Ostatnie przed pandemią marzenie o zawodach

W maju miałam pobiec w Wiedniu. Prawie dokładnie rok temu w Górach Sowich zaplanowałyśmy z Magdą babski wyjazd. Pretekst: 10 km w słynnym parku, gdzie w laboratoryjnych warunkach złamano 2 godziny w maratonie. Czyli szybko, krótko i konkretnie, a później dużo przyjemności. Dla ciała. 33. Austrian Women’s Run zaplanowano na 17 maja, tydzień przed moimi imieninami, więc był kolejny pretekst, by dobrze się bawić.

W marcu pojawiły się pierwsze wątpliwości. W kwietniu straciłam nadzieję. W maju już planowałam wyjazd za rok.

A później wszystko się posypało

Pandemia, koronawirus, zakazy, lockdown. Zamknięte lasy, zakaz biegania, zawody bez publiczności, start po 150 osób… Reguły zmieniały się jak w kalejdoskopie. Trudno było za tym nadążyć. Nie ma się co dziwić, że kto chciał biegać w zawodach ryzykował czas i kasę. Czas na przygotowania, logistykę, pakiety. Kasę na logistykę, pakiety i przygotowania.

Nowa rzeczywistość w czasach koronawirusa, czyli biegacz potrafi

I  nagle, jak grzyby po deszczu wyrosły wirtualne rywalizacje. Do pierwszej, czyli biegu trasą Głównego Szlaku Beskidzkiego z Ustronia do Wołosatego, stanęłam już w maju. 30 dni, prawie 500 km. Biegałam po swoich codziennych trasach, w międzyczasie wypuściłam się w Beskid Sądecki, a mój wirtualny człowieczek przesuwał się na mapie rywalizacji. Podążał czerwonym szlakiem z Ustronia, metę zaplanowano w Wołosatem. Były dwa warunki – czas i przewyższenie, ale o to w moich okolicach nie trudno. Rzutem na taśmę w 30 dni dobiegłam do mety.

Później ścigałam się w gronie współpracowników – kto spali więcej kalorii w 3 miesiące, a ostatnio wystartowałam aż na trzech dystansach w jednej imprezie i na dodatek otarłam się o podium.

Jak prawie wygrałam półmaraton!

Półmaraton

I właśnie znowu dałam się wkręcić! W czwartek wystartowałam w Run Forrest – od Morza do Tatr. Mam do pokonania 1000 km z Władysławowa do Zakopanego. Aktualnie jestem między Gdynią a Sopotem. Wirtualnie oczywiście.

Bieganie realne, zawody wirtualne

Takie bieganie ma sporo wspólnego z wirtualną rzeczywistością. Jednak aktywność, spalone kalorie i wysiłek są jak najbardziej prawdziwe. Biegam 5 razy w tygodniu, na swoich ulubionych trasach, a mój wirtualny zawodnik przesuwa się na mapie. Dokładnie wiem, gdzie „jestem”. Czasem nawet znam miejsca, w których „jestem”.

Dołącz do mnie!

 

1000 km trzeba pokonać do 21 grudnia 2021 roku. To sporo czasu. Można biec i iść. Wystarczy 3 km dziennie – jak obliczyli organizatorzy. A to naprawdę niewiele, jeśli wziąć pod uwagę, że zdrowy człowiek powinien przejść każdego dnia 10 tysięcy kroków, a to około 5 km.

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA

Świat wirtualny okazał się wciągający

Takie wirtualne zawody mocno mnie wciągnęły. To znak naszych czasów i tego dziwnego 2020 roku, gdy spotkania z innymi biegaczami stały się przywilejem, ewenementem, marzeniem.

Wirtualne rywalizacje mają swoje plusy i minusy. Tych pierwszych, moim zdaniem, jest więcej. Ty na końcu tekstu, w komentarzach dopisz swoje. I przede wszystkim – baw się dobrze!

medal, zawody wirtualne

Rywalizacje / zawody wirtualne – ZALETY

1. Biegam kiedy chcę – nie konkretnego dnia o wyznaczonej godzinie

Dziś akurat wystartowałam o 4.54, wczoraj podobnie, ale jutro – to zapewne będzie w okolicy południa. Nie muszę stawić się na linii startu o wyznaczonej przez organizatora godzinie. Mogę być rannym ptaszkiem albo nocnym Markiem. W moim wypadku akurat to pierwsze. Nie ma więc ryzyka, że spóźnię się na start.

2. Biegam gdzie chcę – nie muszę nigdzie jechać

Na co dzień biegam tu gdzie mieszkam, w Bielsku-Białej. Ale jeśli akurat jestem na urlopie – to tam, gdzie jestem. Wystarczy, że mam ze sobą buty biegowe. A czasem także trekkingowi. Bo w niektórych rywalizacjach można łączyć bieganie i chodzenie, a tego drugiego – wędrowania po górach – w moim życiu także nie brakuje. Może więc pokonanie tego tysiąca pójść mi dość szybko. W listopadzie przebiegłam ponad 300 km, w październiku podobnie, w we wrześniu przeszłam 500.

