Beskid Sądecki to moje odkrycie pandemicznego roku. Wstyd się przyznać, że wcześniej wiedziałam tylko gdzie jest Jaworzyna Krynicka, Runek i Hala Łabowska. Wiedziałam, ale wiele z tego i tak nie widziałam, bo uprawiałam podczas tej wycieczki marszobieg w ramach krynickiego Festiwalu Biegowego.

Kiedy rok temu Zimna Zośka sypnęła śniegiem, byłam akurat na Przehybie! I jeszcze tego samego dnia na Radziejowej. Maj, wszystkie odcienie zieleni, ja właśnie wyposzczona wypuszczona do lasu. Może dlatego tak lubię wracać w Beskid Sądecki? W ciągu roku udało się zorganizować już trzy kilkudniowe wyjazdy w Beskid Sądecki, podczas pobytu w Gorcach miesiąc temu też zahaczyliśmy o ten rejon i w tym roku kilka razy już byłam w Sądeckim.

Tym razem chcę Cię zabrać na dość długą trasę. 38 km to coś dla osób, które lubią wstawać wcześnie i mogą wędrować nawet 10 godzin. Trasa jest piękna, różnorodna i pozwala poznać kilka ciekawych miejsc.

mapa, Beski Sądecki

Opis wycieczki i informacje praktyczne

Start: Krynica Zdrój, niebieskim lub żółtym szlakiem (niebieski omija Krzyżową)do Przełęczy Krzyżowej, dalej niebieski i żółty prowadzą razem obok wieży w koronach drzew. Za Drabiakówką niebieskim szlakiem przez Czubakowską i na Runek, dalej czerwonym szlakiem do Hali Łabowskiej. Tutaj można dłużej odpocząć i zjeść w schronisku. Dalej żółtym szlakiem do Łomnicy Zdrój i czerwonym do Wierchomli Wielkiej. Stamtąd czerwonym przez Rezerwat Wierchomla i czarnym szlakiem na Pustą Wielką. Zejście ścieżką do niebieskiego i żółtego szlaku. I niebieskim szlakiem do Żegiestowa.

Długość trasy: 38 km

W górę 1780 m, w dół 1910 m

mapa, Beskid Sądecki

Czas przejście według kalkulatora szlaków: 12 h, nam bez odpoczynków zajęła 9 h

Powrót do Krynicy Zdrój pociągiem TLK, koszt 10 zł / osoba

Pierwszy etap: z widokiem na Beskid Niski

Wskazówka dla zmotoryzowanych: auto można zaparkować przy ulicy prowadzącej do dworca kolejowego w Krynicy. Z Żegiestowa do Krynicy powrót właśnie pociągiem.

Nasza trasa rozpoczyna się przy informacji turystycznej i po kilkuset metrach asfaltu, obok niewielkiego bloku skręca w górę, wzdłuż ogródków działkowych. Po kilkuset metrach żółty i niebieski szlak się rozdzielają, a spotkają ponownie na Przełęczy Krzyżowej.

Wybierając żółty szlak przejdziemy przez Krzyżową, a po drodze miniemy miejsce po dawnej skoczni narciarskiej. W 1925 roku odbyły się tu Mistrzostwa Polski, później obiekt przebudowano, a kolejne inauguracyjne zawody odbyły się w 1928 r. W czasie II wojny światowej skocznia została spalona. W czerwcu 2019 r. miejsce to zostało oznaczone i uporządkowane. Dziś jest tu tablica informacyjna na temat tego obiektu.

Z widokiem na Beskid Niski

Po krótkiej przerwie wędrujemy dalej w kierunku Przełęczy i ścieżki widokowej w koronach drzew. To, moim zdaniem, najmniej atrakcyjna część wycieczki poprowadzona przez tereny tras narciarskich i w pobliżu wyciągów. Nie przepadam za tego typu infrastrukturą, więc co rusz spoglądam w prawo, gdzie widać moje ulubione góry Beskidu Niskiego.

Mijamy wieżę widokową i ścieżkę spacerową w korach drzew, by kilkanaście minut później wybrać szlak niebieski. Tak na marginesie, jeśli pójdziesz dalej żółtym to możesz przejść bardzo ciekawy szlak – pętlę wokół Krynicy.

Czas na widok na Tatry!

Od rozstaju szlaków na Runek jeszcze około godzina wędrowania. Szeroka, wygodna droga, miejscami leśne ścieżki wykorzystywane przez narciarzy i informacje, by zachować ciszę z uwagi na występujące tu dzikie zwierzęta. Gdy szlak niebieski spotka się z czerwonym (prowadzi z Jaworzyny Krynickiej) warto spoglądać na lewo. Las się przerzedza, ale dzięki temu łatwo stąd wypatrzyć Tatry. Podobno najpiękniejszy widok w Beskidzie Sądeckim na Tatry jest z Bacówki nad Wierchomlą, ale ten także jest niczego sobie.

Z tego miejsca do szczytu już zaledwie kilka minut wędrowania. Zresztą za Runkiem niebieski szlak prowadzi właśnie do Bacówki, ale my podążamy już z czerwonymi znaczkami. Dla ułatwienia wędrowania narciarzom, ale ja też to bardzo lubię, obok czasu przejścia podana jest też odległość na Halę Łabowską w kilometrach. Po drodze mijamy bardzo przyjemny, drewniany szałas gdzie możne odpocząć i smagani wiatrem docieramy do schroniska. Niby świeci słońce, a w góry powoli dociera wiosna, ale przenikliwy wiatr robi swoje. Czas się rozgrzać przy świątecznym żurku.

