Patrząc na swoją kolekcję górskich plecaków zauważyłam jak bardzo zmieniły się moje potrzeby i rozmiary plecaków. Moje potrzeby rosną, a odwrotnie proporcjonalnie do nich – plecaki górskie maleją.

Matematyka to królowa!

Ups! Co to jest proporcjonalność odwrotna – zapytasz! Ups! Zapomniałam, że nie wszyscy kochali matematykę w szkole. To taka sytuacja, gdy jedna wartość rośnie, a druga maleje, i co ważne o tyle samo. Coś czuję, że niedługo napiszę post, by przekonać Cię, że matematyka jest w codziennym życiu bardzo przydatna.

Wybór plecaka nie jest taki łatwy

Ale wracając do tematu – odpowiedź na pytanie jaki plecak górski kupić, dzisiaj nie należy do łatwych. Ilość modeli, rozmiarów i kolorów potrafi namieszać w głowie i utrudnić podjęcie decyzji. Kiedyś, czyli na początku mojej górskiej drogi, to jednak było łatwiej. Brało się co było i jeszcze cieszyło. Rym nie jest zamierzony!

A teraz można pomarudzić i powybrzydzać. Damski. Kolor. Pojemność. Zastosowanie – dla zaawansowanego turysty w wysokie góry czy bardziej trekkingowy. Dodatkowe rozwiązania. Cena. Promocja. Wytrzymałość. Trendy.

Mój pierwszy plecak ze stelażem

Dawno, dawno temu… za siedmioma górami… Był sobie mój pierwszy górski plecak. Na dodatek, wcale nie mój.

Pierwszy plecak jaki pamiętam towarzyszył mi podczas mojego pierwszego wejścia na Turbacz w czasach ogólniaka. To był pożyczony od kuzyna plecak ze stelażem. Pewnie 30, 20 lat temu wielu z Was miało taki właśnie plecak. Taki plecak to było COŚ! Wiadomo było, że ma się do czynienia z górskim wyjadaczem. Ogromny, ciężki, ale z tym kultowym zewnętrznym stelażem. Do dziś pamiętam efekt tamtej wędrówki. Jeden – śmieszny. Przy moim wzroście poniżej 160 cm, z tyłu to wyglądało tak jakby do plecaka dołączone były dwie nogi. Nogi były i są krótkie dość, a wówczas były też wolne. Całość mozolnie wdrapywała się na górę. Nic ponad górną klapę nie wystawało.

Drugi efekt, do którego wtedy nikomu się nie przyznałam, to dwie wbijające się w plecy metalowe klamry od szelek plecaka. Zanim dotarłam na Turbacz miałam dwa ogromne sińce, a plecy długo mnie w tym miejscu bolały.

Niestety, a może na szczęście, nie znalazłam żadnego zdjęcia z tym plecakiem. Dzisiaj miałby zapewne całą sesję fotograficzną, ale to były czasy sprzed telefonów komórkowych, a własny aparat fotograficzny to był luksus.

Jeśli jesteś zbyt młody, by pamiętać te plecaki, to te zdjęcia warte są obejrzenia. Na ostatnim doskonale widać, klamry, które wbijały mi się w plecy.

Alpinus K2 choć wcale na K2 się nie wybieram

Kilka lat później dorosłam do samodzielnych górskich wycieczek, a zatem także do własnego plecaka. Dwadzieścia lat temu to był wydatek! Ogromny, 70-litrowy, dwukomorowy plecak nieistniejącego już Alpinusa. Dokładnie taki jak na tej licytacji. Bordowy. Z wielką kieszenią w klapie.

Z kominem, który zwiększał pojemność o 15 litrów, pasem biodrowym, regulowanym systemem nośnym i z bocznymi pasami. Ależ miałam plecak! Ogromny – dziś zapakowałabym pół swojej szafy i  ciężki – sam plecak ważył 5 kg. Służył mi przez wiele lat.

