Nawet nie spostrzegłam, a górska i podróżnicza literatura zaczęła zajmować znaczną część mojej biblioteczki. Górskie książki, czyli te z górami w tle.

A że na półkach zaczęło brakować miejsca, przeniosłam się nawet na czytnik. Tak, wiem że są miłośnicy szelestu kartek, zapachu farby drukarskiej i dotyku pożółkłych kartek. Też do nich należałam, ale dzisiaj lubię zabrać pół swojej biblioteki w podróż.

O tym jak i dlaczego papier zamieniłam na Kindle

Ostatnio wszyscy mocno zwolniliśmy. Zrobiło się miejsce na czas tylko dla siebie. Na siedzenie w fotelu lub na wygodnej sofie, z kotem na kolanach lub bez, z kieliszkiem wina lub bez, ale na pewno z dobrą książką.

Może właśnie z literaturą górską lub podróżniczą zapragniecie spędzić najbliższe dni. Zostawiam tu kilka podpowiedzi i moich osobistych rekomendacji. To nie są recenzje, bo takich nigdy nie nauczyłam się pisać. Ale poniższe górskie książki polecam z całego serca.

Pod postem jest miejsce, by podzielić się swoimi rekomendacjami. Zostaw swój komentarz. Chętnie dodam inne górskie książki do mojej długiej listy DO PRZECZYTANIA.

Górskie książki – mój prywatny TOP

Joe Simpson „Dotknięcie pustki”

To była chyba pierwsza górska książka jaką przeczytałam. To był już moment, gdy chodzenie po górach i poznawanie nowych miejsc solidnie mnie wciągnęło. I wtedy ktoś ze znajomych pożyczył mi książkę Joe Simpsona. Książkę pochłonęłam, a zaraz później sięgnęłam po film o kiepskim, polskim tytule „Czekając na Joe”.

Nie zdradzając szczegółów, jeśli jeszcze nie znasz tej książki, to powiem, że jest ona opisem wyprawy i dramatu jaki rozegrał się podczas wspinaczki dwóch przyjaciół na szczyt Siula Grande (6344 m n.p.m.) w Andach peruwiańskich. Czytając książkę nie rozumiałam wielu specjalistycznych terminów charakterystycznych dla świata wspinaczy. Gdybym dzisiaj miała kogokolwiek zachęcić do jej przeczytania, to powiedziałabym, że jest to książka o sile. O takiej sile, która drzemie w nas, a której istnienia sobie nie uświadamiamy. W sytuacji wydawałoby się beznadziejnej, z połamaną nogą, wyjąc z bólu, Joe czołga się do celu, którego może już nie być.

A przecież łatwiej było się poddać i zasnąć w spokoju. Obrazy nieznanych miejsc podsuwała mi wyobraźnia, a później na ekranie telewizora zobaczyłam Joe Simpsona i w jego oczach ten ogrom bólu i emocji, gdy opowiadał swoją historię. Dotknięcie pustki wywołało także gorącą dyskusję na temat braterstwa liny, przeciąć czy nie, w sytuacji, gdy przyjaciel jest już prawdopodobnie bryłą lodu.

Nejc Zaplotnik „Ścieżka”

To nie styl Joe Simpsona mnie oczarował, ale jego niezwykła historia. Bo mimo, że napisał kolejne książki ja nie sięgnęłam już po żadną. Inaczej jest w przypadku Jerneja Nejca Zaplotnika, słoweńskiego wspinacza. Gdy pod koniec ubiegłego roku dotarłam do ostatniej strony Ścieżki z dużym żalem uświadomiłam sobie, że nic więcej jego autorstwa już nie przeczytam. Nejc zginął w górach mając zaledwie 31 lat. Jego książka w Słowenii do 2019 roku doczekała się 15 wydań. W Polsce po raz pierwszy ukazała się jednak dopiero w 2019 roku, czyli prawie 40 lat od pierwszego słoweńskiego wydania.

Do tego małego kraju mam duży sentyment. Słowenia, jedno z moich odkryć, wspomnienie pierwszej samodzielnej i samotnej podróży w góry. Odkrywanie nowych miejsc w górach, poszukiwanie gór podobnych do Tatr. Kiedy Nejc pisze o Alpach Julijskich ja widzę opisywane przez niego miejsca. Ścieżka nie jest jednak tylko relacją z jego górskich przygód i dokonań, sporo tam jego filozofii i przemyśleń, idealizmu i radości wspinania. Im dłużej Nejc pisze, im bardziej rozwija się jako wspinacz, dojrzewa także jego pisarski styl. Bardzo, bardzo żałuję, że nie napisał nic więcej.

Po recenzję zapraszam do Górskiego Domu Kultury.

