Pierwszy milion… nie to, nie ta bajka!

To jest historia od zera do… Nie, też nie ta bajka. 

Bo nie ukraść – ale przejechać. Nie milion, a tysiąc. Ale, tak od zera. A dokładnie od braku umiejętości jazdy na rowerze do pierwszego (i nie ostatniego) tysiąca!

Dziewczyna na rowerze, nauka jazdy, wycieczka

15 lipca 2021 roku przeszedł do historii. Nie piszą o tym w podręcznikach, ale ochroniarze jednego z bielskich sklepów długo jeszcze będą się zastanawiali co ja brałam. Kiedy przejechałam na rowerze pierwsze metry krzyczałam z radości ile sił w płucach.

Jak Ci opisać tę dziką radość… Meta pierwszego maratonu? Widok z upragnionego szczytu? Blisko, ale jednak nie. Nie? Nie, bo znam oba te uczucia. Ta radość, gdy robisz po raz pierwszy w życiu coś wyjątkowego, co miało się jednak nie wydarzyć, sukces. Sukces mimo, że dawno już spisałam siebie, jako rowerzystkę na straty. 

Tyle, że to był dopiero początek mojej rowerowej drogi. Ruszyłam, pojechałam i nawet przywiozłam do domu własny rower. 

1000 km w 2,5 miesiąca!

Tak, tyle czasu mi to zajęło. Mało czy dużo? Nie mam pojęcia! Nie mam porównania. Nie wiem czy 160 km na rowerze tygodniowo (z takim efektem kończę jeden z tygodni w sierpniu) to dużo czy mało. 100 km biegania tygodniowo to dla mnie dużo, bo biegam ponad 10 lat i coś tam o bieganiu wiem. Ale o jeżdżeniu na rowerze wiem niewiele, wszystkiego się uczę, tak jak kiedyś biegania. Jaka to przyjemna nauka! I śmiem powiedzieć – mniej męcząca i wymagająca ode mnie mniej wysiłku. 

Swoją drogę od 0 do 1000 km podzieliłam na kilka etapów. Dla siebie i może dla Ciebie. Dla każdej z osób, która trafi na ten tekst na hasło „nauka jazdy na rowerze dla dorosłych”. 

Umiem skręcać

Ten element nauki przypomina mi czasy, gdy uczyłam się jeździć na nartach (swoją drogą czas wrócić do nart, ale skiturowych). Niby już jechałam, ale na krechę i hamowałam pługiem, chociaż był i etap wcześniejszy – jechałam, ale nie hamowałam. Bardzo śmieszny i niebezpieczny. 

Wracając do roweru – niby jadę i nawet hamuję, ale przecież trzeba wreszcie zacząć skręcać! Ile upadków zaliczyłam na nartach, to zapewne tyle siniaków nabiłam sobie o pedały roweru. Tak było, zanim zrozumiałam, że jak prawie się zatrzymam i przestanę pedałować, to raczej spadnę niż skręcę. O tym jak na małej przestrzeni wykręciłam 3 km ósemek pisałam TUTAJ. Ale koniecznie na dole tekstu przeczytaj wskazówki od Olgierda. Po co samemu odkrywać coś co inni wiedzą. 

Pierwsza dycha!

Ależ byłam z siebie dumna! Cóż tego, że miałam kłopot z ruszaniem. Co z tego, że jazda z górki to był strach w oczach. Co z tego, że na widok pieszych wpadałam w panikę. Co z tego, że nie dawałam rady pod byle górkę, która gdy biegnę jest tylko podbiegiem. Co z tego, że przyjechałam do domu mokra jak mysz i wykończona! Moja pierwsza wymęczona dycha – w czasie takim, że mogłam powiedzieć, że szybciej biegam niż jeżdżę na rowerze. Dzisiaj już tego nie powtórzę! Dzisiaj strach w oczach jest mniejszy, a biegam – choć ostatnio szybciej – to jednak wolniej niż jadę na rowerze. I o to chodziło!

Pierwsza wycieczka rowerowa

Każdy kolejny wyjazd to było krok milowy! Pilnie trenowałam, a miałam tylko tydzień (od kupienia roweru do urodzin), by przygotować prezent, czyli poranne jeżdżenie na rowerze z solenizantem Piotrem. Co prawda jeszcze z całych sił ściskałam kierownicę, tak że cierpły mi ręce, ale kilka km bez przerw mogłam już przejechać.

 

 

Rowerzystka, nauka jazdy, dziewczyna

Im więcej mogłam – tym dalej się zapuszczałam, szukając i poznając kolejne ścieżki rowerowe. I tak dowiedziałam się, że wzdłuż Białej dojadę do Wilkowic na burgera, a nawet jeszcze dalej. Że bocznymi drogami (słynną ulicą Podgórską) dojadę do Jaworza, później do Nałęża i jeszcze wrócę do domu z przystankiem w gruzińskiej piekarni. Te rowerowe punkty żywieniowe szybko stały się atrakcją rowerowych wycieczek. Ważne było nie tylko dokąd dojadę, ale czy jest sympatyczne miejsce, gdzie można zaparkować rower, usiąść, odpocząć i zjeść. 

Małe sukcesy! Wjechałem pod górkę ulicą Olszówki

Ulica Olszówki w Bielsku-Białej to jedno z moich ulubionych biegowych miejsc. Jak już dotrę do Dębowca to czeka mnie długi i bardzo przyjemny zbieg. A w przeciwną stronę, długi i ciut mniej przyjemny podbieg. A na rowerze? Na rowerze to było jedno z wyzwań. Za pierwszym razem prawie się udało. Prawie, na ostatnich metrach jednak było zbyt ciężko, za późno zmieniłam przerzutki i zabrakło siły w nogach. Zsiadłam i ostatnie metry do ronda prowadziłam rower. 

