W marcu, dosłownie rzutem na taśmę spędziliśmy w Gorcach piękny weekend. Zanim pandemia i ograniczenia rozkręciły się na dobre.

Wtedy to miał być prawie wiosenny weekend, a wyszedł jednak zimowy. I jeszcze w tym roku planujemy wrócić w Gorce, żeby zobaczyć jak wyglądają moje ulubione szlaki jesienią.

Dlatego zanim otwarte zostaną granice albo jeśli zdecydujesz się wspierać polską turystykę zapraszam właśnie w Gorce. W Gorce, gdzie po raz pierwszy dotarłam jako nastolatka. Później – długo, długo nic, aż wreszcie kilka wyjazdów z rzędu, kolejne wycieczki i nawet bieganie gorczańskimi szlakami.

Ponad 60 km w dwa dni

Podczas marcowego poszukiwania wiosny zaplanowaliśmy dwie wycieczki w moje ulubione miejsca. Najpierw z Przełęczy Knurowskiej czerwonym szlakiem przez Kiczorę na Turbacz. I powrót przez Bukowinę Waksmundzką do Łopusznej, a dalej podejście czarnym do czerwonego i już jesteśmy ponownie na Knurowskiej. Kolejnego dnia też wystartowaliśmy w tym samym miejscu, ale ruszyliśmy w kierunku Lubania. W okolicy Runka łatwo można wypatrzyć zejście do Ochotnicy Górnej, by tam żółtym szlakiem podejść przez Przechybę na Przełęcz pod Przysłopem, a dalej zielonym przez Jaworzynę Kamieniecką i czerwonym znowu na Przełęcz.

To szlaki, które w różnych wariantach i kombinacjach poznałam o różnych porach roku. Była już wczesna wiosna i to nawet dwa razy. Wiosna, już taka prawdziwa i w pogodzie i w kalendarzu. A także lato. Do kompletu brakuje mi tylko jesieni – ta jest już zaplanowano i prawdziwej zimy, chociaż może ostatni pobyt można jeszcze zaliczyć jako zimowy.

Gorce po raz pierwszy

W Gorcach po raz pierwszy byłam w ogólniaku. Ot, szkolna wycieczka, z której pamiętam tylko Turbacz z charakterystycznym betonowym słupem, schronisko i żętycę pitą u bacy na pobliskiej polanie. Później nie było mnie tam… 20 lat. I pewnie bym nie wróciła, gdybyśmy ponad sześć lata temu nie szukali miejsca na spokojny wielkanocny wyjazd. Wtedy trafiliśmy do Kamienicy i do Słonecznej Doliny. (Dziś gospodarze tego miejsca prowadzą jeszcze Gorczańską Kolibę, którą chętnie odwiedzę).

Turbacz, Gorce

I znowu na Turbaczu… Który to już raz…

Podobno do dziś nas tam pamiętają. Już w pierwszym dniu pobytu zgubiliśmy się w górach i nie obeszło się bez „telefonu do przyjaciela”. Kto chce poznać całą historię? Mówiąc w skrócie: pilnujecie mapy, bo w lesie pod Gorcem Kamienieckim (szlak z Ochotnicy Dolnej), nasza mapa w tajemniczych okolicznościach zniknęła z kieszeni. Kto wie, może leży tam do dziś. Jedno jest pewne – we mgle, bez mapy i znajomości terenu nie wiedzieliśmy, jak wrócić tam skąd wyszliśmy. Zasięg słaby, ale w końcu ratownikowi GOPR zaprzyjaźnionemu z naszymi gospodarzami udało się odgadnąć gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy.

A potem Gorce, Gorce i znowu Gorce

Teraz mamy już drugą mapę, bo od tego czasu w Gorcach byliśmy jeszcze kilka razy. Dwa razy w Ochotnicy Górnej. Raz mieszkaliśmy na końcu Osiedla Jamne, tuż pod… Gorcem Kamienieckim, a później na Osiedlu Jaszcze. Jeszcze później wyszukałam Widzimisię Chatkę i w Gorce znowu pojechaliśmy na Wielkanoc. To było jeszcze zanim o Widzimisie Chatce usłyszał świat. Na szczęście do chatki mamy jakieś dwie godziny jazdy autem, więc kiedy w marcu zwolnił się weekend, po prostu zaklepałam sobie pobyt. I to był ten rzut na taśmę przed pandemią.

Ochotnica – idealne miejsce, by być w sercu Gorców

Nie spodziewajcie się typowego górskiego kurortu. Nawet nie bardzo jest gdzie umówić się ze znajomymi na piwo – powiedziałam do Piotra podczas jednego z pobytów. (Choć może to akurat zdążyło się zmienić.) Gdy kilka godzin później od wypowiedzenia tych słów zeszliśmy do Szczawnicy, po niezbyt wyczerpującej wycieczce z Tylmanowej, wchodząc przy okazji na czwartą wieżę widokową na Koziarzu, miałam ochotę wypluć te słowa.