Przy okazji można być na bieżąco w temacie górskich książek. Po przeczytaniu ostatniej strony pozostał mi żal, że nie przeczytam już nic więcej. Ale jak to? Co się stało, że zginął mając zaledwie 31 lat? Szybko więc odkurzyłam książkę Bernadette McDonald, by przypomnieć sobie co się wówczas stało.

Bernadette McDonald „Alpejscy wojownicy”

Czyżby nasi lodowi wojownicy mieli konkurencję? I to w postaci narodu, a dziś państwa zamieszkałego przez 2 miliony osób (w Warszawie mieszka 1,7 miliona osób)?

Książka Bernadette McDonald towarzyszyła mi kilka lat temu na mało górskim Roztoczu. Dziś jej górskie książki na dobre rozgościły się na mojej półce. Ucieczka na szczyt, Kurtyka – sztuka wolności, Elizabeth Hawley – strażniczka gór. Ale wszystko zaczęło się właśnie od wojowników.

Ilu z nas wie o istnieniu tego pięknego kraju? Ilu tam było? Dziś, gdy szukamy alternatywy dla polskich i słowackich Tatr, zapewne więcej. Gdy dotarłam do Słowenii po raz pierwszy, zwabiona zdjęciami w miesięczniku Podróże, był 2006 rok. Gdybym wtedy prowadziła bloga, opisałabym dziesiątki, setki przedeptanych kilometrów w Alpach Julijskich i ten największy dla mnie wówczas wyczyn – wejście na Triglav. Jechałam tam zafascynowana maleńkim krajem (wielkości jednego z polskich województw). Dla mnie to wciąż jedno z najbardziej fascynujących miejsc. Ponieważ zamierzam tam wrócić, jeszcze o nim tutaj napiszę.

Alpejscy wojownicy kontra lodowi wojownicy

Ale zanim wrócę zachęcam do poznania Alpejskich wojowników. Ukochaną górą Słoweńców jest najwyższy szczyt tego kraju – Triglav. Każdy Słoweniec powinien choć raz w życiu wejść na szczyt. Niby proste, ale może być też bardziej ambitne. Na mierzący 2864 m n.p.m. wierzchołek można wejść kilkoma drogami – poczynając od łatwego, turystycznego szlaku a kończąc na via ferracie (ze względu na brak doświadczenia o drogach wspinaczkowych nie wspominam).

To dzięki tej niezwykłej górze – symbolowi Słowenii (utrwalona w godle i na fladze, a kiedyś także na monetach – tolarach) Aleš Kunaver, Nejc Zalotnic, Viki Grošelj, Andrej Štremfelj, Stane Belak i wielu innych marzyło, by zdobywać słoweńskie i europejskie szczyty. A później zapragnęli zmierzyć się z tymi najwyższymi i najtrudniejszymi w Himalajach. Brak pieniędzy, sprzętu, biurokracja, rozłąka z rodziną, wojna domowa… Czy coś nam to przypomina? Czy są do siebie podobni alpejscy i lodowi wojownicy? Odpowiedzi można szukać na kartkach książki. A kolejne pozycje Bernadette McDonald to propozycja na kolejne wieczory, popołudnia i dni.

Anna Kamińska „Wanda”

Zapewne nigdy nie dowiemy co wydarzyło się w maju 1992 roku w Himalajach, na zboczach Kanczendzongi. Zgodnie z sądowymi dokumentami Wanda zginęła w górach 13 maja, 28 lat temu. Fascynuje mnie jej siła, determinacja i upór graniczący z szaleństwem, zasmuca samotność, brak zrozumienia, tęsknota za górami, tragiczna śmierć brata i ojca. Pierwsza Europejka na Evereście, pierwsza kobieta na K2. Kontrowersyjna. Orędowniczka kobiecych wypraw i czysto kobiecych wejść, autorka projektu „Karawana do marzeń”. W rezultacie zdobyła 8 z 14 ośmiotysięczników Korony Himalajów i Karakorum. Po przeczytaniu tej książki, ale także Karawany do marzeń, Na jednej linie i Uciec jak najwyżej, zobaczyłam Wandę na scenie Teatru Polskiego w Bielsku-Białej.

Jeśli uda Ci się zdobyć bilety na przedstawienie grane na małej scenie tzw. Stolarni to jesteś szczęściarzem. W monodramie Wanda, Anita Jancia-Prokopowicz wcieliła się w postać legendarnej himalaistki. Co się dzieje na scenie i nad sceną trzeba zobaczyć na własne oczy. Ja zobaczyłam samotną i nieszczęśliwą kobietę. Silną, jednak nie potrafiącą poukładać sobie życia poza górami. A gdy wydawało się, że ma to szczęście na wyciągnięcie ręki, szczęście dosłownie wymknęło się jej między palcami i rozsypało w drobny pył. Wanda musiała być wyjątkową postacią. Taką, o której jedni powiedzą – trudny charakter, inni – silna osobowość. Dla mnie – niezwykłą kobietą, o silnym charakterze, która pognała za marzeniami w świecie zdominowanym przez mężczyzn.

