Zacznijmy od końca! Po 12 miesiącach i kilkunastu wycieczkach (na Romance byliśmy więcej niż 12 razy, czyli częściej niż raz w miesiącu), 25 grudnia 2021 roku planowaliśmy zakończyć nasze wyzwanie pod roboczą i utartą już nazwą Romanka Challenge.

Pierwszy dzień Świąt to przecież idealny czas na wyjazd w góry. Droga przejezdna, parking w Żabnicy pusty, śniegu wystarczająco, by cieszyć się zimowym wejściem. Z perspektywy czasu, znając już zakończenie, mój wewnętrzny chochlik zachichotałby w duchu.

Romanka Challenge i finałowe wejście

Ktoś, a nawet dwóch „ktosiów”, zapewne dzień wcześniej szło czarnym szlakiem do Słowianki, więc nic absolutnie nic nie wzbudziło mojego niepokoju. Pamiętając letnie wejścia, gdy pogoda zupełnie nie była letnia, tym razem mieliśmy wystarczająco ciepłych ubrać. Herbatę, kanapki i nawet coś słodkiego. Nic tylko wejść i świętować. Nie będę nawet wytykać palcem kto w tym doborowym towarzystwie narzekał, że zabrał zbyt wiele ciepłych ubrań i na pierwszym podejściu mruczał, że zaczyna się gotować. No nie ja, nie ja!

Romanka Challenge, turyści, góry, chmury

Nic nie zapowiadało kłopotów

Do Słowianki deptałam ślady jako pierwsza. Śniegu niewiele, trochę zmarznięty, trochę ślady nie pod mój wzrost, więc szliśmy wolniej niż latem. Ale czasu mieliśmy pod dostatkiem, a ja nawet dorzuciłam czołówkę do plecaka! Do Słowianki byłam naiwna. Do rozwidlenia szlaków czerwonego z niebieskim nadal naiwna. Choć parę razy wpadłam w mokrą breję, choć pod warstwą śniegu było i błoto, a ziemia nie do końca zmarznięta. Ot, taki mamy klimat i brnęłam dalej. Towarzyszące nam do tego miejsca ślady wybrały jednak czerwony szlak – fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego – a my chcieliśmy przecież szybko i prosto. Więc wybraliśmy standardowe podejście niebieskim szlakiem.

Mój chochlik jakoś przestał się śmiać, bo śniegu nagle zaczęło przybywać. Tempo spadło, ale wciąż szliśmy przed siebie. Raz co prawda nie tam, gdzie prowadzi szlak i przez zaspę trzeba było wrócić na właściwą drogę, ale wysokości przybywało, a dystans do szczytu się zmniejszał. Po 12 miesiącach wędrowania po tej okolicy dokładnie wiedziałam, że od parkingu na szczyt to tylko (albo aż jak tym razem) 7,3 km.

Po kolana, po pas w śniegu!

Tylko jakoś tempo zaczęło spadać. Kto szedł niebieskim szlakiem wie, że najpierw podchodzi się wzdłuż potoku, później trawers w prawo, zakosami przez las do polany, później podejście przez polanę, i już niedaleko do szczytu. Długi, ale przyjemny trawers przez las, zakręt w lewo, jeszcze kilkaset metrów i szczyt. Na pamięć znam ten szlak. Tyle, że 25 grudnia rzeczywistość wyglądała jakby inaczej. Potok pod śniegiem, całkiem głębokim bo już do kolan. Śladów żadnych więc wytyczamy drogę. Polana – zasypana i zawiana śniegiem. Tu zresztą pojawiły się pierwsze przebłyski rozsądku. Jak wpadłam po uda w śnieg i musiałam się wykopywać. Torujemy, szukamy znaczków, wytyczamy najlepszą naszym zdaniem trasę. A i tak wpadamy po uszy w zaspy. Śniegu przybywa, i to wcale nie proporcjonalnie do wysokości, ale wręcz geometrycznie. Ktoś tu rzucił nawet – ja oczywiście – że jak w lesie nie będzie lepiej to zawracamy.

