Czy ja właśnie „wygrałam”* półmaraton? W tym dziwnym roku wszystko jest możliwe, nawet to! Ale jednak przeczytaj do końca, zanim wyślesz mi gratulacje.

*wygrałam jest w cudzysłowie, ponieważ są to wciąż nieoficjalne wyniki. Można mnie więc spokojnie zdetronizować do 30 listopada, ale póki co cieszę się 1. miejscem w zacnym gronie 8 pań.

To po pierwsze, a po drugie to biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności i zasady obowiązujące w masowych biegach nic nie wygrałam. Takie lekko naciągane zwycięstwo, ale co ja zrobię, że i tak sprawia mi wielką frajdę!

Zapracowałam sobie w tym dziwacznym roku na dobre bieganie i radość z biegania. I każdy powód do radości jest dobry, a tym bardziej, gdy wbiega się na wirtualną metę z drugim czasem w życiu.

Ale po kolei!

Wiadomo już, że w 2020 roku wkręciłam się w wirtualne rywalizacje. Z dwóch powodów – jestem ambitna (A jak ambicja) i lubię się ścigać. Ale równocześnie nie lubię tłumów. Zdecydowanie lepiej czuję się biegnąc sama ze sobą, niż ramię w ramię. Jak to pogodzić? Biorąc udział w wirtualnych zawodach i rywalizacjach. Otwieram sobie przed bieganiem tabelę wyników i kalkuluję. Liczę, mnożę i dzielę – tak, jestem ścisłowcem, kocham matematykę i kiedyś też o tym napiszę. I jak sobie na takie wyniki popatrzę, to wiem ile muszę pobiec, żeby kogoś dogonić, wyprzedzić, a może nawet wygrać!

Bo bądźmy szczerzy! Żaden ze mnie mistrz biegania! Co najwyżej jestem mistrzynią w namawianiu do biegania! Znaczna część tekstów na tym blogu jest pieśnią pochwalną na temat biegania. Z wyjątkiem jednego – który lepiej jednak przeczytaj zanim kupisz biegowe buty za kilka stów.

I może za dwadzieścia, trzydzieści lat, jak zmieni się tylko mój wiek, a nie tempo, stanę jednak na prawdziwym podium, w swojej kategorii wiekowej, oczywiście. Ale na razie nie mam na to szans. No chyba, że … wirtualnie!

Jastrzębie Uskrzydla także Bielszczankę

I tak mi się w tym roku znakomicie biega, że kilka tygodni temu napisałam na FB,

 

że chętnie pobiegłabym półmaraton, bo czuję, że stać mnie na życiówkę. I zaraz zostałam zaproszona do biegania w ramach JASTRZĘBIE USKRZYDLA. Za trzydzieści złotych (opłata startowa) mogłam wybrać nawet 6 dystansów. Postawiłam na trzy – 5 km, 10 km i półmaraton. I o ile w dwóch pierwszych to szybka nie jestem (jednak wolę biegać dłużej i wolniej),

Lubię długo i wolno!

to okazało się, że na dystansie 21,1 km w swoim tempie to mam nawet szansę wygrać?! Skoro jest szansa to trzeba ją wykorzystać  – pomyślałam.

Zasada obowiązująca w rywalizacji Jastrzębie Uskrzydla jest prosta – biegam tam gdzie chcę i lubię, a po bieganiu wgrywam swój wynik. A ponieważ cała zabawa trwa 30 dni, to piątek i dyszek wyjdzie mi nawet kilkadziesiąt, a półmaraton jeden na pewno, a może i na drugi jeszcze się skuszę.

