Bieganie a koronawirus

Biegasz? Ile to razy usłyszałam ostatnio to pytanie, zadane konspiracyjnym szeptem. Bieganie, jazda na rowerze i w ogóle aktywność fizyczna jeszcze niedawno były powodem do dumy. Teraz można umrzeć ze strachu podczas truchciku. Wszystko z powodu pandemii koronawirusa, zwanej także zarazą.

Ja nie tylko kocham biegać!

Nie zdawałam sobie sprawy, że bieganie jest dla mnie takie ważne. Bieganie, chodzenie, las i góry. Aktywność w ogóle. Nie zdawałam sobie sprawy, w czasach gdy mogłam kiedy chciałam i jak chciałam, a jednak czasem mi się nie chciało. Teraz „nie chce mi się” zniknęło z mojego słownika. Może już na zawsze. Żeby było jasne, jak już padam ze zmęczenia (bo oczywiście wcześniej się nie przyznałam – ten typ tak ma), jak miałam trudny dzień albo fizycznie mam się jakoś tak gorzej, to pewnie nadal wybiorę lekką aktywność, albo wręcz drzemkę. Ale żeby mi się nie chciało?!

Teraz też rozumiem słowa Alana Alexandera Milne, tego od Kubusia Puchatka: żeby nam się tak chciało jak nam się nie chce. Bo mnie się chce, jeszcze bardziej chce mi się biegać. Albo – inaczej – właśnie teraz jeszcze bardziej tego biegania i bycia aktywną potrzebuję.

Jeszcze biegacz czy już partyzant?

Blady świt, dusza na ramieniu, strach gdy słyszę nadjeżdżające auto, strach o innego biegacza, który gdzieś tam… Sarny, lisy, bażanty, ptaki, wschody słońca i bajeczny księżyc. I całe morze endorfin. I ta podstawowa potrzeba odreagowania stresu. A potem do pracy, gdzie ludzi więcej niż saren i bażantów.

Taki komentarz zostawiłam pod postem Lubelskiego Biegacza, który w przedświąteczną sobotę opublikował post Bieganie w czasach zarazy. Paweł, autor bloga, zadał pytania i od razu na nie odpowiedział:

Czy sam biegam? Tak. Czy wyjście z domu przychodzi mi równie łatwo, jak miesiąc temu? Oczywiście, że nie.

Moje odpowiedzi? Dokładnie takie same! Stałam się też regularną czytelniczką strony Czasopismo Lege Artis prowadzonej przez Olgierda Rudaka, który pomagał zrozumieć i przetłumaczyć na język przeciętnego człowieka, co wolno, a co już nie.

Tu głos prawnika, tam Rzecznika Praw Obywatelskich, a z drugiej strony komentarze i wpisy „tak to tu zostawię” rzecznika KGP. Plus jeszcze te historie na FB kto się tłumaczył, kogo pouczono, a kto jednak dostał mandat. To wszystko powodowało, że coraz mniej rozumiałam i coraz bardziej się bałam. Prawnikiem nie jestem, więc w dyskusje o konstytucji i rozporządzeniach nie będę się wdawać.

Zaczęłam też podglądać w Internecie zaprzyjaźnionych biegaczy. Zwykle dokumentowali swoje kolejne treningi, a tu cisza. Nie biegają? Przeszli do podziemia? Partyzantka? Byłam ciekawa jak radzi sobie Olga Łyjak, biegaczka, rowerzystka i miłośniczka skiturów. Biega, jeździ na rowerze?

Kot, demotywatory, wszystkich nas nie złapiecie

Naczytałam się i im więcej czytałam tym było gorzej. Zakaz rekreacyjnego uprawiania sportu, zamknięte lasy. Katastrofa z mojego punktu widzenia. Tym bardziej, że te lasy i bieganie w lasach to była taka odskocznia, poczucie wolności, ale i odreagowanie. Bo gdzie mi lepiej i gdzie jestem bezpieczna – w tym lesie co spotykam jednego biegacza (nomen omen biegnie tę samą trasę w przeciwną stronę, a na co dzień mieszkamy pod jednym dachem) czy w kolejce do sklepu, czy podczas zakupów w sklepie. I o ile kwestie zakupowe ogarniamy raz na tydzień, to aktywności potrzebuję codziennie.

Strach strachem, ale coś przecież trzeba zdecydować

Przepisy pozwalają wyjść z domu w celu realizacji niezbędnych codziennych potrzeb.

Kluczem do podjęcia decyzji okazała się odpowiedź na pytanie – co jest moją niezbędną codzienną potrzebą. Praca? Sklep i zakupy? Aktywność fizyczna?

