Niemoc mnie ogarnęła. Niektórzy nazywają to co się dzieje, życiem w czasach zarazy. Jak zwał tak zwał ten czas, trudno jednak pisać o górach i podróżach, tych małych i dużych.

To miał być zupełnie inny post. Może nie pełen entuzjazmu, bo czas nie jest łatwy, ale pełen nadziei. Muszę jednak poczekać z tym pomysłem, bo nastrój zrobił się mało optymistyczny. To taki nastrój, w którym mogłabym jeść lody czekoladowe łyżką do zupy (normalnie nie lubię lodów czekoladowych) albo pochłonąć w całości tabliczkę napakowanej mało prawdziwym nadzieniem czekolady. W zasięgu wzroku nie mam ani jednego ani drugiego, więc z pocieszania się jedzeniem nici. Przynajmniej jakiś sukces. Doktor Ania byłaby ze mnie dumna, prawda?

Mam w sobie dużo mieszanych uczuć. Od złości, niepewności, strachu, lekkiej paniki, po zdziwienie, śmiech i próbę obracania w żart. 

Najpierw było niedowierzanie

Gdzie Chiny, a gdzie moje miasto u stóp Beskidów. Albo taki Berlin nawet, do którego miałam lecieć na targi turystyczne. Już nawet pakowałam buty biegowe i planowałam fajny trening. Nawet z pewnym niedowierzaniem i zdziwieniem zareagowałam na pytanie czy się nie boję. Zrobiłam oczy wielkie jak spodki. Kilka godzin później już byłam uziemiona, a po jeszcze kilku kolejnych wiadomo było, że targów w ogóle nie będzie. 

Jestem zła!

Nie mogę pojechać w najbliższym czasie do Włoch. W tym dalszym też właściwie nie. Nie wiem czy w tym roku będzie to możliwe. Co robię? Czytam własne posty z wyjazdów do Włoch. Nie wiem czy Mickiewicz czytał Pana Tadeusza, ale ja czytam swoje teksty i się wzruszam, bo tyle tam optymizmu. Na tapecie jest jeden z moich ulubionych o półmaratonie Riva del Garda, pełen czystej niczym niezmąconej radości. Dziękuję Ekipie Run and Travel za możliwość udziału w tych fantastycznych zawodach!

 

Biegaczka na trasie półmaratonu Garda, Włochy

Mokra kura, znaczy Kurek biegnie do mety

Poczucie niepewności

Dobija mnie to odliczanie. Te statystyki, chorych, na kwarantannie, odizolowanych i tych, którzy z wirusem przegrali. Kolejne ograniczenia, wyścig z czasem, rozważania co można a co już nie. Te gadające głowy, spory i dyskusje. Smuci, że nie mam wpływu na to co sobie zaplanowałam na kilka najbliższych tygodni. Znacie tę niemoc?

Śmiać mi się chce z samej siebie

Pośmiałam się z siebie i swojego nieudanego wyjazdu do SPA. Tak naprawdę to miał być relaks w basenach termalnych z widokiem na Tatry plus jakaś górska wycieczka. Najpierw zamknięto basen, a zaraz później granicę, a wirus rozszalał się na dobre. Wygląda więc na to, że nie mnie pisane jest błogie lenistwo, drinki z palemką i nic nie robienie. Jeszcze rzutem na taśmę w weekend odwiedziłam Gorce, jeszcze dwie solidne wycieczki udało się zrealizować. A potem posypała się lawina. 

Śnieg, kobieta idzie, trekking

W takich momentach marzę o drinkach z palemką. Spa też może być 😀

Czy już panikuję?

Weekend w Pieninach u wrót Wąwozu Homole jest już nieaktualny. Nie będzie też majowego biegu kobiet w Wiedniu. Miał być babski wyjazd, fajne bieganie, może nawet życiówka na dychę, a potem zwiedzanie, oglądanie i smakowanie. Nic z tego. Wiednia w maju nie zobaczę. Nie będzie jeszcze innego wiosennego wyjazdu, to tylko kwestia czasu kiedy przyjdzie mail i dostanę zwrot zaliczki. W kwietniu w Cieszynie nie spotkają się blogerzy, a w maju we Wrocławiu influencerzy. Do maja pozamiatane. Taka najbardziej radosna, kolorowa i moja ulubiona pora roku okazuje się mało optymistyczna. Na czerwiec mam zaplanowany urlop, miały być Włochy i okolice Bergamo, ewentualnie Porto. Nic z tego. Nie wiem co będzie, ale nie ten kierunek. 