Wygrałam półmaraton wśród kobiet

A i w generalnej klasyfikacji poszło mi całkiem dobrze! Dzisiejsze bieganie i wynik 1.57.25 pozwala mi na zajęcie pierwszego miejsca wśród Pań i 11. w ogóle! I jeszcze mamy szansę na 1. miejsce drużynowo. Znakomicie prawda? Moje pierwsze zwycięstwo! Radość, szampan, dekoracja i nagrody. Radość jest – za mną bardzo przyjemny i szybki jak na moje możliwości trening. Zamiast szampana jest wino, czerwone, moje ulubione. A medal, tak czy siak przyjdzie pocztą. Tylko dekoracji, podium i minuty dla foto reporterów nie będzie. Szkoda trochę, byłoby kilka minut sławy i lansu i zdjęcia na social media (czyli lajki, szery i pogromczyni algorytmów 😉 )!

medal biegaczka

Czy ja rzeczywiście wygrałam?

Tak, ale jednak nie.

Trasa bez atestu

Atestowana trasa, to taka, która bez względu na to co pokaże mój czy Twój zegarek czy aplikacja – a te wskazania potrafią się różnić – ma dokładnie tyle ile powinna mieć. I Ty i ja i każdy inny zawodnik ma do pokonania taką samą trasę, z tym samym punktem startu i z taką samą metą. Biegniemy w tych samych, teoretycznie warunkach (praktycznie to jednak może być inaczej).

Za lubelskibiegacz.pl:

Trasa powinna spełniać następujące kryteria:

  • różnica wysokości nad poziomem morza nie powinna przekraczać 1 m/km (między startem, a metą).
  • odległość między startem, a metą nie powinna przekraczać 50% długości trasy.
  • trasa biegu musi być poprowadzona po drogach utwardzonych: kostka, beton, asfalt. Wyjątkiem są okolice startu i mety.

Chcesz wiedzieć jeszcze więcej – przeczytaj TUTAJ

Moja trasa atestu nie miała! Kto by specjalnie dla mnie jeździł po lesie, leśnych ścieżkach, osiedlowych uliczkach, zawracał, gdy droga jednak się skończy i znowu zawracał, bo kolejna uliczka okazała się ślepa. I jeszcze wymijał pieszych, odskakiwał przed zbyt ciekawskim psem i mało czujnym właścicielem. Jedyny pomiar to mój zegarek z GPSem, podobno jednak całkiem dokładnym, jak czytałam ostatnio na blogu 8a.

Wszechstronny i niezawodny – testujemy zegarek Suunto 9 Baro.

Biegłam aż zegarek wskazał upragniony dystans, a potem jeszcze dobiegłam do domu i wyszło w sumie 22 kilometry bardzo udanego biegania bez atestu!

Trasa półmaratonu powstawała w trakcie półmaratonu

W głowie miałam jakiś tam zarys, ale w praktyce okazało się, że będę improwizować. 21 km w lesie, w słoneczny i wolny dzień to wyzwanie. Nie tylko ja uciekam do lasu, gdzie mogę swobodnie oddychać. W dodatku w moich okolicach trudno o mniej więcej płaską, czyli szybką trasę, a bieganie w kółko jednak mnie nudzi. Początkowo planowałam 7 okrążeń na bielskim lotnisku, dość wcześnie rano. Ale pomysł w tej formie upadł, choć za tydzień planuję go wdrożyć z pewną modyfikacją.

Tak sobie biegłam i tworzyłam trasę

W każdym razie zaplanowałam, że mniej więcej połowę pobiegam po lesie, a później osiedlowymi uliczkami i mniej popularnymi drogami. W moim mieście wszystko mam dość dobrze pomierzone, więc wiedziałam jak daleko mam pobiec, żeby wrócić do domu i zrealizować cel. Wystartowałam na parkingu pod Dębowcem i pierwsze 2 km miała jednak pod górkę, na Dębowiec. Później już można było odpocząć, ale i tak góra dół, góra dół. W Wapienicy zdecydowałam się kontynuować leśną ścieżką, ale już bardziej płasko, a potem kręciłam się po Jaworzu. Dwa razu wbiegłam jednak w ślepą ulicę i musiałam zawracać. Później znowu leśne ścieżki, z niespodziewanym podbiegiem i w drugiej połowie trasy w końcu asfalt. Na szczęście wystarczyła jedna pętla wokół lotniska (duży ruch pieszych nawet w porze obiadowej) i można było wracać. Na koniec jeszcze podbieg i prosto do domu.

