Trzy miesiące temu publicznie przyznałam się, że nie umiem jeździć na rowerze. I równocześnie zadeklarowałam, że czas to zmienić. Czas podsumować ostatnie tygodnie i próby nauczenia się jeździć na rowerze. Dla formalności przypomnę tylko, że uczę się jako dorosła kobieta, bo w wieku kilku lat nie nabyłam tej umiejętności.

Pamiętasz jak skończyłam? W JA I MOJE WYZWANIE. CZAS NA NAUKĘ postanowiłam kupić sobie rower i nauczyć się na nim jeździć. A stało się trochę inaczej. Nie jest łatwo nauczyć dorosłą osobę jeździć na rowerze. I choć dzisiaj nie mogę jeszcze powiedzieć, że umiem, to mogę powiedzieć, że jadę. I do umiem – jest coraz bliżej.

Czy z nauką jazdy na rowerze jest jak z jazdą samochodem?

Kiedy ponad 20 lat temu robiłam prawo jazdy też wydawało mi się, że nie dam rady. No nie nauczę się! Do dziś pamiętam pierwsze próby na parkingu. Próbę zrozumienia, który pedał to gaz, który hamulec, a który sprzęgło i jak to ze sobą skoordynować, żeby auto ruszyło płynnie do przodu. Prawie uwierzyłam wtedy, że nie dam rady, prawie dałam sobie wmówić, że się nie nauczę, że zwyczajnie się do tego nie nadaję. Nie mam talentu, albo wręcz przeciwnie jestem kompletnym beztalenciem.

Od ponad 20 lat mam prawo jazdy! Zdałam egzamin za pierwszym razem. Uwielbiam parkować kopertą i nigdy nie spędzała mi ona snu z powiek. I dzisiaj po prostu lubię jeździć.

Mam prawie 43 lata i nie umiem jeździć na rowerze

Teraz przeżywam to samo. Też właśnie uczę się jeździć, tyle że na rowerze. I mam dokładnie te same wątpliwości. Jakim cudem skoordynować kierownicę, pedały i równowagę. Zachować pion, jechać do przodu i nie ściskać kierownicy z całych sił. I jeszcze hamować kiedy trzeba.

Najpierw po prostu chciałam sobie kupić rower. Kupić i pojechać. Śmieszne, co?! No przecież we śnie wsiadłam i pojechałam. Pamiętam nawet ten wiatr we włosach. Usiądę i pojadę. Nic z tego!

Może od dzieci się nauczę?

Dzieci to mają łatwiej. Przede wszystkim się nie boją. Porażki. Śmieszności. Upadku. A ja, choć niska, mam do ziemi znacznie dalej niż taki 3-latek, który pomyka na swoim rowerku, oczywiście bez wsparcia dodatkowych, bocznych kółek. Oglądam się więc za dziećmi – ale nie tymi w wózkach – ale na rowerkach. Im młodsze, im lepiej sobie radzi, a wręcz mknie bez strachu, tym ja gapię się z większym zachwytem.

Roweru nie kupiłam. Doczekałam się jednak odmrożenia miejskich rowerów i postanowiłam spróbować. Te w Bielsku-Białej podczas pierwszej próby uznałam jednak za zbyt wysokie i ciężkie. Nie mam dość siły, by na nim manewrować.Musiałam poszukać innego rozwiązania.

Później w moim przedpokoju zaparkował rower w kwiatuszki. Powiedzmy wersja młodzieżowa. Lekko dostaję palcami do ziemi. Wieczorami ćwiczymy. Próbuję odpychać się nogami i zachować pion. Próbuję zacząć pedałować. Zsuwać się z lekkiej górki i delikatnie hamować. Jak Piotr trzyma rower i mnie na nim to udaje mi się przekulać kawałek. Mało. Marne postępy. Nie ma spektakularnego sukcesu.

Może jednak inaczej trzeba zacząć naukę jazdy na rowerze

W międzyczasie odezwał się mój znajomy Tomasz. Swoje dzieci nauczył jeździć, więc dostałam od niego instrukcje:

Asiu, pierwszy ruch jest jak na hulajnodze. Jedna noga na pedale stoi (ciężar ciała na niej) drugą odpychasz się dynamicznie od podłoża. Tą, która odpychała przekładasz na drugą stronę stawiając na pedał oraz siadając na siodełku. Kręcisz i jedziesz. Żaden kolarz nie dostaje nie obciągniętą stopą do ziemi!!
Pohulajnoguj sobie tak na początek odpychając się i stojąc na jednej stronie i tocząc się. Potem pedał pod pierwszą nogę ustaw na górze i stając na niego uzyskujesz początkowy rozpęd, już się nie trzeba odpychać.😊

Ok, próbowałam, coś idzie nie tak na tym rowerze w roli hulajnogi. Może pół metra przejadę, ale to tyle.