Do dziś się zastanawiam jakim cudem ja szłam z nim Orlą Percią! Od Kasprowego, przez Świnicę, do Koziego Wierchu, a stamtąd do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Wciąż pamiętam jak walczyłam na ostatnich metrach pod Kozim Wierchem. Tam jest taki niewielki komin, którym trzeba podejść. Ja się mieściłam, ale mój plecak już nie. I choć zastąpiłam go kolejnymi plecakami, to właśnie stary, poczciwy i wielki Alpinus pojechał ze mną na Elbrus i Aconcaguę. Tam był po prostu plecakiem transportowym. A na szczyt szłam już z wersją luksusową marki Vaude!

30 litrów mniej, czyli Vaude

Ten zakup to był bardzo dobry wybór. Tym razem uznałam, że potrzebuję plecaka nie tyle na 30. urodziny, ile na wyprawę, którą zaplanowałam. W sierpniu 2007 roku z okazji bardzo okrągłych urodzin postanowiłam wejść na swój pierwszy trzytysięcznik. I uznałam, że powinnam mieć odpowiedni plecak. Taki, do którego zapakuję się na kilka dni wędrówki, taki który pomieści śpiwór, ubrania, jakieś jedzenie. Podstawowe rzeczy. I to przy tej okazji zapadła decyzja to zakupie plecaka tzw. średniego.

Wysokie Taury, dziewczyna, Vaude

Lata świetlne na rynku outdoorowym

Oba plecaki dzieli kilka lat, ale na rynku outdoorowym to lata świetlne. Przede wszystkim dostrzeżono, że w góry chodzą też kobiety, więc czas pomyśleć o typowo kobiecych modelach. I nie chodzi to tylko o kolor, ale o budowę i dopasowanie do kobiecej sylwetki.

Ale jednak, chodzi też o kolor. Mój nowy plecak najpierw urzekł mnie kolorem. Czerwonym. A później detalami. Dwie komory, które można połączyć w jedną całość. Regulowany system nośny. Pas biodrowy. Raincover ukryty w dolnej części plecaka. Wewnętrzna kieszeń z możliwością wyprowadzenia rurki z bukłaka! Tak tak! Trzynaście lat temu nie miałam jednak pojęcia jak bardzo ułatwia to życie. Wodoszczelna kieszeń na mapę. Kieszeń w klapie i z przodu plecaka. Troczki na kije i czekan. Boczne pasy. Boczne kieszenie z siatki.

Tyle moich wrażeń. TUTAJ znajdziecie recenzję mniejszego o 10 litrów i młodszego 1 rok modelu. Wygląda do złudzenia jak mój.

Vaude pojechał ze mną prawie na koniec świata

Mój plecak Vaude ma za sobą wiele pięknych tras. Bo przecież razem weszliśmy na Grossvenediger – to ten trzytysięcznik na 30. urodziny. Przeszliśmy Korsykę szlakiem GR 20. Zapakowałam do niego całe swoje życie na dwa tygodnie. Na zewnątrz była jeszcze butelka z wodą, śpiwór i mata do spania. Na postojach budził duże zainteresowanie 😉

konie przeszukują placek, Korsyka GR 20

Kilka razy zabrałam Vaude w Tatry – moim zdaniem jest idealny na 3-4 dniowe wycieczki, kiedy trzeba zabrać śpiwór, coś do jedzenia i kilka warstw ubrań. Później pojechaliśmy razem pod Grossglockner – na szczyt weszłam tylko ja, jego zadaniem było dostarczyć niezbędny sprzęt do schroniska.

Plecak Vaude na zasłużonej emeryturze

Dzisiaj Vaude ma się całkiem dobrze. Został wyprany i większych uszkodzeń nie zanotowałam. Na basie biodrowym przetarł się materiał. Ale poza tym, idziemy dalej drugą już dekadę. I wciąż dużo podróżujemy, choć Vaude ma teraz swoją zasłużoną emeryturę. I znowu, jak poprzednik Alpinus, stał się plecakiem transportowym. W pewnej niskobudżetowej linii lotniczej idealnie spełnia wymagania bagażu podręcznego. Mieści się w luku bagażowym, a ja potrafię zapakować się do niego na wakacyjny wyjazd.

