Jestem uzależniona! Otumaniona endorfiną. I jeszcze bezkrytycznie idealizuję ten stan. Już dawno ogłosiłam się samozwańczo ambasadorką. I nie mam pojęcia jak żyłam wcześniej.

biegaczka z medalem

foto. Róża Ziemba

Mój nałóg to bieganie!

I mając tego świadomość nie zamierzam tego zmieniać. A z okazji Walentynek mogłabym nawet napisać, że bieganie to moja wielka miłość. Tak, mam nadzieję, że odwzajemniona i na całe życie.

Jak wygląda to uzależnienie? Moje poranki są podporządkowane bieganiu. Budzik daje delikatny sygnał. Ciepło łóżka zatrzymuje mnie na ułamek sekundy. Ciemno. Czuję chłód sączący się przez uchylone okno. Ma być -15 stopni. I śnieg. W końcu to połowa lutego i prawdziwa zima.

Zdarza mi się zapomnieć włączyć budzik w zegarku biegowym, tak jak ostatnio. Obudziłam się sama, dokładnie o wyznaczonej sobie porze.

Gdy rozum śpi…

Czasem żartuję, że poranne wstawanie i poranne bieganie przychodzi mi z łatwością, bo ja działam, a mój mózg śpi i nie wie jeszcze co się dzieje. Rano nie pozwalam sobie na dylematy, ociąganie, wybieranie. Czas mam wyliczony co do minuty, ubrania gotowe do działania. Spojrzenie przez okno, kontrola prognozy w telefonie i można biec.

Moje poranne bieganie to mój rytuał. Nawyk wypracowany przez ostatni rok. Bywa lepiej, bywa trudniej. Bywa, że gnam tak, że poprawiam życiówkę na 21 km, a bywa, że tańczę na lodzie i 10 km to duże wyzwanie. Bywa, że nogi są ciężkie jak z ołowiu i bywa że muszę modyfikować trasę bo podbiegi jakoś mi nie wchodzą. Bywa, że się ślizgam, moknę w deszczu, albo wyłaniam z mgły. Każdy taki poranek to jednak powód do radości.

Z miłości do biegania

Najczęściej jest tak jak w ostatnim tygodniu – wpadam do domu i cała się śmieję. Rumieńce od mrozu, roziskrzone oczy, endorfiny i przyjemne zmęczenie. To mieszanka, która napędza mnie do działania na resztę dnia. – Czemu tak się cieszysz? – czasem zapyta Piotr, który nie pił jeszcze porannej kawy. – Ze wszystkiego!

Tak jak przed bieganiem szkoda mi czasu na ociąganie, tak po bieganiu czas na przygotowanie się do wyjścia do pracy mam wyliczony co do minuty. Bez pomocy Piotra, który ogarnia moją kawę, śniadanie i posiłki, musiałabym biegać krócej albo szybciej. A mnie się przecież nigdzie nie spieszy!

Jedno bieganie, a tyle wrażeń!

Bo po co się spieszyć, kiedy właśnie drogę na Dębowiec przykrył delikatny puszek. I nie uwierzysz, ale widzę już świeży ślad buta, tylko w przeciwną stronę. – Ktoś już albo jeszcze nie śpi – myślę.

Na tym odcinku towarzyszą mi o tej porze roku albo odgłosy pracujących armatek śnieżnych, albo blask księżyca w pełni, albo oczy saren którym świecę w oczy czołówką. Dębowiec wita mnie też oświetloną na zewnątrz chatą, która już dawno przestała być schroniskiem. Za Dębowcem skręcam w prawo w kierunku Wapienicy. Puszek, puszek pod stopami i wszystko dla mnie! Plan jest taki, że po 2 km wrócę na asfalt i biegiem do domu, w sumie to i tak będzie jakieś 13 km. Ale z każdym metrem wiem, że szkoda wracać. Szkoda wybiegać z lasu.

Prawie jak Forrest Gump – po prostu któregoś dnia wyszłam i pobiegłam przed siebie. I w takie dni jak ostatnio, gdyby nie obowiązki, praca na etacie od do, to pewnie pobiegłabym dalej.

Naciąganie rzeczywistości i zakrzywianie czasoprzestrzeni

dziewczyna, biegnie, miłość

Ale jest od do, więc jak na ścisłowca przystało zaczynam liczyć. – Dwa km do Wapienicy, półtora do parkingu, potem jakiś kilometr i najkrócej jak się da do domu. Będzie niewiele więcej, ale znacznie więcej w lesie! Mogę jeszcze zawrócić, jak droga przez las okaże się zbyt trudna z powodu nadmiaru śniegu – targuję się sama ze sobą. – E, tam, w sumie to kto powiedział, że śniadanie trzeba jeść codziennie – kontynuuję wewnętrzny monolog. Kawa musi być, bez niej nie wsiadam do auta, ale kanapki zjem w pracy przeglądając poranną pocztę. Kto, jak kto, ale Piotr przecież zrozumie moje szaleństwo. No bo, mogę nie zjeść, mogę nie dospać, ale nie mogę nie pobiegać.

Czyli właśnie uzależnienie. Nawet naukowo udowodnione.

Walentynkowo o bieganiu

Miłość to przecież też proces chemiczny zachodzący w naszym mózgu. I to taki mój post Walentynkowy, o miłości do biegania. Napisał się w mojej głowie podczas jednego z ubiegłotygodniowych treningów. Choć ja nie trenuję, tylko biegam, robię to co kocham.

To post o bieganiu, które wiele w życiu zmieniło. A że było też przyczynkiem do pewnej romantycznej znajomości, pisałam już wcześniej.

Bo przecież wiadomo, że najważniejsze to robić w życiu to co się kocha! Pięknych Walentynek!

PS. I niestety wszystkie te piękne obrazy – skrzący się śnieg, oczy zwierzaków, puszek pod nogami, płatki śniegu – musisz sobie wyobrazić. Chyba, że jest tu jakiś fotograf i ma ochotę na poranną przebieżkę ze mną. Zapraszam do kontaktu.