Zdziczałam. Gdybyś zapytał mnie, co zmieniła w moim życiu pandemia, koronawirus, lockdawn. Odpowiedziałabym jednym słowem. Zdziczałam.

Dzikość mam na głowie – zdziczałam bez fryzjera

I to nie to, że moja fryzura dawno przestała być fryzurą, a fryzjera nie widziałam już prawie pół roku. Moje niesforne loki zawsze żyły trochę własnym, dzikim życiem, czyli każdy kręci się w swoją stronę. Ale skoro zdejmę maseczkę i będzie można mnie rozpoznać, to czas coś z tym zrobić.

dziwczyna w maseczce, koronawirus, pandemia

Zdziczałam w dala od kin, teatrów, galerii

Zdziczałam i to nawet nie dlatego, że dawno nie byłam w kinie czy w teatrze – ostatni raz na początku roku. W sumie później kino i teatr przeniosły się do jednego z moich pokoi, a fotele zastąpiła kanapa. W ciągu ostatnich tygodni na kilku koncertach byłam online, obejrzałam w międzyczasie Himalaistów Teatru Śląskiego online, a Piotr nawet operę!

Nie potrzebuję galerii handlowych

Za galerią handlową zupełnie nie tęsknię, nie brakowało mi jej ani przed, ani w trakcie, ani nie będzie po koronawirusie. Zakupy inne niż spożywcze już dawno załatwiam w Internecie. A spożywcze, coraz częściej też. Pieczywo, sery, pasztety wegańskie – to wszystko można mieć z dostawą pod drzwi. Wygodnie. Wirtualny koszyk, przelew, sprawdzony dostawca. I jeszcze mniej okazji, by spotkać się z drugim człowiekiem. O ubraniach, butach, kosmetykach nie wspominam. To już od dawna kupuję z domowej kanapy. Zresztą po co mi jakieś szykowne sukienki do lasu. Tam i tak najlepiej sprawdza się dres, stara dobra koszulka i wygodna bluza. Użyć, wyprać, użyć z powrotem.

Dzikość to las!

Teraz każdą wolną chwilę spędzam w lesie. Odkąd zniesiono zakaz wchodzenia do lasu. Zresztą niewiele brakowało, żebym w ten pierwszy poniedziałek weszła tam jeszcze przed świtem. Wygrała chęć snu nad pobudką o 4.30. Ale jeśli zaraz po pracy nie biegam właśnie w moich beskidzkich lasach, bo akurat tego samego dnia byłam tam już o świcie, to zaraz po powrocie do domu zmieniam sukienkę na dres i znowu jadę do lasu. Bo tylko tam mogę oddychać bez szmatki na twarzy. (Tak, wiem. Kiedy pisze te słowa, już wiem, że od soboty nawet poza lasem, ale w otwartej przestrzeni będę mogła funkcjonować bez maseczki!) Las do biegania. Las do spacerowania. Las na długie weekendowe wycieczki. Las do słuchania ptaków. Te koncerty póki co mi wystarczą.

Las, Beskid Mały

Las mi się nie nudzi. Mam w nim swoje wydeptane ścieżki. Te mniej i bardziej popularne.

Zdziczałam. Stałam się jeszcze bardziej aspołeczna. Bo, że nigdy nie byłam zbytnio towarzyska to wiedziałam. Nie potrzebowałam imprez, spotkań, tłumów. Wręcz przeciwnie. Im mniej ludzi tym lepiej. Ale jednak, przed wirusem jacyś byli. Nawet jeśli ceniłam sobie czas we własnym towarzystwie. Nigdy nie miałam problemu, żeby wyjechać na samotne wakacje. Taki tydzień albo chociaż weekend tylko ze sobą. Tak spędzałam czas w Pradze podczas majówki klika lat temu. Ja potrafię nawet pojechać sama na 3 tygodnie na drugi koniec Europy i dobrze się bawić! Fantastyczny czas. A ile razy słyszałam pytanie, czy się nie nudzę. Nie, nie nudzę się w swoim towarzystwie.

Dzikość w samotności

Samotny spacer – proszę bardzo! Weekend w górach – z przyjemnością. A nawet zwykłe wyjście na kawę i ciacho. Lubię swoje towarzystwo. Czasem zabieram kogoś ze sobą. Ale to nie tak, że jestem sama i się nigdzie nie ruszam. A teraz to bycie ze sobą, w społecznej izolacji i z zachowaniem dystansu okazało się być normalne dla wielu ludzi. Nie pamiętam kiedy ostatnio podałam komuś rękę na powitanie! Uścisk? To takie dziwne! W towarzystwie od razu ustawiam się w odległości. Czas spędzam tylko z człowiekiem, z którym mieszkam. Kompletnie aspołeczna jestem, dzikus taki!

Z dala od ludzi

W czasie pandemii wielu moich znajomych chwali się własnoręcznie produkowanymi chlebami, nawet na zakwasie. Podziwiam. Ja za to zamieniłam swój dom w małą pizzerię. Pizza niemal co weekend. Nareszcie mogę poużywać swojego super noża do pizzy. Menu jest krótkie i wiadomo, że to szefowa kuchni ma decydujący głos. Najlepsza i najczęściej podawana jest oczywiście wersja z warzywami i sercami. Taka quattro stagioni à la Joanna, czyli cukinia, rukola, czerwona cebula, oliwki i co tam jeszcze znajdę. Chociaż… co zagniatam ciasto to marzy mi się wyjście do pizzerii, najlepiej włoskiej we Włoszech.

A jeszcze dokładniej – w Lecco. To była pizza! Za cannoli też tęsknię, na szczęście jeden z bielskich lokali jest w stanie zaspokoić moją tęsknotę. Wiem, w taki deszczowy dzień jak dzisiaj to nie to samo, co siedzieć w pełnym słońcu z filiżanką mocnego espresso i patrzyć na jakiekolwiek włoskie miasteczko. Ale po cichu liczę, że pod koniec roku będę we Włoszech! I tego się trzymam. A podczas wczorajszej górskiej wycieczki na Potrójnej w Beskidzie Małym Italia pomachała do mnie z oddali.