystarczy jeśli stanę u stóp.

Dokończyć Koronę Polski

Zrobiło się górnolotnie, więc czas zejść na ziemię. Ani Korony Himalajów i Karakorum, ani Korony Ziemi nie zrobię, więc może jednak coś w granicach rozsądku i kraju, w którym mieszkam. Zacznijmy od łatwiejszej wersji. Spośród 28 szczytów mam na swoim koncie 17. A wkrótce będzie kolejny. Dziesięć do końca, a przecież zupełnie tego nie planowałam. Tak jakoś wyszło przez lata chodzenia po górach i pagórach. Odznaki z tego nie będzie, bo najpierw chodziłam, a dopiero później zaczęłam liczyć i dokumentować. Najwięcej brakuje mi tych najmniejszych szczytów na zachodzie. Ostatniej zimy udało się trochę nadrobić zaległości, ale wciąż brakuje 11 szczytów. Jak wejdziemy na Śnieżnik w kwietniu to zostanie mi jeszcze dziesięć gór do zdobycia.

Korona Europy – jako pretekst do poznania nowych miejsc

Tutaj zabawa i przyjemność z poznawania nowych miejsc jest jeszcze większa. Na liście jest bowiem 47 gór, szczytów i wzniesień. Moja, lekko zmodyfikowana wersja (np. Elbrus zamiast Narodnaja i Torre w miejsce Picco na Azorach) to dziesięć szczytów. Generalnie jestem w tej kwestii dość elastyczna, bo w przypadku Hiszpanii zdecydowanie wybieram wulkan Teide (3718 m n.p.m.) na Teneryfie, choć w oficjalnym zestawieniu najwyższy jest Mulhacén (3478,6 m n.p.m.) w Sierra Nevada. Jest duże prawdopodobieństwo, że w niektórych miejscach w ogóle się nie pojawię (np. Watykan), ale kilka mam zamiar dopisać do mojej kolekcji. Ostatni szczyt z Korony Ziemi, na który weszłam to Coma Pedrosa w Andorze. Czas na kolejny, oby w tym roku!

Kobieta na szczycie góry La Serrera w Pirenejach, Andora

Widoki aż po horyzont…

Setka!

Drogi Czytelniku! Stuknęła mi setka. To jest mój setny post na blogu. Dużo? Mało? Nie będę się porównywać. Sto postów to kawał dobrze wykonanej pracy!

A wszystko zaczęło się 9 września 2015 r.

 

Ktoś powie – 100 postów w cztery lata, to skromnie. Rzeczywiście na początku nie pisałam regularnie, ale tylko wtedy gdy miałam natchnienie i potrzebę napisania czegoś, moim zdaniem fajnego. Zdradzając trochę kuchni – od czerwca ubiegłego roku, odkąd działam na własnej domenie, piszę i publikuję znacznie częściej. Raz na tydzień, jedyna przerwa dotyczyła listopadowych wakacji. Od lipca 2019 r. do dziś powstało 36 postów, czyli jedna trzecia wszystkich. Setka to tama mała rocznica dla mojego bloga. Przyjmuję więc z radością życzenia. A jeśli chcecie o czymś szczególnie przeczytać, proszę o sugestię. Spakuję się i jadę 😊