Jak było? To pytanie pada w Polsce tak często, jak inne pytania we Włoszech. 

Sola? A piedi?

Sama? Pieszo?

O ile te włoskie pytania rozumiem, i odpowiadam na nie z łatwością: si, si. O tyle to pierwsze, choć po polsku, jest trudniejsze. 

Jak było? Jak streścić w kilku, kilkunastu zdaniach 12 dni wędrówki i 355 km przez Umbrię, Marche i Abruzzię?

Jeśli pokażę zdjęcia i opowiem wiele prostych historii to będzie łatwiej zrozumieć mój zachwyt dla tej wędrówki. Zdjęcia będą, historie muszą trochę zaczekać. Bez obaw – żadnej nie zapomnę, wszystkie nagrałam!

sentiero italia, dziewczyna, wedrowka

Spróbuję za to porównać czerwcową i wrześniową trasę. W sumie to 21 dni w drodze, 12 teraz i 9 trzy miesiące wcześniej. To także 680 km, czyli 9% całej trasy (Sentiero Italia z różnymi wariantami i dwiema wyspami to 7800 km). 

Wyszło mi po pięć – 5 podobieństw i 5 różnic.

5 podobieństw

1. Znowu bez gazu! Do trzech razy sztuka!

Teraz już mam pewność, że tylko znana sieciówka mi pomoże. Mimo, że po korespondencji z  pracownikami informacji turystycznej miałam wytypowany sklep outdoorowy w Forli. I jeszcze Panie zadzwoniły i upewniły się, czy kartusze z gazem z gwintem są dostępne. Miały być. W sobotni poranek stanęłam więc przed drzwiami sklepu jeszcze przed jego otwarciem. O 9 już niecierpliwie zaglądałam do środka, gotowa do zakupów. Niestety tego co miało być, nie było. 

namiot, śpiwór, biwak

Kartusz przebijamy był dostępny w wielu miejscach – w tym sklepie, w sklepie dla wędkarzy, a nawet w sklepie „mydło i powidło” i to za przysłowiowe grosze. Kartusz z gwintem okazał się niestety mało popularny. Dostałam drugą nauczkę i znowu niosłam palnik, garnek i liofilizaty przez kilkanaście dni. Garnek przydał się nad morzem do przygotowywania włoskiej kolacji. Winogrona, melon, sery… takie tam drobiazgi!

2. Wielu fantastycznych ludzi na trasie!

Uśmiechniętych, życzliwych i ciekawych drugiego człowieka, a dokładnie wędrowcy z plecakiem. W Bagnara, drugiego dnia wędrówki witają mnie Maria i Emily. Siedzą przy stole przed domem, rozmawiają. Przerywam im na chwilę, by profilaktycznie zapytać czy woda z fontanny jest zdatna do picia. Jest fantastyczna. Zimna. Pyszna. Dostaję kubek i piję jeden po drugim. Napełniam butelki. Rozmawiamy. 

Sola? Sola! To fantastycznie – wykrzykują! Patrzę trochę zdziwiona. To pierwsze osoby, które reagują z takim entuzjazmem. Rozmawiamy, śmiejemy się. Ja opowiadam im o mojej drodze, one o miejscach które mogłabym zobaczyć. Z żalem wstaję. Ale wiem, że przede mną droga. 

Albo inna maleńka miejscowość. Padula. Poza sezonem letnim 8-9 mieszkańców. Ja znam połowę. Luiza, Pina, Liliana i Margherita grają w karty, gdy zagaduję o wodę. Kończy się na kawie, kanapce, ciasteczkach i owocach zapakowanych na drogę. I rozmowie, mimo że ja przecież nie znam włoskiego, a one angielskiego. Rysujemy, gestykulujemy, pokazujemy. Ściskam je serdecznie przed ruszeniem w drogę. Przypadek? Nie sądzę. Pasqual, Luciana, Simone… wiele wiele innych osób. Imiona, twarze, gesty, uśmiechy. Klucz do domu. Gorąca kawa za uśmiech. Miejsce do spania. Świat jest piękny, a ludzie niesamowici!