Uparci jak… nie, nie obrażajmy osiołków!

Ale przemy dalej. Raz ja – krócej, raz Piotr – dłużej, torujemy drogę. W tempie żółwia, dość powiedzieć, że pokonanie szóstego kilometra zajęło nam 32 minuty. Akurat tutaj pojawiła się solidna przeszkoda – powalone drzewa i zaspy, w które ja wpadłam po pupę. Zastosowałam metodę pływania i poruszania się na kolanach i z uporem brnęłam dalej. Gdy szlak nareszcie skręcił w lewo, a nas wciąż szlak nie trafił, wydawało się, że Romanka jest dosłownie na wyciągniecie ręki. 600 metrów w linii prostej i 84 metry w pionie. Rzut beretem normalnie.

Romanka Challenge, mapa

Tyle, że siły starczyło nam na połowę tego odcinka. Gdy powalonych drzew i śniegu było już tak dużo, że z trudem wykopałam się na powierzchnię, uznałam, że 35 metrów płynąć pod górę to jednak nie dam rady. Do tabliczki z nazwą szczytu nie dotarliśmy. Za to spektakularnie szybko zmierzaliśmy w dół!

Romanka Challenge, zima, śnieg

I tak oto zakończyło się nasze wyzwanie!

Czemu tym razem zaczynam od finiszu? Bo druga połowa 2021 roku i druga część naszego wyzwania obfitowała w co najmniej dziwną pogodę.

Czy to lato? Czy może jednak jesień?

Przenieśmy się więc w czasie i wróćmy do lata. Jest 3 lipca. Entuzjazm dopisuje, w przeciwieństwie do pogody. Na dole jest jeszcze jak to mówią
„w miarę”, ale nie ma co tracić czasu na poszukiwanie widoków. I tak oto szybkim marszem wchodzimy na szczyt, znowu poniżej 2 godzin. Na Hali Pawlusiej widoczność jest jeszcze gorsza, więc 20-kilometrowa trasa bez zbędnych przystanków zajmuje nam mniej niż 5 godzin. Góry pokazują się nam dopiero pod koniec wycieczki.

Tym razem trasa podstawowa w mgle, chmurach i przy słabej widoczności, ale też w ciszy i spokoju, bo kto by wychodził na szlak, gdy pogoda jest typowo dla koneserów.

W lipcu jeszcze raz szukamy lata… Jest jeszcze gorzej!

Trzy tygodnie później postanawiamy dać lipcowi i latu drugą szansę. Oj, chochlik już się śmieje.

Nie powstrzymało nas nawet świętowanie dzień wcześniej urodzin Piotra. Tym razem z Sopotni (od wodospadu) przez Halę Miziową, granicznym szlakiem do Trzech Kopców, a dalej Rysianka, Romanka i meta. Końcówka lipca, lato i znowu nasz nadmierny optymizm. Ja to przynajmniej koszulkę z długim rękawem wrzuciłam do plecaka, bo Piotr tylko czapeczkę z daszkiem, spodziewając się słońca. Kurtek w ogóle nie zabraliśmy z domu. Oj, ktoś tu zapomniał o nauczce z Wielkiej Fatry… – Mam kurtkę gore to ją biorę!

Im wyżej tym gorzej!

Początek zresztą nie zapowiadał katastrofy. Choć im bliżej Hali Miziowej tym więcej chmur pojawiało się nad Pilskiem. Na Miziowej zdobycie Pilska odpuściliśmy i ruszyliśmy w stronę Rysianki. I z tych chmur najpierw zaczęło kropić, mżyć, a później padać. Zresztą dwie godziny wędrówki w mżawce i tak oznacza dwoje mokrych i zmarzniętych turystów w schronisku. Dwoje, obok wielu innych, którzy na Rysiance szukali schronienia, rozgrzewali się ciepłą zupą, suszyli ubrania i czekali na okno pogodowe. I w końcu się doczekaliśmy, bo mieliśmy przecież misję do spełnienia.