Gofry, lody, frytki… rowery, czterokołowce i inne dziwne pojazdy… wyciąg krzesełkowy, kajaki, spływy, ludzie, ludzie i ludzie… i korek, w którym stoją wszyscy co w niedzielne popołudnie chcą wrócić do Krakowa. Uciekamy – myślę – wracajmy do Ochotnicy, gdzie cisza, spokój (z wyjątkiem półtoragodzinnego bicia dzwonów w niedzielny poranek, do dziś nie wiem dlaczego te dzwony biły przez półtorej godziny?!)

Gorce dają radę nawet w długi weekend

O wyższości Ochotnicy i Gorców nad Zakopanem i Tatrami przekonałam się podczas pewnego majowego pobytu. W czasie słynnego długiego weekendu tam było niemal pusto. A do nas docierały internetowe przekazy o długości kolejki i czasie oczekiwania do kasy, by zapłacić za wstęp do TPN i zobaczyć Morskie Oko.

Na gorczańskich szlakach ludzi garstka, a Tatry widać stamtąd lepiej niż z drogi asfaltowej do Morskiego Oka. Kolejny długi weekend, tym razem sierpniowy i jest tu podobnie. Choć turystów nie brakuje, tłumów nie ma.

Pretekstem do wyjazdu może być bieg – Gorce Ultra Trail – organizowany w Ochotnicy od 2016 roku. Jeszcze mam wrażenie, że dopiero co brałam udział w pierwszej edycji, a już organizatorzy szykują się do piątej, choć zapewne w zmienionej formule (znowu epidemia). Zapisy trwają, a w pierwszy sierpniowy weekend można pobiec na jednej z czterech tras – 102, 84, 48 lub 12 km.

Gorce Ultra Trail

Organizatorzy już podczas pierwszej edycji zadbali, by tym co w Gorce dotarli po raz pierwszy i tym co przyjechali kolejny już raz, pokazać wszystko co Gorce mają najpiękniejszego. Ja dodałabym jeszcze wbiegnięcie na Magurki – pomysł do wykorzystania na przyszły rok. (I wygląda na to, że organizatorzy czytali mi w myślach, bo średni dystans jakby się wydłużył z zahacza właśnie o Magurki).

W 2016 r. wybrałam trasę średnią – 43 km – z Ochotnicy Dolnej do Górnej przez Lubań, Przełęcz Knurowską, Kiczorę, Jaworzynę Kamieniecką. Na początek pięć kilometrów asfaltu (w połowie odcinka już zaczęłam się nudzić!) i wreszcie najtrudniejsze na moim dystansie podejście na Lubań. Strome podejście. Najbardziej strome podejście poza Tatrami. Zwieńczone zameldowaniem się na szczycie 20-metrowej wieży. Od startu zajęło mi to niewiele ponad 2 godziny.

Drogę na szczyt umilają widoki – wschód słońca gdzieś po drodze i Tatry na horyzoncie, mgły snujące się w dole. Jedyne zdjęcia jakie zrobiłam na trasie to właśnie to z wieży na Lubaniu. Ruszyłam dalej wierząc, że teraz będzie już tylko już łatwiej.

Z pamiętnika biegaczki – bieg w Gorcach

Kolejny etap jaki sobie wyznaczyłam to 13 km do Przełęczy Knurowskiej, tam jest punkt żywieniowy. Najpierw jednak stromo schodzę w dół po ruszających się pod stopami kamieniach. Jeszcze chwila i można zacząć biec. Biegnę, idę, biegnę, idę. I tak na przemian. Pod górkę maszeruję, w dół i po płaskim biegnę. Spokojnie mijają kolejne kilometry. Staram się rozglądać na boki, gdy tylko jest szansa na widoki. Ostatnie kilkaset metrów do punktu z jedzeniem pokonuję czując ssanie w żołądku. A dwa batoniki już zjadłam. Nareszcie! Arbuzy, pomarańcze, żurawina i coca-cola! Zostałabym tu dłużej, ale czas nagli, a ja chciałabym się zameldować na mecie około południa. Ruszam dalej. Trasę znam więc wiem, że aż do Kiczory więcej będzie marszu niż biegu. Ale kilka odcinków udało mi się przetruchtać. A nawet wyprzedzić kilku biegaczy. Wybaczcie biegacze – dumna jestem z siebie, bo na co dzień po górach nie biegam.

Przed Kiczorą mija mnie dziewczyna z psem. Nie staruje w zawodach, ot biegnie sobie i mnie zostawia w tyle. Ostatnie metry na Kiczorę, widok na Magurki po prawej stronie i Lubań bardzo daleko stąd. Tam dziś byłam myślę i skręcam w lewo. Wolontariusz uprzedza, że za 300 metrów decyzja – w lewo czy w prawo, czyli 80 km czy 43. Wiadomo, 43! Co prawda odnotowujący mnie chłopak nie krył rozczarowania, ale ja spieszę się przecież na obiad.

