Moje pudło z mapami jest już wypełnione po brzegi. Od czasu do czasu próbuję je uporządkować. Pasmami górskimi, krajami. Osobno miasta. Albo jeszcze inaczej – według popularności, wydawnictw, stanu zużycia. A i tak, gdy szukam tej właściwej mapy to najczęściej jest na końcu, ot prawo Murphy’ego. No i są jeszcze takie nieużywane. Mapy miejsc, w które chciałam pojechać, a jednak z jakiegoś powodu nie dotarłam. Może w tym roku. W kolejce czeka między innymi mapa Wielkiego Chocza i Śnieżnik.

Mapy, które lada moment się rozpadną

To mapy, które pochodzą z początku mojego wędrowania po górach. Dwadzieścia lat z hakiem. A dokładnie –  mapy i przewodniki. Moja pierwsza mapa Beskidu Śląskiego i Żywieckiego ma głównie wartość sentymentalną. W niektórych miejscach nic na niej nie można odczytać.

W tej kategorii jest mapa polskich Tatr i nieśmiertelny przewodnik Józefa Nyki. Przeczytany wielokrotnie, wszedł ze mną na wiele tatrzańskich szczytów. Nie raz i nie dwa dopadła nas ulewa. To były czasy sprzed nieprzemakalnych pokrowców na plecaki i sprzed nieprzemakalnych worków na cenne rzeczy w plecaku. Zalany Nyka, wybacz autorze, suszył się wielokrotnie wraz z mapami na jakimś kaloryferze. Mapy i przewodniki są dziś wyraźnie pofalowane, zmiętoszone, a i papieru jakby ubyło.

Mapy, które potargały się na zgięciach, poklejone taśmą, a jednak tak cenne i pełne wspomnień, że nie mam zamiaru zastępować ich nowymi. Wiele z nich opatrzyłam notatkami, własnymi czasami przejść poszczególnych odcinków. Nigdy nie zbierałam punktów GOT ani innych, ale pieczątki ze schronisko i szczytów – zdecydowanie tak. Takie kolorowe są więc moje mapy ze słoweńskich Alp Julijskich oraz z Wysokich Taurów.

Mapa w wersji czarno-białej

Ta mapa to mój niekwestionowany hit. To mapa Babiogórskiego Parku Narodowego wydawnictwa Rewasz z 2001 r. Mapa jest kolorowa – zielone to lasy, na czarno granice, na niebiesko parkingi. Cały kłopot polega na tym, że wszystkie szlaki zaznaczono kolorem czerwonym, a obok, w kółku pojawia się tajemnicza litera. Ta litera oznacza właśnie kolor szlaku. C jak czerwony, n jak niebieski, z jak zielony, s… jak czarny. Ile razy patrzę na tę mapę czuję się zagubiona. Niby znam te szlaki na pamięć, ale wciąż się zastanawiam po co ktoś tak mi skomplikował życie. Szlak s jak czarny to zresztą mój ulubiony. Samej mapy nie zamierzam wyrzucać, zbyt wiele wspomnień.

W 2001 roku późną jesienią, w ostatnich dniach października po raz pierwszy weszłam na Babią Górę i to od razu Percią Akademików. To był czas gdy pisałam pracę magisterską. Trudny temat, kilka godzin snu, blady świat i wyjazd w góry, żeby zresetować mózg. Pogoda dla koneserów. Niskie chmury, mżawka i jesienny chłód. I zupełnie pusta Babia Góra. Uwierzycie?! I nie ukrywam, że liczę iż wartość tej mapy rośnie z roku na rok.

Mapy wodoodporne – laminowane i syntetyczne

To odpowiedź na moje deszczowe wędrówki. Nareszcie przestałam kleić mapy. Chociaż jedną udało mi się tak zalać, że nawet warstwy laminatu się rozwarstwiły. Ale przyznaję – to bardzo dobre rozwiązanie. Choć droższe niż zwykły papier. Pod warunkiem, że mapy pilnuje się jak oka w głowie i nie pozwoli niepostrzeżenie wypaść z kieszeni. Mam nadzieję, że gdzieś w Gorcach ktoś znalazł moją mapę. A historia zgubionej mapy i będzie częścią kolejnego postu. W przypadku map laminowanych lubię jeszcze to, że mogę je dowolnie składać i mieć pod ręką fragment, który w danym momencie najbardziej mnie interesuje.

Mapy na papierze syntetycznym to moje ostatnie odkrycie. Zajmują mniej miejsca niż laminowane, są lżejsze i do złudzenia przypominają zwykły papier. Jak zapewnia wydawnictwo Compass:

Mapy są praktycznie niezniszczalne, odporne na próby rozerwania oraz także na całkowite zamoczenie. Nawet po kilku dniach zanurzenia w wodzie zachowują w pełni swoje walory użytkowe.

Aż takich testów jeszcze z tymi mapami nie przeprowadziłam, ale wszystko przed nami.

