Monte Stivo to ogromna kwietna łąka! Nie znam większości kwiatów, które w tej chwili zachwycają kolorami i zapachami. Podszczytowe polany to jest miejsce warte zobaczenia właśnie teraz!

I gdy Monte Stivo tak mnie zachwyca, a na dodatek góruje nad Arco, Nago i jeziorem Garda, nie mogę uwierzyć, że siedziałam na szczycie zupełnie sama przez kilkadziesiąt minut. A mogłam dłużej. Nie było chętnych, by wejść na szczyt. Dziwne, prawda?!

Kwiaty, laka, Włochy, góry

Monte Stivo? Ale gdzie to jest?

Może niewiele osób słyszało o Monte Stivo?

Mnie i Piotrowi górę polecił pewien Włoch, który ponad dwa lata temu podwoził nas blablacarem. Skoro miejscowy poleca, trzeba to sprawdzić – pomyślałam wówczas. I w listopadzie, po Półmaratonie Garda wdrapaliśmy się na szczyt, a łaskawa natura od czasu do czasu pokazywała Dolomity!

Trasa wycieczki, Monte Stivo

Wtedy także na szczycie nie mieliśmy towarzystwa, ale to był listopad, środek tygodnia i na dole nic nie zapowiadało widoków na szczycie. A teraz – jest czerwiec, pogoda niesamowita, lato w pełni, a na szczycie można odetchnąć od upału. I znowu coraz łatwiej podróżować!

Którędy na Monte Stivo?

Tym razem postanowiłam przetestować inną trasę niż w listopadzie 2018 r. Zgodnie z moją mapą można wystartować w Nago i dotrzeć szlakiem aż do Arco. Piękna całodzienna wycieczka. Można, ale po drodze coś poszło nie tak jak zaplanowałam. I to na samym początku. 

Więc jeśli pójdziesz w moje ślady – a track trasy dostępny jest na Strava – to ja nie biorę za to odpowiedzialności! Ale wycieczkę polecam. 32 km i całkiem dużo pod górę. 1900 metrów w pionie! Wszystko dlatego, że start jest dość nisko – niewiele ponad 200 metrów n.p.m. A szczyt ma 2054 m. 

Coś nie tak poszło już na starcie. Nie wiem, gdzie był szlakowskaz, który niemal od razu nakazywał skręcić w lewo. A ja poszłam prosto i skręciłam w kolejną drogę w lewo. Znaczki były, ale że rowerowe, a nie piesze – kto by się przejmował? Ja nie! Ale intuicja, mapa i widok nade mną podpowiadały mi, że jestem nie tu gdzie powinnam być. Ale kto by się wracał? Ja nie!

Kombinuję… którędy na szczyt?

Na szczęście mapa podpowiadała, że jak pójdę dalej, a potem skręcę w lewo to trafię tam gdzie miałam być od początku. Droga była przyjemna, szybko pięła się pod górę, po drodze trafiłam na zraszacze podlewając okoliczne pola, więc miałam chłodzenie w gratisie. 

I gdy dotarłam tam gdzie miałam być od początku, brak oznakowania i droga, która zamiast w górę zaczęła schodzić w dół, sprawiły że zawróciłam. A powinnam była tam zostać. 

Ale gdybym została, nie weszłabym na Monte Brugnolo (1177 m n.p.m.) – kto wie gdzie to jest?!

Dziewczyna, osioł

Czasem warto się zgubić…

Nie zeszłabym do Santa Barbara. Nie spotkała osiołka. Ani włoskiej rodziny, przed którą rozpostarłam swoją ogromną mapę z pytaniem – gdzie ja właściwie jestem (pytanie oczywiście po angielsku, nie po włosku). Na szczęście pytając o to stałam już oko w oko z Monte Stivo i potrzebowałam tylko, albo aż wskazówki, jak wejść na właściwą drogę na szczyt. Z tego miejsca – a okazało się, że jestem w Santa Barbara (jakim cudem, skoro właśnie tu nie miałam dotrzeć!), drogę na szczyt było widać bardzo wyraźnie. 

Dwa razy w prawo, do źródełka, a potem w górę – taką dostałam instrukcję, najpierw po włosku, a później także po angielsku. I zgodnie z radami, tam gdzie miał być, pojawił się upragniony kierunkowskaz MONTE STIVO 3.20. 