Wracam więc do metody z dotykaniem ziemi i odpychaniem się jak dzieciak na rowerku bez pedałów.

W międzyczasie okazało się, że nie jestem jedyna. Nie no jasne, nie jestem aż taka wyjątkowa. Ania, Adka, Ewa, Natalia, Kasia, Jola, Magda, jeszcze jedna Joanna, Marzena też nie umiały albo jeszcze nie potrafią jeździć na rowerze. Albo właśnie się nauczyły. A nawet już przejechały kilkadziesiąt kilometrów.  To znaczy, że można. Po kilku tygodniach tych komentarzy było już kilkanaście, a ja wciąż w lesie z nauką jazdy.

Bierzemy byka za rogi, czyli jeszcze jedna próba

Wieczór, tuż po godzinie 21. Kilka osób spaceruje z psami po moim torze jazdy. Czekam aż teren będzie czysty. Pamiętam, że jak uczyłam się jeździć na nartach to na stoku wjechałam w inną narciarkę, bo nie wiedziałam jak ją ominąć. Nic nam się nie stało, ale teraz wolę z góry uniknąć podobnej sytuacji. Piotr trzyma kierownicę i wołając „pedałuj, pedałuj” biegnie obok mnie. Więc pedałuję. Nawet udaje mi się korygować tor jazdy. Lekko korygować. I nagle Piotra nie ma (nie, nie wpadł pod koła), a ja jadę dalej. Kilka metrów. Pedałuję, jadę i wołam: jadę, jadę, widzisz to! Widzi. Podobna sztuczka udaje się jeszcze raz.

I wiecie co – to jest niesamowite uczucie! Siedzieć i jechać. Kilka metrów. A jak to musi być niesamowicie jechać kilkaset metrów, kilka kilometrów, ile się chce i dokąd się chce! Więc jeśli potrafisz jeździć na rowerze to posiadasz fantastyczną umiejętność, która daje poczucie wolności.

Ale wracamy do nauki. Dwie bardziej udane próby, ale częściej jednak się nie udaje. A to przechylam się z rowerem, a to nie trafiam w pedały, a to wjeżdżam w krawężnik. Zamiast hamować zeskakuję z roweru, albo próbuję się zatrzymać w miejscu. Albo w ogóle nie udaje mi się ruszyć.

– Ostrzegaj, że hamujesz – mówi Piotr. Będzie trudno – myślę – równocześnie hamować i ostrzegać.

Podobno ta sztuka z przejechaniem kilku metrów udała mi się jeszcze raz. To co otwieramy szampana? Nic z tego. Na dwie krótkie udane próby, co najmniej dziesięć to porażka.

Krok za krokiem i nie od razu Rzym zbudowali

Dumę i ambicję mogę sobie schować do kieszeni. Nie tak prędko kochana. Nie tak szybko się nauczysz. Nie ma, że wsiadasz i jedziesz. Poobijasz się jeszcze, rozzłościć, pewnie nawet przewrócisz.

Wyobraźnia przed snem podpowiada mi najczarniejsze scenariusze. Upadek, głowa… Ok, zamawiam kask. Miała być kolejna lekcja, ale właśnie rozszalała się burza. Żeby jakoś wykorzystać ten czas wybieram kask. Pewnie od tego powinnam zacząć, ale zaczęłam od pożyczenia roweru. Po co mi kask, gdyby okazało się, że nie mam talentu albo mam problemy z równowagą.

I jeszcze zamiast lekcji praktycznych – teoretyczna

Z eksperymentów i z obliczeń wynika jednak, że efekt żyroskopowy nie jest w stanie utrzymać w pionie i roweru i jadącego na nim człowieka

– mówi fizyk Tomasz Rożek na kanale Nauka. To lubię. Nie pozostawia mi tym samym jednak żadnych złudzeń.