Hala Łabowska

To miejsce, gdzie w wolne dni można spotkać całkiem sporo turystów. Dla mnie to wada, ale w świąteczną niedzielę było tu zaledwie kilka osób. Ktoś przyjechał konno, ktoś znalazł jeszcze tyle śniegu, by wystarczyło pod skitury, ktoś piekł kiełbasę na ognisku. Rozgrzani żurkiem ruszamy żółtym szlakiem.

Intrygujące są już same nazwy na mapie – Wargulszańskie Góry czy Lichoniowe Góry. Wargulszańskie Góry to szczyt, który trzeba zaliczyć do odznaki Korona Beskidu Sądeckiego. Nie zbieram, ale kilka szczytów zapewne mam na koncie. Lichoniowe Góry to z kolei ciąg polan, które nazwę zawdzięczają rodzinie z Łomnicy. Tak, takie polany w Beskidzie Sądeckim lubię. Szałasy drewniane, wiosenne kwiaty, widoki na góry. Żółty szlak prowadzi aż do stacji kolejowej Łomnica Zdrój, ale gdy na horyzoncie pojawiają się pierwsze zabudowania, wybieramy gminny czerwony szlak do Wierchomli Wielkiej skąd czeka nas jeszcze jedno podejście na Pustą Wielką.

Szlak gminny na Pustą Wielką

Pusta Wielka tym razem bez uprzykrzających życie much! Na Pustej byliśmy już rok wcześniej wędrując z Krynicy przez Bacówkę nad Wierchomlą. Na pobliskich łąkach pasły się już stada owiec, takich uroczych. Zdecydowaniem mniej urocze były chmary much, które otaczały nas na szlaku. Na Pustej Wielkiej można było tylko energicznie machać rękami, by odpędzić natrętne owady.

Tym razem na Pustej było pusto. Zero much, zero ludzi. Początek szlaku w Wierchomli to strome podejście, po którym szlak osiąga polany skąd roztacza się widok na Tatry. Szeroki szlak zmienia się w jednoosobową ścieżkę, która trawersuje grzbiet wzdłuż rezerwatu przyrody Wierchomla pośród pięknego starodrzewu. Gdy ścieżka połączy się z czarnym szlakiem do szczytu pozostaje już niespełna kilometr. Ostatni etap to jednak wąska ścieżka, miejscami zasypana śniegiem i trudno widoczna pośród zniszczonych drzew.

Jak na jedną górką wycieczkę wrażeń nie brakuje. Tak zaplanowana trasa jest bardzo różnorodna, a to przecież jeszcze nie koniec. Moglibyśmy zabawić tu dłużej, gdyby nie wizja pociągu, który jest naszą jedyną szansą na powrót do Krynicy. A przed nami jeszcze 8 km wędrówki. Raz szeroką i wygodną drogą leśną, innym razem wąską ścieżką. Ale i tak największe wrażenie zrobił na mnie ostatni odcinek. Stromą i wąską dróżką schodzimy do Żegiestowa Zdroju. W dole już widać uzdrowisko, prawie na wyciągnięcie ręki.

Kurort czy ruina?

To bardzo efektowny odcinek. Nie tylko ze względu na wąską ścieżkę i stromiznę. Schodzimy do serca Żegiestowa Zdroju. Nowa Pijalnia Wód – źródło Anna, wybrukowana droga i chodniki, miejsca parkingowe, siłownia plenerowa. Wszystko jak spod igły, a jednak zupełnie tu pusto. Wszystkie te nowiutkie miejsca są zupełnie nieużywane. Czuję się trochę jak w filmie katastroficznym. Oprócz nas nie ma nikogo, a przecież takie serce uzdrowiska powinno tętnić życiem. Jeszcze kilka lat temu budynek pijalni wód był zamknięty ze względu na zły stan techniczny.

Zdjęcia wykonane przed i po remoncie – zobacz koniecznie.

Kilkaset metrów dalej wszystko staje się jasne. Szlak przeprowadza nas przez plac budowy. To Dom Zdrojowy, który po latach zaniedbania odzyskuje blask.

szlak, Żegiestów, Beskid Sądcki

foto. Piotr Stanek

Będzie jak przed wojną, a może jeszcze lepiej?

Uzdrowisko Żegiestów Zdrój wraca do dawnej świetności. Jeszcze przed II wojną światową było synonimem luksusu, w czasach PRL wciąż tętniło życiem, pod koniec XX wieku popadło w ruinę.

Dawną świetność, na skalę światową, chce przywrócić temu miejscu rodzina Cechini z Muszyny. Sycylijczycy, potomkowie włoskich budowniczych krynickiej kolei. Niektóre budynki już odnowiono, kolejne są w trakcie odbudowy. Plany – ogromne. Tylko dworzec kolejowy, na którym wysiądą przyszli kuracjusze nie przystaje jeszcze do tych planów. Stacyjka kolejowa z minionej epoki. Tutaj kończy się nasza trasa. Wsiadamy do pociągu TLK, który dowiezie nas do Krynicy Zdrój.

To bardzo intrygujące miejsce, nie tylko ze względu na uzdrowiskowe tradycje. Patrząc na nie jeszcze trudno sobie wyobrazić tu tłumy kuracjuszy i tętniące życiem sanatoria. Mam wrażenie, że jestem gdzieś na końcu świata, z dala od cywilizacji, a Słowacja jest o rzut kamieniem.