Dawno nie widziałam takiego entuzjazmu. No może dlatego, że jak sama biegnę to nie ma lustra w okolicy. Ale nie, to nie dlatego. Taki entuzjazm to efekt działania endorfin, ten pierwszy haj, który łapie początkujący biegacz, gdy zaczyna się wkręcać. Gdy widzi pierwsze efekty, gdy z biegania na bieganie może więcej i łatwiej, gdy zaczyna wierzyć w siebie i gdy od rana cieszy się na popołudniowe kilometry, na pot, zmęczenie, ale i na satysfakcję.

Dawno nie widziałam tego entuzjazmu!

Dawno nie widziałam takiego entuzjazmu i w sumie, jako biegacz z 9-letnim stażem, który kogo może namawia do tej aktywności (czasem delikatnie, a innym czasem zanudzając opowieściami z kolejnego biegania) niewiele już z tego entuzjazmu pamiętam. Gorzej, bywały już takie momenty, że na bieganie trzeba było mnie wypchnąć za próg i kazać nie wracać przed upływem określonego czasu i z określonym efektem. To między innymi dlatego uznałam, że nie chcę już biegać maratonów. Bo straciłam radość i entuzjazm, a widziałam tylko mus.

Dawno nie widziałam takiego entuzjazmu, z jakim moja koleżanka dzieli się swoimi pierwszymi krokami na biegowych ścieżkach. To taka radość, jaką sama rzadko okazuję i coraz rzadziej widuję (nie tylko przy okazji biegania) u innych osób. 100% radości. Czysta, niczym niezmącona radość. Taka, że śmieją się usta (z ząbkami oczywiście) od ucha do ucha, oczy cieszą się niemal do łez w kącikach, a wesołość jest wprost zaraźliwa. Z taką radością z powodzeniem można zagrać w spocie reklamowym zachęcającym do uprawiania tej pięknej aktywności.

Entuzjazm biegacza, już niepoczątkującego

Entuzjazm i radość z robienia tego co kocham. Dzięki ostatnim tygodniom i miesiącom przypomniałam sobie o tych emocjach i odświeżyłam radość z biegania. Nie wiem czy kiedyś biegało mi się lepiej. Lepiej niż teraz. Pewnie tak, ale znowu – nie pamiętam! A teraz jestem w samym środku takiego biegania. Kolejny miesiąc. Bo nagle poczułam, że ktoś próbuje mi zabronić robić coś co kocham (PISAŁAM O TYM NA BLOGU) równie bardzo jak bycie w górach. I gdyby napisała Ci to rącza gazela, która wygrywa olimpiady, zdobywa mistrzostwo świata lub ustanawia jakiś rekord, to pewnie łatwiej byłoby w to uwierzyć. A to piszę ja, 42-letnia kobieta, która biega 9 lat. Która nigdy nie pobiegła szybciej maratonu niż 4 godziny z minutami, która jak podbiega na Dębowiec to dyszy i pluje, którą dość łatwo wyprzedzić.

Ranny ptaszek czy nocny marek

To wstawanie o świcie, a wcześniej nawet przed świtem nie jest łatwe, gdy żyje się we dwoje. Ja – ranny ptaszek, on – nocny marek. Jak dobrze bym tego logistycznie nie zorganizowała – ciuchy naszykowane, buty w progu – to i tak nie jestem bezszelestna. Wczesne wstawanie to dla porannego śpiocha rzecz trudna do zrozumienia. Zaczęłam od 4.45, a teraz budzik dzwoni 4.30, a jak sama wybudzę się wcześniej to też potrafię wstać. W myśl zasady – po co leżeć i czekać jak można biegać.

Na lodówce obok planu obiadów i zakupów wisi więc także mój plan biegowy, Rano, rano, przerwa, po południu, rano, po południu. Choć w ostatnim tygodniu wypadły mi cztery poranki plus niedziela, więc przydaje się wyrozumiałość partnera dla mojego dziwactwa. Czytaj – entuzjazmu.

