Szkoła falenicka czy otwocka? Nikon czy Canon? Białe czy czerwone (wino oczywiście)? Bieganie – rano czy wieczorem? Kiedy lepiej biegać – na rozpoczęcie czy zakończenie dnia?

Są zwolennicy porannego, a są wieczornego. Dwie frakcje, które mogłyby się przerzucać argumentami. 

Przez ponad 8 lat należałam do grupy zwolenników biegania popołudniowego. Poranne interesowało mnie tylko w weekendy, albo gdy pracę rozpoczynałam dwie godziny później niż normalnie. Od ponad pół roku jestem w grupie biegaczy porannych. Co takiego się stało? I co zmieniło moje podejście do biegania? Jedno jest pewne – tylko krowa nie zmienia poglądów, biegacz – zdecydowanie tak.

Poranny biegacz to ranny ptaszek? A może cierpi na bezsenność…

Mój biegowy zegarek każdy kolejny trening podsumowuje dwoma słowami “ranny ptaszek”. I tak już od pół roku. Poranne bieganie to dzisiaj mój nawyk, może uzależnienie. Wciąż gdy mówię, że wstaję o 4.30 nie dlatego, że muszę ale chcę, budzę zainteresowanie. Ranny ptaszek, chociaż aplikacja ostatnie treningi tytułuje także “nocne bieganie”. No cóż, rzeczywiście biegam na długo przed wschodem słońca. 

Muszę, ale i chcę biegać rano

Zaczęło się nie dlatego, że bardzo chciałam, tylko dlatego, że musiałam. Wczesne, poranne bieganie było moją odpowiedzią na zakaz uprawiania aktywności fizycznej, jako nie niezbędnej do życia. Czy jakoś tak… W moim przypadku jest ona najbardziej podstawową potrzebą i brak biegania czy aktywności może być niebezpieczny. Dla mnie, ale i dla innych. 

Zaczęło się więc od zakazu, a skończyło na porannym, dobrowolnym wstawaniu. Nie było łatwo, i to wcale nie wstawać. Pisałam o tym TUTAJ Budzik przed piątą to była jedyna okazja, by świat mnie nie zobaczył. I nie ukarał za bieganie. 

Ale później wszystko się zmieniło. Biegałam i biegam rano od pół roku nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę.

Tak, jest taka godzina, czwarta rano

Na początku kwietnia budzik dzwonił o 4.45. Dziś dzwoni jeszcze kwadrans wcześniej, albo nawet nie zdąży zadzwonić, bo ja mam oczy szeroko otwarte. Przecież lepiej biegać niż leżeć bez sensu w łóżku!

Poranne bieganie wygrało z popołudniowym. Gdy już pozwolono biegać, jeszcze próbowałam to mieszać. Raz rano, raz po południu, po pracy. Szybko jednak raz rano, zmieniło się w dwa razy rano, trzy razy rano… Aż do pięciu razy rano. Popołudniowe bieganie przestało mnie kręcić. 

Pierwszy kilometr co prawda biegnę jak zombie. Bez porannej kawy. Ale szybko łapię rytm i cieszę się kolejnymi kilometrami. Wschody słońca, dzikie zwierzęta, rozpoznawani z daleka biegacze i inni aktywni o poranku. 

Poranne bieganie wciąga i daje moc

Poranne bieganie to już jest nawyk, do którego zresztą szybko się przyzwyczaiłam. Łatwo mi to przyszło. 

Nie, nie mam problemu ze wstawaniem. Przez te tygodnie i miesiące, mając zaplanowany poranny trening, nie pomyślałam “ale mi się nie chce”. Tak myśl zupełnie nie przyszła mi do głowy. Czasem nawet wychodziłam mimo deszczu dzwoniącego o parapet czy burzy w oddali. Po południu to byłaby idealna wymówka. Gdy biegałam po pracy, myśl “nie chce mi się” pojawiała się całkiem często. Przecież też to znacie!

Nie było lenia. Była lekka głowa, nie obarczona myślami z całego dnia i równie lekkie nogi. Nic mi nie psuło przyjemności i radości biegania. Pierwsze kilometry to nie było odreagowywanie stresu, bo nie było czego odreagowywać. Radość od początku do końca. 

Podobno czas nie jest z gumy… Czas biegacza jest!

Szybko zaczęłam też naciągać ten czas jak gumę w majtkach. Czas porannych przygotowań skrócony do minimum. Strój przygotowany wieczór wcześniej. Pięć minut dłużej. Dziesięć minut dłużej. A nawet piętnaście minut dłużej. W maksymalnej wersji doszłam, a raczej dobiegłam do treningów trwających półtorej godziny. Czas na kąpiel, śniadanie i przygotowanie się do wyjścia do pracy został skrócony maksymalnie. Kosztem śniadania, a nawet porannej kawy. Przecież mogę je jeść podczas czytania służbowych maili.

Poranne bieganie niemal jak mocne espresso

Lubię biegać rano. Cokolwiek się wydarzy w ciągu dnia, cokolwiek mi dodatkowego wpadnie lub wypadnie, ja już wiem, że tego dnia zrobiłam coś dla siebie. I dzięki temu mam więcej czasu po południu. Mogę napisać coś na blog, pójść na spacer, przygotować coś smacznego. Dzień jakby się wydłużył. Bo wczesne wstawanie nie sprawiło, że wcześniej zasypiam. Czasem wręcz trzeba mnie wygonić spać. 5-6 godzin snu okazuje się zupełnie wystarczające. Może to już ten wiek, gdy snu nie potrzeba aż tak dużo?! 

Poranne bieganie – i co dalej?

Pół roku porannego biegania, a tu nagle idzie jesień. Już widzę, że dzień staje się coraz krótszy, że wychodzę z domu i świecą się latarnie, że do wschodu jeszcze co najmniej kilkadziesiąt minut. Nie lubię tej części roku. Jesień i kolory w górach są bardzo piękne, ale krótki dzień i coraz mniej światła to dla mnie największa wada tej części roku. 

Co mam zrobić z moim porannym bieganiem? Rzucić na pół roku? Zmniejszyć liczbę porannych treningów, do dwóch na przykład? Szukać towarzystwa? Czy przespać, wrócić do popołudniowego biegania – to zresztą lada moment też będzie bieganiem po zmroku? Dotrwać jakoś do marca i znowu nastawić budzik na 4.45, a później na 4.30?

I jeszcze ta cisza! Tej ciszy będzie mi brakować. Minimalny ruch na ulicach. Zero ludzi. Zwierzęta przemykające na mój widok. I tylko wiosenny śpiew ptaków. Byle do wiosny! Bo, że kocham biegać, to WIADOMO!

Efekt uboczny porannego biegania

Ostatni, zupełnie nie najważniejszy, ale widoczny efekt porannego biegania to 5 kg mniej na wadze. Niby jem tyle samo, a jednak schudłam i bardzo mi się to podoba. Zupełnie tego nie planowałam, ale tak wyszło. Pewnie to dlatego, że biegam na czczo, a i śniadanie zjadam teraz później. Ot, taki efekt uboczny.

Chcesz wiedzieć co było dalej? Zapraszam na mój PROFIL NA FACEBOOKU.