W plecaku nieśliśmy kamień znaleziony przez Piotra przy schronisku na Błatniej. Kamień został dostarczony na Romankę, a stamtąd ruszył zapewne dalej w plecaku innych turystów. Najważniejsze, że do auta dotarliśmy już prawie wysuszeni i nadal w dobrych nastrojach, choć z solidną nauczką.

turyści, szlak, góry, zimno

Sierpień – choć to nie koniec wyzwania, mamy już medale!

Atrakcją tego wyjazdu były przepiękne medale wykonane przez Ira Ceramics! Jak zobaczyłam jej wypalane medale przygotowane na jeden z górskich biegów, a później ceramiczne pamiątkowe magnesy, postanowiłam, że my też będziemy mieli swoją pamiątkę. Ręczna robota, wypalanie w piecu i w końcu są.

Do plecaków, oprócz medali, tym razem zapakowaliśmy ciepłe bluzy i opaski. Były też okulary słoneczne, bo a nuż, widelec wyjdzie słońce, ale już nie ufaliśmy latu tak bardzo. Ostatni weekend sierpnia i wakacji nie zaskoczył nas letnią pogodą. I chyba nie tylko nas, skoro słynne ławeczki na Rysiance tym razem świeciły pustkami.

Wrzesień – czyli tym razem szlak z Ujsół

Jeszcze w połowie września postanowiliśmy sprawdzić czy tym razem uda się złapać trochę promieni słońca i trochę lata, które już dobiegało końca. Tym razem wyruszyliśmy z Ujsół czarnym, a dalej żółtym szlakiem przez Zapolankę i Halę Redykalną. Bardzo lubię ten odcinek, jest mniej popularny wśród turystów, czyli nawet w niedzielne przedpołudnie można wędrować w ciszy i samotności.

Plan był inny, miał być powrót przez Trzy Kopce i Krawców Wierch, ale przecież plany są po to by je zmieniać, więc wróciliśmy po swoich śladach. Prawie po swoich, bo pod koniec zamiast skręcić wraz ze szlakiem w lewo poszliśmy drogą prosto… Żeby więc wrócić tam skąd przyszliśmy szukaliśmy właściwej ścieżki przez las.

Tam i z powrotem, z niewielkim błądzeniem to prawie 30 km, 7 godzin i 1150 metrów w górę.

szczyt, Romanka, turyści, tabliczki

Październik – wietrznie i słonecznie i z nowymi butami na nogach

Mamy towarzystwo! I to nie byle jakie! Światowe wręcz i z wieloletnią tradycją. Nowe buty od Chiruca, czyli hiszpańskiej marki z 50-letnim doświadczeniem.

Ja wybrałam model Monique GTX z dodatkami w kolorze różowym, a Piotr Maui GTX w kolorze czarno-czerwonym.

Pod koniec października zabraliśmy nowiutkie buty na naszą podstawową trasę. Wiadomo, zaczynamy się poznawać, więc ostrożnie. 20 km minęło nam jednak przyjemnie i bez przykrych niespodzianek. I jeszcze jesienna pogoda dopisała! Słońce, błękitne niebo, złote trawy – bajecznie. I wietrznie też, ale w Beskidach trzeba się do tego przyzwyczaić. Tym razem Romanka była dla nas łaskawsza niż podczas letnich wycieczek! I powiedziałabym „tak trzymaj”, gdyby nie grudzień – ale to już wiesz, a przed nami jeszcze listopad!

Listopad – szlak z łańcuchami

Gdy zapytać  – na jakim szlaku w Beskidach są ułatwienia w postaci łańcuchów – wiele osób bez namysłu odpowie, że mowa o Perci Akademików na Babiej Górze. I to prawda, ale… każdy kto zna czerwony szlak na Halę Pawlusią, część Głównego Szlaku Beskidzkiego, wie, że dwa półtorametrowe łańcuchy wiszą też na niewielkim skalnym urwisku w masywie Romanki. Przy dobrej pogodzie i suchej skale są zupełnie niepotrzebne, ale trzeba przyznać, że na zdjęciach prezentują się bardzo efektownie! Zdaję sobie sprawę, że przy deszczowej pogodzie lub zimą mogą być w tym miejscu przydatne. Sam czerwony szlak jest z pewnością ciekawą alternatywą dla niebieskiego wariantu. Z tą różnicą, że z hali Pawlusiej trzeba podejść na szczyt żółtym szlakiem co zajmie co najmniej pół godziny.