3. Biegam ile chcę – trasa z Władysławowa do Zakopanego, czy Główny Szlak Beskidzki

1000 km czy 500 km to sporo. Tak na pierwszy rzut oka. Ale organizatorzy przewidzieli, że uczestnicy mogą być na różnym poziomie. By zaliczyć Run Forrest trzeba pokonać co najmniej 100 km, a tu już realne osiągnięcie dla przeciętnego … zjadacza ciastek.

4. Biegam nawet 3 w 1!

Tak było podczas wcześniejszego wyzwania, czyli Jastrzębie Uskrzydla rywalizowałam równocześnie na trzech dystansach – na 5 km, 10 km i w półmaratonie. A mogłam jeszcze maraton i dwie trasy w terenie. Biegłam raz, najlepsze odcinki liczyły się do każdego z tych dystansów. No dobrze, najrzadziej biegałam 21 km. W ciągu 30 dni tylko dwa razy. Ale za to JAK! Ale o tym później.

5. Nikt mnie nie goni, nie dogania, nie ma presji

W wirtualnych zawodach ścigam się sama z sobą. Nikogo nie ma za mną, ani przede mną. Nikogo nie gonię, ale i nikt mnie nie dogania. Nie czuję presji bycia lepszym od dziewczyny obok, nie boję się, że jestem gorsza od tego dwa razy starszego biegacza. Jestem swoim jedynym rywalem, do czasu jednak!

wirtualne zawody, mapa, wynii

6. Mogę być w czołówce! A to w realnym świecie mi się nie zdarza!

Wiecie jak jest – w popularnych zawodach na pierwszej linii stają rącze gazele. Zawodowi biegacze, których tempa nie osiągam nawet przez 100 metrów. Inna liga normalnie. W wirtualnym bieganiu, biegacze są jakby… bardziej realni, prawdziwi. I niektóre wyniki zupełnie dla mnie osiągalne. Po treningu zgrywam swój wynik i wskakuję do tabeli wyników. I już wiem, że do rywalki z miejsca powyżej brakuje mi kilkadziesiąt sekund, a rywalka za mną depcze mi po piętach! Na bieżąco podglądam konkurencję i mogę (haha, jeśli mam moce przerobowe) podkręcić  tempo, albo powalczyć jeszcze raz i jeszcze raz o wyższe miejsce.

7. Mogę poprawiać samą siebie, ścigać się sama z sobą

Czyli każdego dnia jestem lepszą wersją siebie! 😉 Przykład? W rywalizacji Jastrzębie Uskrzydla dwukrotnie pobiegłam dystans półmaratonu. Pierwszy raz dokładnie skalkulowałam tempo, by wskoczyć na podium. 6 dni później „poprawiałam” własny wynik. I poprawiłam. Niestety dziewczyny w końcu mnie dogoniły, ale 4 miejsce też cieszy! Nie do powtórzenia w realnych zawodach.

8. Bieganie wirtualne jest tańsze!

W Run Forrest – od Morza do Tatr wpisowe to 39 zł. Jastrzębie Uskrzydla kosztowało podobnie, a ja biegłam równocześnie aż na trzech dystansach. Nie ma pakietów startowych często pełnych makulatury. Koszulka lub inny biegowy gadżet jest dodatkowo płatna, a po 10 latach biegania moja szafa biegowych ciuchów jest już wystarczająco pełna. Nie potrzebuję kolejnej pamiątki z udziału w takim biegu. Nawet dyplom ukończenia zawodów jest wirtualny. Medal z rywalizacji Jastrzębie Uskrzydla dotarł do mnie w kopercie. A jest dla mnie ważny, bo to mój jedyny medal w tym roku.

9. Nie ma pakietów, to i nie ma tłumów

Ani w biurze zawodów, ani w kolejce do toalety, ani na linii startu ani do wodopoju. Jak ktoś lubi tłumy i spotkania z innymi to ten punkt wpisze po stronie WAD, ja jednak odzwyczaiłam się w tym roku od towarzystwa innych biegaczy.

10. Bieganie w wirtualnych zawodach jest dość tajemnicze

Nikt nie wie, że ja właśnie biegnę w zawodach, ścigam się, a może nawet walczę o życiówkę. Nie mam numeru startowego, czipa i nic co odróżniałoby mnie od przeciętnego biegacza.

mapa wirtualnych zawodów

11. Dzień zawodów mogę dopasować do swoich indywidualnych predyspozycji

Są dni kiedy po prostu biegam lepiej i zwykle wiem, że to TEN dzień już na pierwszym kilometrze. A maraton czy inne ważne zawody, do których przygotowuję się tygodniami i miesiącami może wypaść w najgorszym możliwym dniu. Termin zawodów rzadko zgrywa się z moim biologicznym zegarem i psychologicznymi predyspozycjami.

12. Start i metę mogę mieć nawet przed blokiem!

Cóż za wygoda! Zatrzymuję zegarek i za kilka minut jestem w domu. A tam mam wszystko czego potrzebuję. Prysznic, jedzenie, picie i czyste ciuchy na wyciągnięcie ręki. A później wygodna kanapa.