Plecaki mniejsze, czyli Campus 20 litrów

Ponad 20 lat towarzyszył mi plecak Campus o pojemności 20 litrów. Prosty i tani. Miał być plecakiem na jednodniowe wycieczki i swoją rolę spełnił. Kupiłam go za pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze i mam go do dziś. A to zakup sprzed ponad 20 lat. Żadnych bajerów. Duża komora. Jedna kieszeń zewnętrzna. I jedna mała wewnętrzna kieszonka zapinana na zamek. Regulowane szelki i tyle. Zamiast pasa biodrowego z prawdziwego zdarzenia zwykły pasek. Z tym plecakiem przeszłam jednak wiele szlaków. Nie tylko tych okolicznych, w Beskidach. Campus spędził ze mną kilka wyjazdów w Tatry. Bieszczady. Alpy Julijskie w Słowenii. Właściwie to towarzyszył mi jeszcze niedawno w górach, a potem używał go nawet Piotr. Na co mam dowody. Później Camus jako zbyt staroświecki i pozbawiony pewnych przydatnych rozwiązań skazany został na emeryturę. Jednak wciąż go mam i może jakiś początkujący turysta będzie chciał go jeszcze zabrać w góry.

Podstawowa wada – jedna komora. Do tego co na dnie trudno dosięgnąć. Choć zamek otwiera go gość szeroko. I brak tego pasa biodrowego. Dopiero z czasem zrozumiałam, że ciężar plecaka warto jednak rozłożyć i nie nieść całości na ramionach.

W temacie górskich plecaków czas na minimalizm

Im więcej chodziłam po górskich szlakach tym bardziej ceniłam sobie szybkość. Nie chodzi o to by biec – bieganie po górach to trochę inny temat – ale by być dość szybkim, by planować długie wycieczki. Żeby być szybkim warto być lekkim. Mieć mały plecak i mało w środku. Plecak, który w tej chwili najczęściej towarzyszy mi podczas jednodniowych wycieczek jest o połowę mniejszy od Campusa.

Kobieta w różowym stroju na tle różowych kwiatów na Okrągliku

Wkomponowałam się w plener – ja na różowo, a w tle różowa wierzbówka kiprzyca

To Tensor Lowe Alpine ma zaledwie 10 litrów, a potrafię zabrać do niego całkiem sporo. Podczas ostatniej wycieczki w Beskidy zapakowałam:

  • kurtkę Goretex
  • koszulkę z długim rękawem
  • butelkę z wodą 0,7 l (ale jest też wewnętrzna kieszeń na bukłak z wodą)
  • coś do jedzenia
  • drobiazgi: telefon, dokumenty i kartę, krem do opalania, środek odstraszający robale, mapę.

I jeszcze było miejsce. Jasne – ze mną jest druga osoba, która ma plecak tej samej marki, 18-litrowy. I to Piotr niesie apteczkę oraz dodatkową wodę i więcej jedzenia.

Jedna komora zapinana jest na dwukierunkowy suwak. Z przodu plecaka elastyczna kieszeń mieści powyższe drobiazgi. Kieszonka wewnętrzna na suwak z klipem na klucze. Plus kieszeń na bukłak. Pas biodrowy (moim zdaniem pasek to najsłabszy element tego plecaka, zmechacił mi koszulkę) i piersiowy z gwizdkiem. I wielki plus za wagę – 350 gram.