Widok na Tatry, Trzy Korony, Pieniny

 

Teraz się cieszę

Wiecie z czego się cieszę? Z tego, że w ostatnich tygodniach wygrałam z wewnętrznym leniem. Czasem po całym tygodniu pracy zwyczajnie wolałabym usiąść na kanapie, a nie pakować się i jechać w góry. Tak jak pod koniec lutego, gdy już w drodze do Żywca, w niespodziewanej śnieżycy i korku, zastanawiałam się po co mi to. Ano po to, żeby dzisiaj cieszyć się, że mi się chciało, że miałam dwie fajne wycieczki, spotkałam się z Hasającymi Zającami, oderwałam od rzeczywistości. 

Doceniam co mam!

Są przecież większe dramaty niż szlaban na wyjazdy! Oczywiście! Zrozumie mnie tylko osoba równie aktywna. Ktoś kto nie lubi siedzieć w miejscu. Ktoś kto szuka i potrzebuje zmian, wyzwań i różnorodnych bodźców. 

Nie powinnam marudzić, jeszcze mam góry za oknem, las trzy kilometry od domu, fajne ścieżki biegowe. Ale odczuwam niepokój, zagnieździł się w środku i siedzi. Doceniam co mam i to czego nie mam. Nie mam kredytów i finansowych zaległości. Mam dach nad głową i jestem zdrowa. 

Czas zaplanować jakąś górską wycieczkę na weekend, odkryć na nowo dobrze znane szlaki. Doceniam to co mam.

Mój własny kawałek trawnika

Pierwszy raz jest jednak tak, że to nie ja podejmuję decyzje, tylko ktoś za mnie. Wiem, że tak już było, ale z mojego peerelowskiego dzieciństwa niewiele pamiętam. Na półkach z makaronem i kaszą pustki, kolejka po papier toaletowy… zaraz, zaraz… to nie jest opis przedostatniej wizyty w pewnym dużym sklepie?!

Czarna dziura. Na namiot jeszcze za zimno. Dachu nad głową gdzieś w lesie albo w górach nie mam. Kolejny raz okazuje się, że trzeba było zainwestować w kawałek własnego trawnika i jakąś drewnianą szopkę. Albo kamienną, jak ta.

Kamienny domek ukryty wśród paproci

Ścieżki do domku nadal brak…

Rynek pracy

Nie wiadomo jak będzie z pracą. Mało optymistyczne wieści dochodzą z rynku. Walka o przetrwanie dla wielu. Nawet kurs euro szaleje, a jak dostanę zwrot za odwołany bieg w Wiedniu to będę bogata 😉 Korony czeskie w zapasie też mam, niech tylko będzie można podróżować, to wszystko wydam u naszych południowych sąsiadów, a co!

Oszczędzam na paliwie

Tylko te ceny paliwa! Dzisiaj cena od rana do wieczora zmieniła się o 17 groszy! Kiedy to ostatnio na benzynę zapłaciłam 3 zł coś tam?! Co tankowanie to kilka złotych w kieszeni zostaje. W czwartek na drodze z pracy czułam się jak bohaterka jakiegoś filmu katastroficznego. Jechałam zupełnie pustą „wiślanką”, nic przede mną, niż za mną, nic z naprzeciwka. 

Jak wykorzystać czas

Coś bardziej optymistycznego? Proszę bardzo! Nadrabiam książki, webinary, kursy. Douczam się. W lesie słucham PSC albo jak w ostatni czwartek – biorę udział w premierze książki Janiny Bąk. W sobotę na kanapie w salonie będzie Teatr. Himalaje, na które nie pojechałam do Katowic. Z tej strony świat się skurczył – kulturę mam w telefonie albo na ekranie komputera. Podróżuję na razie palcem po mapie. Planuję, marzę… Może dzięki temu zdobędę się na odwagę i wyruszę tam, gdzie chcę wrócić od dawna. 

Naiwność!

Jakaż ja jestem naiwna, myśląc że po Wielkanocy wszystko wróci do „normy” i będę sobie żyła jak wcześniej. Po Wielkanocy? Za trzy tygodnie?! I co to jest ta normalność? Bo może ja tej normalności, pośpiechu, gnania za czymś wcale nie chcę i nie potrzebuję. Czy rzucimy się na kina, galerie (nie tylko handlowe), teatry, fryzjerów, kosmetyczki i knajpy ze zdwojoną siłą. To ja jednak zostaję w lesie i szukam tam swojego kawałka podłogi.