13. Wirtualne zawody są idealne na początek

Ktoś powie, ale przecież nie ma szans, by poczuć tę atmosferę, adrenalinę, ekscytację. Ja powiem, że nie ma też stresu, zupełnie nie potrzebnego na początek. Bieganie to ma być dobra zabawa i takie bieganie znowu mi o tym przypomniało. Jest szansa, że zatęsknię do prawdziwych zawodów i to też będzie zaleta tych wirtualnych. Bo na razie zupełnie mi ich nie brakuje.

I na koniec zostawiam sobie to zdziwienie Piotra, gdy budzę go w czwartkowy poranek, kwadrans przed 7 rano. I oznajmiam, że tak jakoś zupełnie przypadkiem, nie planując tego i nie kalkulując, właśnie pobiegłam swój najlepszy i najszybszy półmaraton. A przecież jest czwartek rano i na 8 muszę być w pracy w Ustroniu.

Zawody / rywalizacje wirtualne – WADY

1. Trzeba samemu sobie radzić

Podczas wirtualnych zawodów nie ma wsparcia organizatorów – ani na starcie, ani na trasie, ani na mecie. Wszystko trzeba sobie zorganizować samodzielnie. Albo zaangażować innego biegacza. Trasę też trzeba samemu sobie wymyślić i zabezpieczyć. Omijać ruchliwe miejsca i przewidywać zachowania zbyt ciekawskich psów. Jeden taki koniecznie chciał się ze mną przywitać podczas półmaratonu.

2. Nie ma kibiców i wsparcia mentalnego

Doping na ostatnich kilometrach potrafi zagrzewać do walki. Nie ma znaczenia, czy krzyczy i kibicuje ktoś bliski, czy zupełnie przypadkowa osoba woła moje imię wyczytane z numeru startowego. Najbardziej rozczula mnie to, gdy biegam poza granicami naszego kraju. Do dziś pamiętam Polkę, która wypatrzyła mnie w okolicach trzydziestego kilometra maratonu w Walencji. Nie wiem kim byłaś, ale bardzo Ci dziękuję. I takiego kibicowania nie doświadczysz podczas wirtualnych zawodów.

3. Trasa bez atestu, więc moja życiówka w półmaratonie to takie pitu pitu

Ten atest ważny jest przede wszystkim dla zawodowców, ale jak mam się już chwalić wynikami to nawet ja chcę mieć pewność, że 10 km było wymierzone co do metra. I każdy inny dystans też. W wirtualnym bieganiu muszę polegać na pomiarach mojego zegarka, a ten choć dokładny czasem płata figle. Najlepiej widzę to na pierwszym kilometrze, który czasem jest ciut krótszy, a czasem jednak sygnał pojawia się kilka metrów dalej. Kilka metrów, powiesz? Tak, te kilka metrów robi różnicę.

4. Nie ma medali, linii mety, podium, braw, gratulacji

Wyłączasz zegarek i już. Nikt nie rozścieli niebieskiego dywanu na tafli wody jak w Walencji. Nie wbiegniesz do zaciemnionej hali w blasku reflektorów, jak w Łodzi. Nie będziesz finiszować na stadionie jak w Cieszynie czy Katowicach. A jeśli wygrasz nie przerwiesz szarfy trzymanej przez dwie piękne dziewczyny. Nikt nie rzuci się na szyje, nie błysną flesze. Medal? Trafi do skrzynki na listy.

meta, zawody, maraton

Ta dziewczyna, która właśnie przekracza linię mety to ja!

5. Nie ma adrenaliny

Tej adrenaliny, która pcha nas od pierwszego kilometra. I to ma zapewne związek z punktem 2. Nie ma adrenaliny, która czasem gubi nas biegaczy na pierwszych kilometrach. Podkręca tempo, a później sił ledwie starcza do mety. Albo odwrotnie – nie ma jej, gdy wbiegamy na ostatni kilometr, ostatnią prostą, gdy widzimy już linię mety.

6. Bez zegarka lub aplikacji się nie obejdzie

O ile podczas zawodów nie ma to znaczenia – ktoś mierzy nasz czas za nas od startu do mety, o tyle podczas wirtualnych rywalizacji musimy sami o to zadbać. Aplikacja w telefonie potrafi być zawodna – patrz likwidowane właśnie Endomondo. Telefon na ramieniu czy w kieszeni do wygodnych nie należy. A zegarek – im bardziej dokładny, tym droższy. Ale bez tych gadżetów nie ma pliku gpx, który trzeba wrzucić na swój profil w wirtualnych zawodach. Jeśli więc biegasz na samopoczucie – a uwierz, znam takiego biegacza – to wirtualne zawody nie są dla Ciebie.

Koniec tego pisania, czas się ruszyć! Wad i zalet wirtualnych zawodów czy rywalizacji wyszło w sumie 20. Dla mnie takie bieganie ma więcej plusów, ale ja po prostu lubię biegać w samotności.

A Ty tęsknisz za zorganizowanymi imprezami?