Dziś nie będę jadł dużo – powiedział Piotr, gdy postawiłam przed nim pierwszą porcję drożdżowych racuchów z jabłkami. A ja uwierzyłam! I nawet wyjęłam dodatkowy talerzyk, by odkładać racuchy na później, może nawet na jutro. Już widziałam oczami wyobraźni moje poniedziałkowe drugie śniadanie w pracy. Racuchy na zimno smakują przecież równie wspaniale. Kilkadziesiąt minut później już widziałam, że ani później, ani drugiego śniadania nie będzie! Dziś nie będę jadł dużo oznacza dokładnie: zjem tyle samo co zawsze. Czyli … dużo. Ostrzegam więc, jeśli zrobicie racuchy według tego przepisu raczej nie planujecie, że coś zostanie.

Racuchy drożdżowe po raz pierwszy zrobiłam w jakiś słoneczny dzień. W ogóle przez większość życia chodziłam wokół drożdży jak wokół jeża. Nie bardzo wiedziałam jak się zabrać za drożdżowe ciasta i na dodatek bałam się drożdżowej porażki. Kilka wypieków się nie udało – to prawda. Dziś już wiem, że sekretem jest mąka – dla drożdżowych produkcji rezygnuję z razowej, tym bardziej że używam zwykle najgrubszej z możliwych – do wypieku chleba. Drugi sekret to temperatura – drożdżowe szaleńczo mi rośnie na parapecie w słoneczne dni, a w pochmurne zimowe idealnie sprawdza się kaloryfer w łazience.

Pamiętacie film „Moje jagodowe noce” – w polskim tłumaczeniu „Jagodowa miłość”? I jagodowe ciasto, może nie w roli głównej, ale nie bez znaczenia 🙂

Dziś za mną jabłkowa niedziela. Czyli śniadanie, obiad i deser z jabłkami w roli głównej. Taki dzień zaczyna się dość zwyczajnie – owsianką z jabłkami, rodzynkami, słonecznikiem, wiórkami kokosowymi i cynamonem. To proste 🙂 Po jesiennym i wietrznym spacerze nic tak nie smakuje jak sok jabłkowy z dodatkiem marchwi i pietruszki. To specjalność Piotra. Ja w tym czasie obieram jabłka na racuchy według sprawdzonego przepisu ze strony mojegotowanie.pl

Potrzeba: pół kilograma mąki (białej) – ja kupuję taką na pierogi i ciasta drożdżowe czyli pięćsetkę, 50 g świeżych drożdży, jedno jajko, półtorej szklanki mleka i trzy łyżki cukru.

Do dużej miski przesiewam mąkę, robię dołek do którego wkruszam drożdże. Zasypuję je trzema łyżkami cukru i zalewam połową szklanki ciepłego mleka. Mieszam i zostawiam na kilkanaście minut, żeby drożdże „ruszyły”. Później dodaję jajko i szklankę mleka. Mieszam ciasto i na ok. 45 minut przykrytą ściereczką miskę ustawiam przy kaloryferze. Ciasto rośnie, a ja przygotowuję jabłka – dwa do trzech w zależności od wielkości. Obieram i kroję w drobną kostkę. Ostatni etap zostawiam Piotrowi – zamieszanie. Jeszcze kilkanaście minut przy kaloryferze i można smażyć. Najszybciej znikają w wersji z cukrem pudrem i cynamonem.

Będzie jeszcze jabłkowy deser – moje ostatnie odkrycie! Przepis z bloga Niebo na talerzu tak bardzo przypadł do gustu Piotrowi, że ostatnio zaproponował upieczenie dwóch blach ciasta! Po jednej na głowę.

To co lubię w tym cieście najbardziej to ukryte pod kruchą warstwą połówki, a przy dużych jabłkach – ćwiartki owoców. Pod naciskiem łyżeczki pęka krucha góra, która odsłania mięciutkie wnętrze. A pod jabłkiem orzechy, słonecznik albo rodzynki. Chociaż z braku orzechów robiłam już wersję z wiórkami kokosowymi i brązowym cukrem. Jeszcze nie wiem jak będzie smakowało ciasto, gdy jabłka przyprószę cynamonem – przypominam sobie o tym za późno, gdy nakryję owoce ciastem. Następnym razem…

Ciasto (blacha około 20 na 30 cm): dwie i pół szklanki mąki – u mnie razowej do pieczenia chleba, kostka masła, 200 g serka homogenizowanego – do ostatniego użyłam opakowania xxl czyli 220 gram, w rezultacie dodałam tylko trochę więcej mąki, 2/3 szklanki cukru, cukier waniliowy i łyżeczka proszku do pieczenia. Mąkę rozcieram z masłem, a następnie dodaję resztę składników i zagniatam ciasto. Dzielę ciasto na dwie części – połową wykładam blachę. W czasie gdy ja przygotowuję masę, Piotr obiera jabłka i wycina gniazda. Małe jabłka dzielę na połówki duże na ćwiartki i układam brzuszkami do góry. Pod jabłka daję rodzynki i słonecznik, albo cukier i wiórka kokosowe. W oryginale wg autorki Niebo na talerzu są orzechy i brązowy cukier. Drugą warstwę ciasta rozwałkowuję i nakrywam nim owoce. Teraz godzina w nagrzanym do 170 stopni piekarniku. I cukier puder na wierzch, gdy ciasto wystygnie. Uwielbiam! Na pierwszy rzut oka ciasto wygląda jak zrośnięte ze sobą bułeczki. Środek to pyszne, miękkie jabłka! Tak jak lubię – kruche ciasto i bogate wnętrze. A przy tym proste i nie wymaga zbyt wiele czasu. Jeszcze jak się ma pomocnika do przygotowania jabłek…

I do jedzenia 🙂