 

Zapada decyzja, że ten rower, który mam jest za mały, że muszę na większym, żebym sobie zębów kolanem nie wybijała. Jest, znowu pożyczony, tym razem sponsorem nauki jazdy jest Katarzyna. Oddała mi swój własny rower! Zaczęłam w poniedziałek. Piotr trzyma za kierownicę i biegnie, puszcza – zeskakuję z roweru. Wpadam w panikę. Ale powoli, powolutku łapię równowagę. Nie wiem jak, nawet się nie zorientowałam, jak Piotr puścił mnie, a ja odjechałam. Chwilę później znowu wpadłam w panikę, ale poczułam ten wiatr we włoskach (ten ze snu!). Pot ciurkiem leje mi się po plecach, nie z wysiłku fizycznego, tylko z tego jak się staram.

Z każdą lekcją jest łatwiej! Z każdą godziną jadę dłużej i chcę więcej. Nawet lekko hamuję, zamiast zeskakiwać z roweru. Ale jest i tak, że spektakularnie przewracam się z rowerem na szczęście na trawę. I rzucam pod nosem przekleństwa. Środowa i czwartkowa lekcja to prawdziwy przełom! Piotr puścił siodełko, które jak twierdzi lekko tylko trzymał a ja pojechałam! To uczucie! Ja jadę, sama jadę. Jadę i krzyczę na pół osiedla. To był ten moment, gdy pomyślałam, że wszystko mi jedno co inni sobie myślą. Jeszcze tylko w trosce o innych czekam aż przejdzie Pani z psem, przejdzie człowiek wpatrzony w komórkę.

Największe wyzwanie – ruszyć z miejsca

Ta dosłownie i w przenośni. Ruszyć, czyli zacząć, przełamać się. Zapomnieć o wstydzie, o innych, o wieku, o tym, że przecież można żyć bez tej umiejętności. Ale też ruszyć. Nacisnąć jeden pedał, potem drugi i pokulać się do przodu. Jeszcze tego nie umiem, jeszcze potrzebuję pomocy, by nadać mi prędkość początkową. Ale jak już złapię rytm to jadę. Aż mi się bezpieczna droga skończy. W czwartek, najwyraźniej po raz kolejny, gdy ćwiczyłam pod osłoną półmroku, spotkałam mężczyznę, który o tej porze wychodzi na spacer z psem. – Coraz lepiej Pani idzie – powiedział. A ja poczułam dumę! Wtedy zapadła decyzja, że znowu czas na większy rower. Że spróbujemy na miejskim.

 

I ten film to efekt sobotniej lekcji. Choć w pierwszej chwili zwątpiłam. Wielki, ciężki ledwo sięgam palcami do ziemi. Jakoś wysoko siedzę. Kierownica z koszykiem. No już miałam się poddać. Pierwsza próba, druga, kolejna i nagle tuptanie Piotra zostało gdzieś w tyle. To znaczy… że jadę sama… zupełnie sama… ok, oddychaj, trzymaj pion, nie panikuj. Nie panikuj, nie bój się, tylko jedź przed siebie. Udało się jadę! Co prawda miłego pana z psem z daleka ostrzegałam, że ja nie umiem jeździć, ale chyba mi nie uwierzył. A powinien! Bo wciąż nie umiem skręcać i nie wiem jak ruszyć z miejsca.

Ale wiesz co?! Nauczę się!

Teraz już wiem, że się nauczę. I chcę rower! Taki własny, piękny, ale i lekki, taki na którym będzie mi łatwiej, ale też bardzo przyjemnie. I już marzę o pierwszej wycieczce, już planuję kolejną lekcję, już szukam miejsc, gdzie nie stwarzając zagrożenia dla innych będę mogła ćwiczyć ruszanie i skręcanie.

Jeśli spotkacie dorosła osobę, być może właśnie kobietę, bo to same kobiety odezwały się do mnie pod pierwszym postem JA I MOJE WYZWANIE. CZAS NA NAUKĘ, która dziwnie się chwieje, jedzie zygzakiem, zeskakuje, wpada na krawężnik i mruczy coś pod nosem, to powiedzcie jej dobre słowo. Że da radę, że sobie poradzi i się nauczy. Że coraz lepiej jej idzie. Ona już i tak przeszła długą drogę. Za nią stoi jakaś historia i przełamany strach.

Patrząc z wielkim oczekiwaniem w przyszłość, ale też z niecierpliwością, bo chciałabym widzieć efekty jeszcze szybciej, żałuję tylko, że tak późno podjęłam wyzwanie. I tak późno się przekonuję, że na naukę nigdy nie jest za późno. A moje różnokolorowe siniaki? To efekt nauki, z dumą je prezentuję. Bo siniaki znikną, a umiejętność jazdy na rowerze zostanie.