Czerwony szlak trawersuje zbocze Romanki, w kilku miejscach przerzedzony las pozwala na podziwianie górskich plenerów. Mimo, że to jeden z odcinków Głównego Szlaku Beskidzkiego jest tu znaczenie ciszej i spokojniej niż na szlaku przez hale Lipowską i Rysiankę. I niech tak zostanie, w końcu jesteśmy w granicach rezerwatu Romanka.

Jednym z ciekawszych miejsc jest na tym szlaku także hala Wieprzska, skąd już na wyciągnięcie ręki widać kolejną z hal, czyli Pawlusią. To również dawna hala pasterska, niestety nie jest już wykorzystywana przez owce i ich pasterzy. Nazwa pochodzi jednak nie od owiec, ale od hodowli świń. Już teraz planuję wrócić na ten szlak wiosną – spodziewam się zobaczyć tu przebiśniegi, a może i krokusy, nieopodal popularnych i obleganych przez miłośników tych kwiatów miejsc. Wiosna 2022 roku będzie okazją, by to sprawdzić.

Romanka Challenge – podsumowanie

To co po Romance? Nie wiem czy cokolwiek z podobnym rozmachem. Bo i nie mam potrzeby w takiej właśnie formie kontynuować poznawania Beskidów. Czy jestem zadowolona? Bardzo! Romanka, którą uważam za jeden z piękniejszych i nadal niedocenianych szczytów w Beskidzie Żywieckim została w odpowiedni sposób uhonorowana. Niedoceniana – bo nie jest ani najwyższa, ani najbardziej efektowna, ani najtrudniejsza.

Żadnego NAJ, by się pochwalić!

I jeszcze na dodatek ze szczytu o wysokości 1366 m n.p.m. nie ma żadnych widoków i niech tak zostanie jak najdłużej. Dlaczego? Bo to oznacza, że wędrując na Romankę można  podziwiać fragmenty puszczy karpackiej. Od 1963 roku szczytowe partie objęte zostały ochroną i utworzono tutaj rezerwat. Jeszcze do niedawna niemal całe stoki Romanki porastał las. W tym roku wędrując najczęściej szlakiem niebieskim zauważyliśmy, że i tutaj w szczytowych partiach silne wiatry poczyniły spustoszenie. Podobno – nam się nie udało tego potwierdzić na własne oczy  – lasy na zboczach Romanki zamieszkują dzikie zwierzęta. Pojawiają się tu dziki, jelenie, rysie, wilki, borsuki i niedźwiedzie.

I jeszcze za wikipedią trochę historii. Stoki Romanki podczas II wojny światowej były schronieniem oddziałów partyzanckich, które pod koniec wojny toczyły walki z okupantem. Działał tutaj oddział partyzancki „Romanka”. Jedną ze spektakularnych akcji było spacyfikowanie schroniska na Rysiance, gdzie znajdował się ośrodek wypoczynkowy dla oficerów niemieckich. Dawniej na szczycie Romanki stała wieża triangulacyjna.

Każdy ma swoją ulubioną górę. Ja mam ich kilka w różnych miejscach i w różnych krajach. W mojej okolicy polecam Romankę i zapewne w tym roku też tam wrócę, chociaż może nie aż tyle razy.

Ile razy byłam na szczycie w 2021 roku?

Policz! Pierwsza część tego podsumowania jest też na moim blogu!

Romanka Challenge jest laureatem konkursu Chiruca Expedition.

chiruca logo

Romanka Challenge jest laureatem Chiruca Expedition 2021