Jakiś czas temu, chyba przy okazji urodzin, Ola Budzyńska znana jako Pani Swojego Czasu, uświadomiła sobie i mnie, że połowa życia już za mną. Chyba dokładnie nawet takich słów użyła, w jednej ze swoich relacji. Połowa. Bo rzeczywiście, w sprzyjających okolicznościach, mam szansę dożyć 86 urodzin.

A miało być optymistycznie! O odwadze miało być!

Jeszcze chwilę wytrzymaj, zaraz będzie. Jeszcze tylko jedna refleksja!

Połowa życia już za mną. Dodam – najlepsza połowa. W tym sensie najlepsza, że ta w której byłam najsilniejsza i najzdrowsza. Teraz to mam już z górki. Coraz bardziej starzeje się ciało, coraz szybciej przybywa zmarszczek, coraz bardziej będzie ubywać energii. Tego mam świadomość, z każdym rokiem coraz większą. Choć równocześnie wcale nie chciałabym być sobą sprzed połowy życia. I myślę tu właśnie o wyglądzie i kondycji.

Gdzie ten optymizm? Ano tutaj właśnie. Że skoro to już druga połowa to każdy dzień trzeba wykorzystać maksymalnie. Nie żyć w oczekiwaniu na weekend, wakacje, święta, urlop. Żyć z dnia na dzień, co oznacza – każdym dniem. Nie odkładać i nie czekać. Nawet na tak banalne rzeczy jak więcej śniegu, spacer po świeżym śniegu, bieganie po skrzypiącym pod butami śniegiem. 2 cm wystarczą.

Nie wiadomo, kiedy znowu będzie taka okazja. W czwartek śnieg spadł, wieczorem spacer w lesie, rano bieganie wokół lotniska. W piątek po śniegu w moim mieście nie było już śladu!

A mogłam zostać w domu…

Takich drobiazgów, ale i znacznie większych marzeń nie warto odkładać. Przykład? Proszę bardzo! Od 10 lat marzę o powrocie do Ameryki Południowej i o wejściu na szczyt Aconcagua. I co roku, w grudniu przypominam sobie o tym marzeniu. Co roku w grudniu mówiłam sobie, że mam już wystarczająco dużo, także finansowych możliwości, żeby pojechać, nawet na miesiąc. To marzenie powracało nieprzypadkowo właśnie w grudniu. Sezon na Ankę zaraz się zacznie. To styczeń i luty i koniec.

I co? I 2020 rok sobie za mnie zakpił. Bo nawet o tym nie marzę.

Marzę o tym!

To zdjęcie sprzed roku, z 8 grudnia. I podpis pod nim:

Piątek to dobry dzień na wieczór na mieście.
Langosz, rumoteka i na koniec tiramisu z likierem czekoladowym.

Mam proste marzenie, żeby wyjść z domu, usiąść przy stoliku, niespiesznie jeść, rozmawiać ze sobą i z właścicielem.

Tylko Grzegorz nie zauważył daty pod zdjęciem. I napisał w komentarzu – Taste of life. Brzmi niezamierzenie lekko ironicznie i zupełnie nostalgicznie. Takiego uśmiechu i smakowania życia aktualnie nie mam. To jeszcze jeden argument – nie odkładaj, żyj!

Profil i zdjęcia Grzegorza oglądam z dziką przyjemnością. Góry, kawa z widokiem na morze, greckie miasteczka, w których nigdy nie byłam. Oglądam i podziwiam. I tak trochę zazdroszczę, choć ta zazdrość to słowo o brzydkim zabarwieniu.

Teraz to marzę, żeby wyjechać choć na jakąś wieś, służbowo oczywiście. Nie mam siły by rzucić się na góry, na wielką i długą wędrówkę. Nie fizycznie, bardziej psychicznie.

To może zaplanować coś na przyszły rok? Po 1 stycznia 2021. Tylko ten 1.01.2021 to nie będzie żadna magiczna data. Tym razem nic symbolicznie się nie skończy i nie zacznie nic nowego, nowa karta do zapisania. Wejdziemy w 2021 ze starymi problemami. I niepewnością.

Mam taki szalony plan…

Pewnie dla innych, może dla wielu, ale dla mnie on w ogóle szalony nie jest.

Jakiś czas temu zobaczyłam zdjęcia. Zdjęcia samochodu jakich wiele na drogach, przerobionego na indywidualnie zaprojektowany i zaplanowany „dom na kółkach”.

Kiedyś myślałam, że takie auto (van czy minibus) to jest pomysł na wakacje. Na wolność od konieczności szukania noclegu i planowania dokąd trzeba dojechać, gdzie można się zatrzymać.

Teraz to jest moje marzenie na resztę życia.

Życie na emeryturze

Taki idealnie dopasowany do moich potrzeb, oczekiwań, ale i estetyki samochód wkręcił się w moją głowę właściwie od pierwszego zdjęcia. Najpierw pomyślałam, czy da się tak przerobić mojego Yarisa na wakacyjne podróże. Później pomyślałam, jaki najmniejszy samochód musiałabym kupić, żeby mieć poczucie wolności. Zabawne, bo to było jeszcze przed pandemią. Teraz mam jeszcze większą odwagę w marzeniu. To będzie moja starość. Moja reszta życia. Emerytura. Po prostu któregoś dnia…

Tej magicznej daty brakuje mi jeszcze. Albo może niech to będzie 21 grudnia 2037 roku (po co czekać do 1 stycznia, żeby coś zaczynać, albo do jakiegoś poniedziałku). 21 grudnia 2037 roku to będzie poniedziałek, a ja będę miała 60 lat! Tego dnia sprzedam wszystko co mam, a resztę której nie potrzebuję oddam. Zabiorę tylko co potrzebuję i pojadę na południe. Zatrzymam się tam, gdzie chcę, na jak długo chcę. Później znowu pojadę, gdzie chcę, na tyle ile chcę. Będę żyć, gdzie chcę i jak chcę. Aż przestanę. Może mając 86 lat, może wcześniej lub później.

Miało być optymistycznie? Przecież to jest bardzo optymistyczne zakończenie!

Mam taki szalony plan… Mam jeszcze bardziej szalony plan, to znaczy odważny plan, ale o nim jeszcze cicho sza.