Santa Barbara – historia pewnego lotu

Z łatwością znalazłam źródełko, a obok park i tablicę z informacją o katastrofie lotniczej z czasów II wojny światowej. W ten sposób okoliczni mieszkańcy upamiętnili amerykańskich lotników z bombowca B-25J Maybe. Samolot rozbił się na pobliskiej górze Brugnolo 6 lutego 1945 r. Uszkodzony samolot, którego załoga nie wykonała swojego zadania, niósł wciąż ładunek, który mógł doprowadzić do śmierci wielu cywilów. W katastrofie zginęli piloci Earl Remmel i Leslie Speer, którzy wcześniej umożliwili ewakuację pięciu członkom załogi. Bombowiec rozbił się właśnie na zboczach  Monte Brugnolo. W wrześniu 2015 roku odsłonięto w Santa Barbara tablicę poświęconym bohaterskim pilotom bombowca Maybe.

Jest szlak – jestem na trasie na Monte Stivo

Za Santa Barbara minęli mnie tylko rowerzyści. Troje. Jeden zawrócił, gdy zrobiło się zbyt kamieniście, dwoje dogoniłam jakiś czas później. Maszerując na lekko mam pewną przewagę nad rowerzystami prowadzącymi swoje maszyny. Gdy więc za plecami usłyszałam – najchętniej porzuciła bym rower w krzakach – odwróciłam się ze śmiechem i przywitałam. 

Jak miło, że ktoś jeszcze z Polski tu bywa!

Monte Stivo ponad jeziorem Garda

Ostatni odcinek do schroniska – czyli jakieś 500 metrów w pionie to przyjemna wędrówka zakosami przez ukwiecone łąki. Ponad głową już widać schronisko – warto je odwiedzić po wejściu na szczyt. A przede mną morze kwiatów i kolorów. Co tu kryć, co kwiatek to zachwyt, więc cyk, zdjęcie. I tak szybko mija droga na szczyt. Mijam schronisko, (zatrzymałam się w drodze powrotnej na grappę), bo stąd już tylko kilka minut i można podziwiać widoki. A to na Monte Baldo, a to na jezioro Garda u stóp, a to Dolomity w tle. To sobie siedzę i podziwiam, bo zupełnie nikogo tu nie ma. W końcu to nie Tatry, a w dole solidna konkurencja. Wycieczkę zaczęłam w Nago, a planuję zejść do Arco. Po drodze trochę kosodrzewiny, ale niżej znowu łąki i kwiaty. I nawet lilie i szarotki udało mi się rozpoznać.

Powrót z Monte Stivo już bez kłopotów

I o ile do góry kombinowałem różnymi drogami i szlakami, o tyle w dół trzymam się planu: moje zejście do Arco to kombinacja szlaków numer 617, 666, 668.

Gdy szlak wchodzi do lasu – na szczęście, bo mimo wiatru upał daje się po południu we znaki – robi się trochę nudno. Długo i dość monotonnie schodzę w dół. Kamienie, suche liście i zmęczenie sprawiają, że czasem plączą mi się nogi. I pamiętaj, że spora tu różnica wysokości – ponad 2000 metrów szczyt, a Arco – około 200. Jest więc dużo do zejścia. Gdy już zaczynam się nudzić docieram do ostatniej atrakcji na trasie. 

Policromuro i Bosco Caproni

Policromuro to niezwykła ściana – klif, grota – na której wytyczono blisko 150 dróg wspinaczkowych, o różnym stopniu trudności. Tereny wokół to Bosco (Las) Caproni, 44 hektary u podnóża Monte Stivo. Najszybciej można tu dotrzeć z Massone. Miejsce to nazwano na pamiątkę Ganniego Caproniego, inżyniera lotnictwa, który pochodził z Massone i kupił tę ziemię dając pracę dziesiątkom rodzin przy zalesianiu, w okresie międzywojennym. Dzisiaj tereny te należą do gminy Arco, która utworzyła w tym miejscu ścieżkę przyrodniczo-historyczną, dzięki której można odkryć kamieniołomy.

Dodatkowo na uwagę zasługuje las dębów ostrolistnych, ciekawe formacje skalne pochodzenia polodowcowego, zjawiska krasowe i ślady skamieniałości. Znane miejsce wspinaczkowe przed laty było rajem dla rzeźbiarzy. Stąd wydobywano kamień znany jako „biel Arco”, który wykorzystano do wyrzeźbienia posągu Mojżesza na placu Arco, fontanny na placu Duomo w Trydencie oraz posągów zdobiących na początku most Taro w Parmie. W czasie II wojny światowej kamieniołomy służyły okolicznym mieszkańcom za schrony przeciwlotnicze.

To miejsce, gdzie spokojnie można spędzić kilka godzin!

Stąd już blisko przez gaje oliwne do Arco, gdzie kończy się ta wycieczka. 32 km i 1900 metrów w pionie – wszystko za sprawą poszukiwania własnej drogi na Monte Stivo. Polecam, nie tylko jako poszukiwanie ochłody w czasie letnich, włoskich upałów.