3. Było wygodnie – te same buty i innych sobie nie wyobrażam na tej trasie!

Choć do końca miałam wątpliwości to moich biegowych, terenowych Sauconów nie zamieniłabym na inne buty. Miałam wątpliwości czy wytrzymają jeszcze kilkaset kilometrów. Wytrzymały. Czy wytrzymają kolejną wędrówkę? To trudne pytanie. Te niepozorne bury niosły mnie kilkadziesiąt kilometrów dziennie. Trawa, kamienie, skały… dały sobie radę. Jedyne czego się obawiałam to ulewa. Przemakają szybko, a marsz w mokrych butach nie jest komfortowy. Ale z jednej strony miałam szczęście do pogody, a z drugiej nieprzemakalne skarpetki w plecaku. 

nogi, buty, liście

4. Było idealnie, jeśli chodzi o pogodę!

Jak nadciągnęła burza to akurat miałam dach nad głową. Musiałam tylko ją przeczekać w miłym towarzystwie albo poczekać z wymarszem. Jak nadciągnęły chmury i lunęło to ja właśnie stałam przy stadzie osiołków i pod ich dachem. Przygarnęły mnie. 

Jak wiał wiatr – to albo z ważącym 10 kg plecakiem dawałam radę albo znowu spotkałam ludzie i miałam dach nad głową. A jak przyszedł czas, by wejść na najwyższy szczyt w Apeninach to wiatr osłabł, świeciło słońce, a pogoda zepsuła się dopiero, gdy zeszłam punkt niżej. Wszystko idealnie. 

Jesteś szczęściarą – usłyszała na trasie. Tak, jestem!

I wrzesień to był dobry wybór, było chłodniej niż w czerwcu, bo z upałami radzę sobie gorzej. 

5. Było tak, że planuję wrócić na kolejne odcinki…

Najfajniej będzie pociągnąć tę kreskę. Z Montepiano na północ albo z Popoli na południe. Wiele zależy jednak od logistyki, czyli lotów w atrakcyjnych cenach i połączeń kolejowych, które dowiozą mnie na start. Ale, jak to ja, już sprawdzam możliwości. Już mam pomysł. Jeszcze chwila i etapy przeniosę do tabelki w Excelu

5 różnic

1. Było łatwiej

Mam na myśli moją kondycję. To dla mnie niespodziewany punkt podsumowania. Bo ani góry nie były niższe – a nawet przeciwnie, ani odcinki krótsze. Zupełnie inaczej mój organizm poradził sobie z wysiłkiem. Powiem nawet, że w Popoli na symbolicznej mecie, nie czułam zmęczenia. Pod względem wysiłku było wprost idealnie. Na dodatek tym razem nie miałam żadnych odcisków, które pod koniec pierwszej wędrówki utrudniały mi marsz. I żadnego kryzysu, takiego dnia gdy dopadają wątpliwości – co ja tu robię i czy dam radę. Wędrówka idealna.

2. Było ciężej

Mój plecak ważył więcej niż w czerwcu. Powodem była zbliżająca się jesień. Zabrałam więc kilka rzeczy więcej. Cieplejszą bluzę – bez niej rano i wieczorem byłoby mi zimno. Zestaw do spania – getry i koszulka termoaktywna (w wyjątkowo chłodny dzień to była awaryjna opcja do wykorzystania jako dodatkowa warstwa). Plus strój kąpielowy i sukienka – na plażę podczas planowanego wypoczynku. Niezmiennie dwie koszulki z wełny merino – z długim i krótkim rękawem.