Pracuję tak jak przed pandemią – codziennie dojeżdżam 30 km do Ustronia. Sklep, zakupy ograniczyłam do minimum. Spotykam się tylko z partnerem i garstką współpracowników, na krótko i zachowując dystans. Całą resztę ludzi omijam szerokim łukiem o średnicy 2 m. Aktywność fizyczna i sport są mi potrzebne dla zdrowia psychicznego. To dla mnie jedyny skuteczny sposób odreagowania stresu, a tego nie brakuje mi w ostatnich tygodniach.

Czy jestem biegaczem, czy już przestępcą?

Ostatnie dwa tygodnie to była prawdziwa burza emocji. Po pierwsze postanowiłam zachować wszystkie możliwe środki bezpieczeństwa. Dla siebie i dla innych. Wybrałam porę, gdy mogłam co najwyżej spotkać sarny, zające i bażanty. I to nie w lesie (tym należącym do Lasów Państwowych), ale wciąż w granicach miasta. Po prostu postanowiłam się ukryć przed resztą świata.

Na szczęście nie mieszkam w centrum. Kilka minut i jestem już z dala od głównych ulic. Najpierw był strach – każdy nadjeżdżający o świcie albo i przed świtem samochód (w tygodniu biegałam nawet o 5 rano!) powodował nerwowe spojrzenie za siebie. Strach towarzyszył mi w pierwszej połowie, później na szczęście organizm produkował endorfiny. I wzrastało poczucie radości. Do tego bajecznie wschodziło słońce, niebo nad Beskidami mieniło się kolorami, szaleńczo śpiewały ptaki. I cała trasa tylko dla mnie! Niesamowite uczucie. Potem strach jakby okrzepł, trochę się jakby przyzwyczaiłam do jego towarzystwa. Przestałam buntować i złościć, tylko robić swoje, robić to co dla mnie i mojej głowy najlepsze. A jeszcze później przyszła wielka radość.

Radość z biegania, jak wtedy gdy zaczynałam

Dziewięć lat temu, gdy zaczynałam biegać w moim mieście (O TYM PRZECZYTACIE TUTAJ), budziłam raczej zdziwienie i komentarze „te same ruchy tylko dwa razy szybciej”. Po wielu miesiącach, jakoś przed świętami Wielkanocnymi spotkałam na trasie biegaczy, którzy z uśmiechem się ze mną przywitali. Łał – pomyślałam – nie jestem sama! Ależ to było miłe. Później liczba tych spotkań rosła, a jeszcze później okazało się, że nie każdy biegacz się przywita. Czasem wręcz czułam się jak głupek z tym swoim uśmiechem na twarzy. Aż do czasów zarazy. W wielkanocną niedzielę spotkałam / minęłam / widziałam czworo biegaczy. To radosne machanie, szeroki uśmiech i radość, że nie tylko ja, że nie jestem sama.

I tak kryjąc się przed światem przetrwałam dwa tygodnie. Bieganie liczyłam nie w kilometrach, a w liczbie spotkanych zwierząt. Lis, bażanty, sarny i koziołki. Odkryłam miejsce, gdzie na kilku słupach zamontowano kilkanaście budek dla ptaków. Wyobraźcie sobie te radosne śpiewy o poranku. Ależ to był koncert.

Strach, radość i wreszcie ulga!

Ostatnią ważną emocją jaka towarzyszyła każdemu mojemu bieganiu była po prostu ulga. Ulga, że się udało. Że nie musiałam tłumaczyć dlaczego biegam.

Od poniedziałku mogę już biegać realizując nie tylko swoją podstawową potrzebę życia codziennego, ale nawet rekreacyjnie. Poranne bieganie mam zamiar wpisać na dłużej do mojego życia. Pięknie organizuje mi cały dzień i od razu jestem milsza dla świata. Poza tym chętnie spotkam koziołka, który kryje się wśród młodych drzew, posłucham krzyku bażantów i kocich wrzasków. A przez osiedle pobiegnę z dumnie wypiętą piersią, a nie kryjąc się w półmroku. Chociaż, i tak nikt mnie nie pozna, w mojej chuście na twarzy. A może jednak? Dziś rano już po raz trzeci spotkałam tego samego mężczyznę na spacerze z psem. Choć się wcześniej nie znaliśmy, od początku serdecznie się pozdrawiamy. Dziś oprócz uśmiechu zza maski i powitania, padło też stwierdzenie, że dawno mnie nie widział. Wyjaśniłam, że wszystko w porządku, tylko w dni robocze biegam jeszcze wcześniej.

Jakby co to od poniedziałku jestem w lesie! Do zobaczenia

PS. Efekt uboczny odreagowywania stresu przez bieganie – 2 kg mniej mimo świąt po drodze.

PS. Aha, jeśli tu dotarłaś&dotarłeś to wymyśliłam jeszcze projekt Asia na …