Mapy słowackiego wydawnictwa

Pierwszy raz z charakterystycznymi zielonymi mapami zetknęłam się gdy ruszyłam w słowackie Tatry. Wysokie, Zachodnie, Niskie. W zbiorach mam jeszcze Sulowskie Wierchy i Małą Fatrę. Słowacja pokrojona w kosteczki, a każda kosteczka to mapa z określonym numerem. Po latach dowiedziałam się, że znane słowackie wydawnictwo, istniejące od 1948 roku, VKU Harmanec ma kłopoty.

To informacja z portalu Góry i ludzie z 2016 r.:

Wydawało się już, że bezkonkurencyjne niegdyś mapy z VKÚ znikną na zawsze ze sklepowych półek. Stało się jednak inaczej. Inwestorem okazała się spółka CBS, zajmująca się dotąd mapami ręcznie malowanymi, przygotowywanymi na zamówienie. Jakie są widoki na przyszłość? Właściciel CBS, Milan Paprčka, uważa, że w pesymistycznym wariancie inwestycja zwróci się… już za trzy lata.

Co to wszystko oznacza dla przeciętnego turysty? Przede wszystkim przeprowadzona zostanie aktualizacja map. Jak zapewnia CBS, pracownicy wydawnictwa pracują pełną parą nad zbieraniem danych od gmin, obiektów noclegowych i stowarzyszeń promujących odpoczynek w górach.

Strona słowackiego wydawnictwa z Bańskiej Bystrzycy zapowiada nowe, zaktualizowane wydania. Mam więc nadzieję, że słowackie góry doczekają się w tym roku mojej wizyty, a przy tej okazji będzie pretekst by kupić nową mapę.

Mapy nie do końca aktualne

Mam w swoim pudle takie mapy, do których wróciłam po przerwie. Przykładem jest ta Bieszczad. Nie było mnie tam 10, może jedenaście lat, a gdy wróciłam okazało się, że to co ja pamiętam i to co zaznaczono na mojej mapie, nie do końca pokrywa się z rzeczywistością. Przykłady? Szlak na Połoninę Caryńską z Ustrzyk Górnych. Z kampingu skręcam w lewo, za wsią znowu w lewo, przez Wołosatkę i w górę. Idę, idę i nic. Pod moją nieobecność szlak zmieniono i teraz trzeba skręcić w prawo, przejść przez parking, zaliczyć budkę i opłacić wstęp do parku.

Kolejnego dnia powtórka z rozrywki – szlak na Rawki znowu z Ustrzyk. No jak mnie pamięć i mapa nie myśli to za siedzibą Straży Granicznej w lewo i w górę. Nic z tego! Po tym szlaku zostało już tylko moje wspomnienie i ślad na moje starej mapie. Drewniane mostki już dawno zbutwiały, a oryginalnej ścieżki prawie nie widać. Prawie!

Mapy zdublowane

Póki co dotyczy to tylko Beskidu Niskiego. Dzielą je 3 lata – rok wydania 2006 i 2009. Skąd mam dwie? Prawdopodobnie w 2006 roku planowałam pierwszy wyjazd w to nieznane mi miejsce. Pojawiła się mapa, a nawet przewodnik, ale z jakiegoś powodu do wyjazdu nie doszło. Pojechałam trzy lata później z nową mapą, bo o starej zdążyłam już zapomnieć. I też w pudle są dwie. Identyczne. Prawie. W 2006 r. Wysowa była Wysową, trzy lata później na mapie funkcjonuje już jako Wysowa Zdrój.

Mapy jeszcze nie używane

Tych na szczęście nie jest zbyt wiele. Masyw Śnieżnika, zakupiony pod koniec 2019 roku, czekał na swoją szansę w kwietniu 2020 r. I niestety jeszcze poczeka, bo pewien wirus zatrzymał mnie w domu na Wielkanoc, a teraz czekam na otwarcie granic. Być na Śnieżniku i nie udać się do Czech?! Nie ma mowy. Na lepsza czasy czekają także Góry Choczańskie. Jakim cudem wcześniej tam nie trafiłam? Cóż, Wielki Chocz zawsze przysłaniały słowackie Tatry. Teraz będzie okazja by to zmienić, jak tylko przekroczenie granicy nie będzie oznaczało 14-dniowej kwarantanny.

Planowanie tras z mapą

Po co mi właściwie tyle map? I czemu nie korzystać z aplikacji do planowania tras? Korzystam, ale tylko by policzyć długość, czas przejścia i przewyższenie. Pozostałe rzeczy uwielbiam mieć na papierze. To już rytuał. Zanosi się na wyjazd. Pojawia się nowa mapa albo z pudła wyjmuję stary egzemplarz. Mapa trafia na stół w centralnym miejscu i zaczyna się oglądanie, planowanie i czytanie. Tu szlak, tam ścieżka, tutaj skrót, a tak układają się poziomice. Będzie stromo czy raczej łagodnie? Co po drodze? Lasy, polany, schroniska, szałasy. Nie jest ważne, który to wyjazd w to samo miejsce, planowanie i oglądanie map to jeden z moich ulubionych punktów przygotowań. A już na miejscu, idąc szlakiem, uwielbiam mieć mapę pod ręką. Sprawdzać, w którym jestem miejscu, co będzie za chwilę, i czy blisko czy daleko.