I ekstra ciuch, czyli koszulka lniana od Kwarka – ta była najczęściej i najchętniej używana. Lekka i przyjemna, łatwa do wyprania, szybko schnie i dobrze wygląda. Długie cieplejsze getry, dwie wersje krótkie i płachta na wypadek ulewy, która ochroniłaby i mnie i cały mój dobytek. Wymieniłam też śpiwór na puchowy, cieplejszy i lżejszy. Dodatkowo, planując wejście na Corno Grande zabrałam też opaskę, komin i rękawiczki. I nieprzemakalne skarpetki – na wypadek ulewy i przemoczenia butów. 

3. Było więcej widoków i otwartej przestrzeni!

To było niesamowite już od pierwszego dnia! Co zakręt to nowe widoki, takie że aż zapierało dech. Etapów, gdy wędrowałam przez las, i widziałam tylko drzewa wokół było niewiele. Te przestrzenie to było fantastyczne przeżycie i bardzo uatrakcyjniało trasę. Paradoksalnie największe wrażenie zrobiły na mnie nie najwyższe szczyty. Choć, niezaprzeczalnie masyw Gran Sasso z najwyższym Corno Grande robi wrażenie, to moje serce zostało kawałek niżej. Prawie 20 km z Rifugio Duca degli Abruzzi do Santo Stefano di Sessanio to jest prawdziwa perełka! Przestrzenie, powiedziałabym – połoniny – a na końcu położona na wzniesieniu niezwykła, kamienna wioska. Jakbym przeniosła się w czasie!

szlak, góry, przestrzeń, Apeniny

4. Było najwyżej jak się da w Apeninach!

Corno Grande o wysokości 2912 m n.p.m. kusiło już od dawna. Podczas tej wędrówki było na wyciągnięcie ręki. Wybrałam więc wariant Sentiero Italia według Va’ Sentiero i w poniedziałkowe przedpołudnie stanęłam na szczycie. 

Według CAI Według Va’ Sentiero
13 km 13 km
1500 m w górę 1950 m w górę
Pietracamela – Rifugio Duca degli Abruzzi Pietracamela – Rifugio Duca degli Abruzzi
przez Rifugio Garibaldi przez Corno Grande

Corno Grande zwane też Monto Corne to najwyższy szczyt Apeninów i szósty pod względem wybitności szczyt Europy. Na Wielki Róg patrzyłam podczas wędrówki przez kilka dni. Na szczycie szalał wiatr, przewalały się chmury, a temperatura odczuwalna spadła wtedy do -16 stopni. Ja sobie szłam w jego kierunku, licząc że wiatr ustąpi, a pogoda się poprawi i wejdę na szczyt. Szlak z Pietracamelo przez Prati di Tivo do kapliczki Madonnina del Gran Sasso (na nogach, nie kolejką), dalej schronisko Franchetti, na szczyt i zejście do Rifugio Duca degli Abruzzi to około 13 km, ale prawie 2000 metrów w pionie. A widok ze szczytu… aż nad morze nad które zmierzałam!

5. Było mniej reżimu czasowego, a więcej możliwości do podziwiania!

To jeden z wniosków, które wyciągnęłam po czerwcowej wędrówce. Wtedy szłam średnio 36 km dziennie. Średnio, bo bywało i ponad 40 i to w upale. Tym razem liczyłam, że będzie chłodniej i w większości było. Miałam więcej czasu więc zaplanowałam też lżejsze i krótsze dni. Mogłam więc bez pośpiechu zobaczyć Santo Stefano di Sessanio, zjeść kolację w lokalnym barze, a rano pospać trochę dłużej. Miałam też więcej rezerwowych dni, zaplanowanych na odpoczynek nad morzem, ale do wykorzystania w górach, gdyby jednak pogoda po drodze nie dopisała. Ale dopisała, a ja nawet przyspieszyłam o jeden etap.

Tyle różnic i podobieństw podczas obu tegorocznych wędrówek. Liczę, że to nie koniec poznawania szlaku Sentiero Italia. Już studiuję mapę i przebieg trasy. Do zobaczenia na szlaku!