Kolejna próba. Pamiętając o błędach, które popełniłam, pilnowałam kolejnych elementów i wyjechałam! Kolejna bariera pokonana!

Wyjechałam na ulicę! Kierowcy, uwaga na mnie!

To kolejny etap i przypomina mi inną historię sprzed ponad 20 lat. Ja, jako świeżo upieczony kierowca. Prawo jazdy w ręce, samochód do dyspozycji i w drogę. Zanim z punktu A dotarłam do punktu B planowałam trasę. W prawo, do świateł, dwa razy lewo, prosto… Jak dojechać, które ulice są jednokierunkowe, gdzie zaparkować. Decyzji do podjęcia było sporo.

Teraz mam powtórkę, tylko na rowerze. Gdzie dojadę ścieżką rowerową, a gdzie jednak muszę jechać ulicą. Czy mnie zauważą, ominą, czy się nie wystraszę, czy się zmieścimy. Pytań, dylematów i strachów mnóstwo. Nie mam ochoty jeździć zatłoczonymi miejskimi drogami, ale czasem po prostu nie ma innych możliwości. Zatem, uwaga na rowerzystów! 

50 kilometrów po raz pierwszy

Łatwo ulegam magii liczb. Jestem ścisłowcem. Jak to pięknie wygląda. 3000 km biegania. 1000 km na rowerze. 50 km podczas jednej wycieczki. Las Kabacki to była fantastyczna okazja, by wykręcić taki dystans. Nowy teren, mnóstwo dróg i ścieżek oraz ogromna ciekawość, by sprawdzić co jest za zakrętem. No jasne, nie 50 km na raz. Były przystanki, tzw. popasy, zdjęcia i podziwianie słoneczników. I jak podczas biegania – dokręcania wokół kabackich bloków do okrągłej pięćdziesiątki. Biegacz rowerzystkę zrozumie!

Przestałam panikować

Każde wyjście na rower to była nowa lekcja. Podczas każdej uczyłam się czegoś nowego, szlifowałam nabyte umiejętności, albo cieszyłam się z jazdy, tak jak cieszę się bieganiem.

Jedną z ważniejszych umiejętności było pozbycie się paniki i strachu. Czy ja zjadę z tej górki, czy skręcę, czy się zatrzymam na czas, czy ruszę, czy się zmieszczę… a co oni sobie o mnie pomyślą… Tak, tak. Pozbyłam się wstydu i zaczęłam jeździć, ale to myślenie o innych wciąż mi się włączało. Zakodowane, wdrukowane, wytresowane przez kilkadziesiąt lat! A to przecież nie jest mój problem, niech myślą co chcą, skoro i tak każdy myśli coś innego. (To niestety nie moje, tylko Marty Frey, ale uwielbiam i wielokrotnie cytuję.)

Przestałam panikować i dziwnie reagować. Zamiast zeskakiwać z roweru – spokojnie i z gracją się zatrzymuję, nie jestem pewna czy dam radę np. włączyć się do ruchu – spokojnie czekam. Nic nie muszę, wszystko mogę i tyle!

Ostatni tydzień sierpnia to przełom!

Właśnie wtedy pomyślałam, że od trzech dni nie nabiłam sobie na łydce nowego siniaka. Żadnego skaleczenia. No, może wreszcie stare rany się zagoją, bo wyglądam wtedy jak w dzieciństwie. Stare strupki, nowe strupki, stare zadrapania, i kolejne nowe zanim stare się zagoiły. Łydki w kolorach tęczy – żółte, fioletowe, sine, niebieskie…

Dopóki nosiłam spodnie lub długie sukienki nie było sensacji. Ale korzystając z letniej pogody ubrałam krótką spódniczkę i sińców nie dało się nie zauważyć. Aż koleżanka w pracy się odważyła i zapytała co mi się stało. Nic, tylko uczę się jeździć i niestety dość często obijałam się o pedały! No, ale nareszcie od 3 dni nowych siniaków nie ma, więc jeszcze kilka dni i stare też znikną. 

Swoboda i radość

Kolejny, nie ostatni etap, to kilka drobiazgów, które doceniam. Przestałam się bać. Wszystkiego wokół i samej jazdy. Przestałam planować trasę z dokładnością do zakrętu – jadę gdzie chcę, no dobrze, prawie. Zdarzyło mi się już tak zamyślić nad życiem, że pojechałam prosto i zapomniałam skręcić tam gdzie chciałam skręcić! No to pojechałam gdzie indziej, a potem zawróciłam i pojechałam zgodnie z pierwszym zamiarem.

Rowerzystka, dziewczyna, rower, nauka jazdy

Jeszcze jedna ważna rzecz mi została do opanowania – sygnalizowanie zmiany kierunku. Z dala od ludzi ćwiczę machanie, czyli wystawianie ręki w prawo lub w lewo. W prawo idzie mi lepiej, w lewo – trzeba potrenować. Ale ta umiejętność machania, czyli sygnalizowania potrzebna mi jest też do odganiania much czy drapania się po nosie. Nie pojadę jak swędzi, a na zatrzymywanie szkoda czasu. 

Pewnie zauważyłeś, że przybyło tekstów rowerowych. I będzie jeszcze więcej. Czy porzuciłam bieganie i podróże dla roweru? NIE! Wszystko zamierzam połączyć i wykorzystać maksymalnie. Nad Gardą pośmigać na rowerze, pobiegać – półmaraton już w listopadzie i wejść na szczyty. Zorganizować rowerowe wakacje. I jeszcze więcej. Zasada główna pozostaje prosta 😉 Ma być prosto! Przed siebie i radośnie!