Czas na lekko pożółkłe górskie książki

Walter Bonatti „Moje góry”

Dwie kolejne książki biorę do rąk z namaszczeniem. I delikatnością. Obie ukazały się nakładem wydawnictwa Iskry w cyklu Naokoło świata, gdy nie było mnie jeszcze na świecie. Obie kupiłam w jakimś internetowym antykwariacie za grosze, a nie oddam ich za żadne skarby świata!

Pierwsza to pierwsze, polskie wydanie książki „Moje góry” napisanej przez Waltera Bonatti. Trafiła w moje ręce w czasie, gdy planowałam albo właśnie wróciłam z Mont Blanc. Moja droga na ten szczyt to jednak spacer w porównaniu z Filarem Freney na południowej ścianie tej góry. W 1961 roku oczy wspinaczkowego świata skierowane były właśnie na Centralny Filar Freney, jeden z tzw. ostatnich problemów alpejskich. Próba jego rozwiązania to jedna z najgłośniejszych tragedii – spośród 6 wspinaczy 3 zginęło w ścianie z wyczerpania. Walter Bonatti przeżył i zdołał się wycofać ze ściany.

Walter Bonatti – autor książki i wspinacz

Najczęściej można o nim przeczytać: największy alpinista świata, fenomen górski, człowiek o legendarnej odwadze, nie znał co to niemożliwe. Solowe przejścia to jego specjalność. On sam mówił o sobie syn Mont Blanc. Zaczął się wspinać mając 16 lat, a skończył w wieku 35 lat… czyli wówczas, gdy wielu wspinaczy właśnie się rozkręca.

Dożył 81 lat, a po śmierci w niezwykły sposób napisał o nim włoski pisarz Stefano Benni:

Dziś zmarł Walter Bonatti. Inni byli wielcy. On był jedyny.

Dlaczego właśnie ta książka i Walter Bonatti? Nie pisał tak mistrzowsko jak się wspinał, ale jednak Moje góry czyta się jednym tchem. I razem z nim marznie, umiera z głodu i pragnienia w ścianie. Pożółkłe kartki i czarno białe zdjęcia przenoszą mnie w świat, którego już nie ma. Nie robią na mnie takiego wrażenia współczesne niezwykłe osiągnięcia w górach, często na tych samych szczytach, w rekordowych czasach. Wrażenie robi na mnie osoba, która dysponowała niezwykłą techniką, ale sprzętem i wyposażeniem gorszym niż aktualnie ambitny turysta. Jaką on musiał mieć silną osobowość, charakter i psychikę.

Stanisław Zieliński „W stronę Pysznej”

W przyszłym roku minie 60 lat od pierwszego wydania tej książki. I znowu, pożółkłe kartki i stare zdjęcia, porywające opowieści z przeszłości. Tym razem z moich ukochanych Tatr. Ale emocje te same. Ta sama radość i satysfakcja z wyrypy, zmęczenie i zarumienione od mrozu policzki, ta sama duma, ten sam strach.

Czy pamiętasz? Małe schronisko w Dolinie Zuberskiej tak bardzo przypominało dawną Pyszną… Ile minęło lat? Trzydzieści, czterdzieści… Serce, przewodnik po przeszłości i nieomylny kompas wspomnień, prowadzi w stronę Pysznej, na stare ślady nart, na trasy zimowych „wyryp” po Tatrach Zachodnich.

Sam autor mógłby dziś zostać posądzony o plagiat lub co najmniej brak przypisów. Okazuje się, że tylko w pierwszym wydaniu współautorką książki jest Wanda Gentil Tippenhauer, a dodatkowo obszerne fragmenty tej książki pochodzą z przewodnika narciarskiego Józefa Oppenheima „Szlaki narciarskie Tatr Polskich” z 1936 roku.

Źródło informacji >>

Tyle kontrowersji. O czym jest książka? To opowieść o Józefie Oppenheimie, wieloletnim kierowniku Pogotowia Ratunkowego.

Pierwsi narciarze. Pierwsi górscy ratownicy. Ambitne górskie wyrypy. I nieistniejące już schronisko w Pyszniańskiej Dolinie w tle. Czyta się tę książkę jednym tchem. I tęskni za takimi właśnie Tatrami.

Smaczku całości dodaje jeszcze romantyczny związek Józefa i Wandy, i tragiczna śmierć Oppenheima.

Źródło informacji>>

Zdecydowanie polecam, by odszukać stare, pożółkłe wydanie w jakimś internetowym antykwariacie.

A Ty, jakie górskie książki możesz mi polecić?