Jakby ktoś miał ochotę na powtórkę trasy to polecam swój track. Tylko proszę uprzedzić, to może i wodę i jakąś przekąskę zorganizuję na „mecie”.

mapa półmaraton

Bez kibiców, wsparcia i punktów żywieniowych

Można lubić samotne bieganie, ale wiadomo, że doping uskrzydla. Gdy walczymy ze słabościami, albo gnamy resztkami sił do mety. Do dziś pamiętam chwile, gdy zupełnie obcy ludzie wołali moje imię. Doping nieznanej dziewczyny, która w Walencji zagrzewała mnie do biegu. Po włosku, hiszpańsku, francusku, węgiersku czy portugalsku. Zwykle pomaga.

las, ścieżka, biegaczka

Często tędy biegam, o różnych porach roku i w różnych warunkach

Dzisiaj byłam sama. Od startu do mety. Nikt nie zatrzymał ruchu aut, nie zabezpieczył trasy, nie podał wody czy żela. Uznałam, że własnych zapasów wystarczy mi na tę trasę, i wystarczyło. Na mecie nikt nie uściskał, nie pogratulował i nie wręczył medalu. Ot, zatrzymałam zegarek i poszłam do domu. Rozciąganie, prysznic i posiłek. I po biegu.

Takie wirtualne bieganie ma też swoje zalety

W sumie, to nikt nie wiedział co planuję. Wiadomo było, że nie spóźnię się na start. Odpadała logistyka i planowanie. Planowałam tylko jedno, wirtualny wyścig o jak najlepszy czas. Wiedziałam ile muszę pobiec by zająć 3, 2 a może i 1 miejsce wśród kobiet. W sumie jak już osiągnęłam wyliczone tempo i miałam pewien zapas, to mogłam się tego trzymać do końca. Ale ambitnie postanowiłam sprawdzić ile jeszcze uda się z tego wycisnąć. No to sobie wycisnęłam.

Wyszedł mi drugi czas na tym dystansie w życiu, a do życiówki brakło kilka sekund. Może jednak o ten jeden podbieg było za dużo? Ale to bez znaczenia. Patrz wyżej – trasa bez atestu.

Półmaraton bez spiny i przygotowań

Generalnie to biegłam sobie na luzie. Bez jakiś tam kryzysów i zwątpienia czy dam radę. Ale też bez specjalnych przygotowań. A zwykle jednak do tych wyczekanych i planowanych półmaratonów jakoś się przygotowywałam. Nawet do ostatnich „prawdziwych” zawodów nad Gardą. Bo tam się przygotowywałam, ale jednak nie dość dobrze, a później na starcie i tak postanowiłam na wariata powalczyć o niemożliwe. O tym jak niemożliwe stało się możliwe pisałam TUTAJ

Moja piękna włoska życiówka – Półmaraton nad Jeziorem Garda

Ominął mnie też cały reżim. Co jeść, a czego nie jeść i nie pić. Ile spać, jak biegać, a kiedy nie biegać. Wczoraj przecież przebiegłam 16 km, a tego przed półmaratonem, na którym chcemy coś wybiegać, jednak robić się nie powinno. Dzień przed, co prawda na kolację był makaron, ale w towarzystwie czerwonego wina i to nie jednego łyczka. Zrobiłam naprawdę dużo, by to co sobie wymyślałam jednak się nie udało.

Ale wtedy… i tak nikt by się nie dowiedział. Ot, byłoby bieganie jakich wiele w życiu. Miłe, słoneczne i przyjemne. I to w bieganiu biega.