Kluczem do zrozumienia było stwierdzenie: przecież nie masz żadnych zawodów!

Bieganie realne – zawody wirtualne

No właśnie! Nie mam! Do niczego się nie przygotowuję, tylko biegam dla siebie. Może nie do końca, bo właśnie wkręciłam się w wirtualne zawody. Ostrzegam – to niebezpieczne! Od ponad dwóch tygodni biegnę sobie trasą Głównego Szlaku Beskidzkiego z Ustronia do Ustrzyk Górnych. Biegnę wirtualnie, bo cały czas jestem w okolicach Bielska-Białej. Do pokonania jest 475 km w ramach ATTIQ Virrrtual Ultra Challenge. Całego dystansu w tym czasie nie uda mi się pokonać, ale do półmetka powinnam dotrzeć. Barania Góra, Babia Góra i Turbacz już za mną, a dziś rano minęłam Wielką Przehybę, czyli jestem w lubianym tak ostatnio Beskidzie Sądeckim.

I nie trzeba biegać po górach, wystarczy pozbierać trochę podbiegów, w sumie na koniec 30-dniowego wyzwania 1,05%. Mieszkanie w Bielsku-Białej i bieganie na Dębowiec czy do Wapienicy sprawia, że tych podbiegów mam znacznie więcej.

Oczywiście, że w tabeli wyników porównuję się z innymi, sprawdzam ile pobiec, by „przeskoczyć” kolejną zawodniczkę. Fajnie być w swojej kategorii wiekowej w pierwszej dziesiątce (dziś rano nawet 6.). W realu nie miałabym na to szans.

Jeśli chcecie się pobawić to zapraszam TUTAJ

Ale najfajniejsza jest dla mnie ta mapa, przebyty dystans i profil trasy, który mogę obserwować.

Entuzjazm czy uzależnienie od endorfin?

Może jedno i drugie. Nie mam problemów z porannym wstawaniem, a czasem wolę wstać niż zdrzemnąć się na kilkadziesiąt minut. Poranne wstawanie i bieganie, w czasie gdy wiele osób jeszcze śpi to taka moja perwersyjna przyjemność. Cała trasa, cały las, całe lotnisko tylko dla mnie. Ewentualnie, podzielę się jeszcze z jednym biegaczem co go regularnie mijam niemal w tym samym miejscu. I z pewną rowerzystką, która z entuzjazmem jak opisany wyżej macha do mnie radośnie. I z zaczynającą swoją biegową przygodę parą, która jak ja, w konspiracji przemierzała uliczki w okolicach wschodu słońca.

Takie poranne bieganie jest jak kubek mocnej kawy, takie espresso z widokiem na Resegone we Włoszech. Miło jest ruszać na spotkanie z codziennością, gdy mam świadomość, że zrobiłam już coś fajnego dla siebie. I cokolwiek się wydarzy w najbliższych godzinach, może zestresuje, zdenerwuje czy rozzłości, będzie łatwiejsze do zniesienia, rozwiązania, poradzenia sobie.

I jeszcze jestem eko – oszczędzam wodę łącząc kąpiel po bieganiu z poranną kąpielą 😉

Entuzjazm dziecka nie tylko na Dzień Dziecka

Kilka dni temu obchodziliśmy Dzień Dziecka i Internet zalała fala zdjęć nas samych z dzieciństwa. Z błyskiem w oku. Umorusanych. W dziwacznych strojach i pozach. Często w czerni i bieli. Czego sobie życzyliśmy? Za czym tęsknimy? Za dziecięcym entuzjazmem. Za tą niezmąconą niczym radością. Może bez głębszego sensu i bez konkretnie ustalonego celu. Żebyśmy jeszcze potrafili. Żeby coś nam ją w życiu dawało. Nie kasa, nowy ciuch, super auto i wypasiony dom. Ale pot, zmęczenie, wysiłek… Mnie – bieganie i góry. Wam – cokolwiek innego.

Koniecznie napiszcie, co to takiego?