Dziewczyna na tle górskiej panormay, Alpy Bergamskie

I najważniejsze! Mój maleńki plecak ma najbardziej różowy kolor na świecie! Nie ma szans, by mnie nie zauważyć. Żeby było jeszcze bardziej minimalistycznie – zanim trafiłam na odpowiedni model i kolor przez jakiś czas używałam w górach swojego biegowego plecaka Kalenji. Mniejszego o kolejne litry. Mieściłam to samo? No prawie. Kurtka i bluza były zawsze na zewnątrz przytroczone linkami, które ten model posiada. Takie rozwiązanie sprawdzało się szczególnie podczas włoskich wakacji. Gdy najważniejsza była woda, dużo wody i mapa. A do jedzenia wystarczyły mi zbożowe batoniki.

Kobiecy i z kwiatuszkiem, czyli Futura SL 24 l

Futura miała zastąpić Campusa, ale dzisiaj to raczej rozwiązanie między Lowe Alpine a Vaude. Jest idealna na zimowe wyjścia, gdy zabrać trzeba jednak trochę więcej rzeczy. Ale najbardziej sprawdza się na 2-3 dniowych wędrówkach w górach. 24 litry, a jest podział na dwie komory. Dolna mniejsza, spokojnie zmieści jednak śpiwór. W razie potrzeby można je połączyć. Pojemność tego plecaka jest tak uniwersalna, że nawet wyjeżdżając na delegację czy szkolenia podróżuję z plecakiem. Nie tylko dlatego, że nie posiadam żadnej walizki. Plecak jest dla mnie o wiele wygodniejszy. Ręce mam zawsze wolne, niczego nie ciągnę i nie podnoszę, a zmieniając środki komunikacji jestem szybsza. A przy tym choć to plecak, dzięki maleńkiemu szczegółowi, wciąż jest bardzo kobiecy.

Z Futurą dopiero się poznajemy, ale była już ze mną na Orlej Perci na dwudniowym wyjeździe. Zabrałam ją także w Wielką Fatrę, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że potrafię się zapakować w coś zdecydowanie mniejszego.

To co szczególnie w niej doceniam to wykorzystanie technologii Deuter Aircomfort. Moje plecy od plecaka oddziela przewiewna siateczka, co daje większą wentylację, a mówiąc wprost – pot nie leje mi się po plecach i jeszcze niżej.

Kobiecy Deuter to także plecak ze stelażem

Pamiętacie mój pierwszy plecak ze stelażem? Tym co z nim na Turbacz szłam? Deuter Futura SL 24 też ma stelaż. Wewnętrzny i wykonany ze stali sprężynowej.

Plecak waży mniej niż 1,4 kg, nawet z uroczym kwiatuszkiem.

Dziewczyna z plecakiem na szlaku w Tatrach

fot. Piotr Stanek

Plecaki górskie na każdą okazję

Jak dobrze liczę mam ich w sumie 6. I można na nich prześledzić jak zmieniały się możliwości i potrzeby turystów. Bo mowa o turystach, a nie o wspinaczach, których sprzęt to zupełnie inna historia.

I jestem starsza tym plecaki są mniejsze

70 litrów, 40 litrów, 20 litrów, a teraz 10 l. Zamiast wielkiego i ciężkiego wora w burych kolorach, mam maleńki i rzucający się w oczy plecaczek. Ale nie kolor i waga to jedyna różnica. Raczej drobiazgi, które ułatwiają wędrowanie.

Miejsce na bukłak i rurkę to już standard. Podobnie jak pokrowiec przeciwdeszczowy ukryty w dnie plecaka – nie ma go tylko Lowe Alpine, ale tam już nie byłoby go gdzie upchnąć. Linki, uchwyty, kieszenie i kieszonki. Niby małe rzeczy, a pozwalają wygodnie się spakować i najpotrzebniejsze rzeczy mieć zawsze pod ręką. Mojego 10 litrowego plecaczka nie zdejmując go z pleców, potrafię wyjąć z zewnętrznej kieszeni mapę czy inny potrzebny drobiazg. Szybko i bez zatrzymywania się. Sprawdzam potrzebne informacje i cały czas idę przed siebie. Podczas długich lub szybkich tras, albo gdy liczy się czas bo trzeba zdążyć przed letnią burzą to nie jest taki nieistotny szczegół.