Trasa tego biegu to wciąż jedna z moich ulubionych wycieczek w Gorcach

Mówiłam już o pustych szlakach i niewielu turystach. Od wielu kilometrów jestem właściwie sama. Przede mną majaczą dwie sylwetki biegaczy, doganiam ich na Jaworzynie i stąd aż do mety tylko samotność. Nikogo nie ma obok mnie, mijam zaledwie kilka osób. Jest sobotnie przedpołudnie i długi sierpniowy weekend. Ale już mnie to nie dziwi. Teraz najprzyjemniejsze kilometry. Właściwie płasko, przez mostki, łąki i lasy. Do rozwidlenia, a potem już tylko żółtym szlakiem i przez pola do mety. Po drodze pierwszeństwa ustępuje mi podchodząca z Ochotnicy grupa. Chyba zrobiłam na nich wrażenie, bo pytają na ile kilometrów ten bieg. I to jedyna okazja by zamienić z kimś dwa słowa.

Ratownik na polanie… chyba nawet mnie nie słyszał. Drzemał albo podziwiał widoki z pozycji horyzontalnej. Jeden podbieg dalej i kilka kilometrów dalej przycupnęła Róża z aparatem. Podobno wyglądałam całkiem dobrze, ale tylko machnęłam ręką i mruknęłam powitanie. Do mety, odpocząć, pić i jeść! W takich momentach zawsze przypominam sobie dlaczego tak lubię biegać w okularach słonecznych, nawet gdy promieni niewiele. Raz, że muszki nie wpadają mi do oczu, ale po drugie i ważniejsze – że mój wytrzeszcz oczu nikogo do biegania nie zniechęci. 3 km do mety, 2 km… jeszcze jakaś łąka skoszona, dwa pniaki do przekroczenia, ścieżka polna i kamienie i asfalt na koniec. Uwaga zmiana nawierzchni – mówię do siebie – i tup tup zamienia się w łup łup.

Strażak zatrzyma dla mnie ruch, ktoś zaklaszcze i zdopinguje, forpoczta dzieciaków zaanonsuje przed metą. Medal – cudownie, że drewniany – i można się zatrzymać. Przed południem nie zdążyłam, spóźniłam się 29 minut, ale zdublować nie dałam – najszybszy zawodnik na trasie o długości 80 km przybiegł za mną. Teraz kibicowanie, prysznic i odpoczynek. Pobyt w Gorach jeszcze się nie kończy – jeszcze dwa dni wędrowania.

W Gorcach nie trzeba biegać!

Opisana wyżej trasa to idealna trasa na tak zwaną górską wyrypę. 43 km pięknego wędrowania. Trasa mojego biegu Turbacz omijała, więc dwa dni po biegu, na najwyższy szczyt poszliśmy z Nowego Targu. I znowu godziny marszu w ciszy i spokoju.

W Gorcach najbardziej lubię Magurki

Jednak jednym z moich ulubionych miejsc są Magurki. Pierwszy raz trafiliśmy, wybierając przypadkową dróżką po zejściu ścieżką przyrodniczą z Kiczory. Kolejny – przed biegiem – gdy wybraliśmy się ścieżką edukacyjną zobaczyć pomnik upamiętniający katastrofę lotniczą bombowca Liberator.

Magurki z ich polanami i widokami to jedno z piękniejszych miejsc. Mamy jeszcze ochotę zobaczyć Kurnytową Kolibę – pochodzącą z 1839 roku i dziś będącą najstarszym drewnianym, niesakralnym obiektem budownictwa drewnianego w Ochotnicy. Była tu baza partyzantów, później okresowo gospodarzyli harcerze, teraz świeci pustkami. Trafiliśmy tu trochę na przełaj, przez las, stromym zboczem, zamiast wybrać wygodny Szlak Kultury Wołoskiej.

Z tej wycieczki wracałam z jeszcze jedną zdobyczą. Tuż przy ścieżce rósł przepiękny koźlarz czerwony i nawet ja, niezbierająca grzybów go wypatrzyłam. Wcześniej tylko fotografowałam piękne, czerwone okazy.

Gorce – mało turystyczne, mało komercyjne

Gdybym miała napisać o jeszcze jednej zalecie Gorców – i mam nadzieję, że jeszcze długo tak będzie – to bardzo przystępne ceny. Przed laty poznawaliśmy Gorce nocując w agroturystykach za 25 zł / osoba.  A do tego można było zamówić dwudaniowy obiad, w niedzielę jeszcze z deserem. Najadał się nawet wymagający Piotr. Wiadomo, że wędrując po górach czy biegając zjeść można sporo, więc doceniałam dokładki i do dziś wspominam domowe pierogami z borówkami.

O wyższości Gorców nad innymi górami

Było już o wyższości Ochotnicy nad Szrenicą, będzie o wyższości polskich gór nad Grecją. Wtedy tak bardzo, na nowo spodobały mi się polskie góry, że zamiast kurortu i kilku-gwiazdkowego hotelu zaplanowałam na wakacje Karkonosze. I tamten tygodniowy pobyt, to też był po latach mój wielki powrót.

Może się okazać, że w tym roku okoliczności zmuszą nas do zostania w Polsce. Że wyjazdy i wakacje w większości spędzimy w polskich górach. Po cichu mam już nawet Plan B – Góry Izerskie i Śnieżnik czekają. Miło by było przy tej okazji móc odwiedzić naszych południowych sąsiadów.